Szybkie Menu

Zaułek za śmietnikami
avatar

PisanieTemat: Zaułek za śmietnikami   Wto Lip 11, 2017 11:27 pm


avatar

PisanieTemat: Re: Zaułek za śmietnikami   Nie Lip 01, 2018 11:48 pm

W pewnych kwestiach nic się nie zmienia. Praga była, jest i będzie miejscem, w którym spotykają się „ziomeczki” i w którym dosyć łatwo dostać przysłowiową kosę w żebra i zdecydowanie nie było to miejsce, w które powinny się zapuszczać samotne, atrakcyjne kobiety po zmroku. A zdecydowanie nie powinny były chodzić na skróty przez obskurne zaułki…
Ostatnimi czasy było nieco spokojniej. Nie wiedzieć czemu, ostatnimi czasy odnotowywano mniejszą aktywność ze strony jegrów, co nie oznaczało, że zapanował pokój – wojna wciąż trwała, choć mieszkańcy Rzeczpospolitej Elfickiej mogli nieco dać sobie na wstrzymanie. A chociaż ci zwykli, bo służby wojskowe były w ciągłej gotowości. Azymulet zawsze nosiła przy sobie i w każdej chwili mogła dostać wezwanie. To, że teraz przechadzała się w cywilnym ubraniu nie oznaczało, że za pięć minut nie będzie musiała udzielać pomocy poszkodowanym żołnierzom czy też cywilom, którzy ucierpieli na skutek ataku jegrów. Han’lynn była tego zupełnie świadoma.
Podporucznik Zapolska była praktykującą i bardzo wierzącą katoliczką – o czym chociażby świadczył krzyżyk na jej piersi. Chodziła do Kościoła tak często jak tylko mogła – wiadomo, jak sytuacja jej na to nie pozwalała, musiała się ograniczać do modlitw zmówionych na szybko, gdzieś pomiędzy zszywaniem jednego delikwenta, a nastawianiem złamanej ręki drugiego. Dzięki względnemu spokojowi, który zapanował, mogła więc pójść do Domu Bożego by tam oczyścić swoje myśli. W ten oto sposób trafiła na warszawską Pragę. W tutejszym kościele późnym wieczorem odbywał się msza trydencka, a że ma słabość do łaciny, nie mogła sobie odpuścić. Postanowiła jednak nie ubierać się w mundur galowy, a w eleganckie, cywilne ubrania. Co nie zmieniało faktu, że pod spódnicą w dwóch pochwach miała schowane dwa noże – tak na wszelki wypadek. Pierwszą i zasadniczą zasadą Zapolskiej było to, że wychodzenie z domu bez jakiejkolwiek broni jest głupotą… bo nigdy nic nie wiadomo.
Wracając ze mszy, postanowiła jeszcze przejść się na spacer i nie wiedzieć kiedy, zrobiło się dosyć późno. Chcąc jak najszybciej wrócić do domu, Hanka postanowiła użyć doskonale sobie znanych skrótów. W ten sposób właśnie znalazła się na placu, który wyglądem przypominał wiele innych podwórek. Zamierzała po prostu go przejść, wyjść drugą stroną, ale niestety nie było to takie łatwe, jak myślała. Przy trzepaku stała trójka mężczyzn, na oko po dwadzieścia kilka lat, którzy widoku Han’lynn zignorować nie mogli…
– Piter, patrz. Jaka śliczna elfka… ruchałeś kiedyś elfkę? – zapytał, śmiejąc się na głos.
– Nie, ale zawsze musi być ten pierwszy raz, co nie?
Hanka starała się ignorować zarówno ich, jak ich głupie gadanie. Nie zamierzała reagować. Ci jednak byli uparci i zamiast pozwolić jej przejść, stanęli na drodze Zapolskiej, z głupimi uśmieszkami na twarzy. Pani podporucznik w przebraniu westchnęła ciężko. Bez problemu dałaby sobie radę. Była niewiele niższa niż oni (a od jednego nawet była kilka centymetrów wyższa). Bądź co bądź, ale była wojskową – fakt, że była lekarzem wojennym nie oznaczało, że nie potrafiła się obronić. Wręcz przeciwnie. Naprawdę jednak nie chciała robić im krzywdy.
– Panowie, przepuście mnie – poprosiła spokojnym głosem.
– Oj nie bądź taka sztywna, zabawmy się – powiedział Piter, robiąc krok w przód ku Hance. Ta zaś zrobiła krok w tył. – Nie zrobię Ci krzywdy.
– Naprawdę, radzę odpuścić – ostrzegła, jednocześnie próbując ich wyminąć. Ci jednak po raz kolejny stanęli jej na drodze. Jeden z mężczyzn chwycił Han’lynn za ramiona i przycisnął do pobliskiego drzewa.
I w tym momencie skończyła się jej cierpliwość.

avatar

PisanieTemat: Re: Zaułek za śmietnikami   Pon Lip 02, 2018 12:11 am

- ... ruchałeś kiedyś elfkę?
To pytanie na chwilę zbiło Janusza z tropu - nie dlatego, że do niego było skierowane, raczej zaskoczyło go to, że w ogóle padło. Początkowo nie zamierzał się mieszać, bo był zajęty swoją wielką misją. Ogromną. Minęła chwila, nim się powiodła i z jednego z kontenerów nagle wyłonił się jakiś Janusz, dzierżąc jakiś malutki przedmiot w zamkniętej, uniesionej pięści.
- Aha, znalazłem! - wykrzyknął tryumfalnie z kawałkiem starej skórki od ziemniaka na ramieniu. Zlustrował od razu okolicę i zobaczył niepokojącą scenę przy drzewie. - Hej, panowie, wpierdol czy spadacie od razu?
Ale nie od tego powinna zacząć się historia.
Minął tydzień odkąd Janusz wrócił na łono dziewiczej jak ta nieobsrana jeszcze łąka Warszawy. Po trzydniowej rekonwalescencji - w czasie której właściwie ciężko było go zaobserwować poza naturalnym środowiskiem - to znaczy łóżkiem czy w okolicach lodówki - ostatecznie zgolił swoje cudowne wąsy i mógł zacząć żyć względnie normalnie.
Ponownie mógł rozmawiać z ludźmi, wychodzić na piwo czy robić cokolwiek innego, co zwykle robili normalni ludzie w mieście. Bezpiecznym, w którym na każdym rogu nie czaiło się niebezpieczeństwo. Zwłaszcza dla takich Januszy jak Cichocki. Dwumetrowych, ważących niemal setkę, poznaczonych bliznami i tatuażami, takich Januszy Geografów.
Tego dnia wstał w wyjątkowo dobrym humorze. Takim pogodnym, wesolutkim, kochał cały świat swoim sercem i dlatego postanowił odwiedzić swoją młodszą siostrę, która mieszkała na Pradze. Wypił z nią kompot, posiedzieli, pośmiali, poopowiadali sobie anegdotki z życia. Atmosfera była przyjemna, do pewnego momentu.
- Młoda, położyłem tutaj chusteczkę. Gdzie jest?
- Wyrzuciłam.
- Szlag, bo tam był pierścionek, łańcuszek mi się w trasie zerwał i nie zdążyłem naprawić i... co tak zbladłaś?
- Bo... Janek. Ja śmieci do kontenera wyniosłam.
Tutaj należałoby wkleić scenę Janusza Cichockiego - porucznika, dawnego zastępce rotmistrza 7. Pułku Kawaleryjskiego WP, obecnego Geografa Królewskiego - który zagląda do kontenera na śmieci i zauważywszy, że na dnie leży zaledwie kilka worków, beztrosko pakuje się do środka, jakby jutra miało nie być. A że, mimo wszystko, szukanie chusteczki w śmietniku należy do czynności raczej czasochłonnych, w tym czasie zdążyło się zrobić to małe zbiegowisko.
I gdy się wyprostował, gdy wykrzyknął tryumfalnie, że oto odnalazł swojego święta Graala, gdy już zaproponował panom dresom wpierdol, zauważył jeszcze jedną rzecz. Ważną. Że to nie była jakaś tam pierwsza lepsza elfka, która przybyła do Planu Ziemi. O nie. To była podporucznik Zapolska we własnej osobie, tyle że po cywilu.
Wyskoczył więc Janusz ze śmietnika jak Filip z konopi i otrzepał się nonszalancko, jakby odpierdalanie tego, co on właśnie robił, było rzeczą naturalną i zupełnie na porządku dziennym.
- No, to jak? Bijemy się? - I wyłamał kostki, ciesząc ten swój ryj.

avatar

PisanieTemat: Re: Zaułek za śmietnikami   Pon Lip 02, 2018 1:17 am

Czasami, gdy wracała do Warszawy i spotykała starych znajomych z prywatnego szpitala, w którym niegdyś pracowała i w którym to robiła karierę, dostawała pytania, czy nie żałuje swojej decyzji. Bycie medykiem wojskowym jakoś dużo bardziej opłacane nie było niżeli w klinice, gdzie ludzie płacili grube pieniądze za to, żeby Han’lynn leczyła ich przy pomocy magii, bo ludzka medycyna zawiodła. Mogła nadal tam pracować, dalej się rozwijać i budować swoją renomę, tak jak robiła to jej świętej pamięci matka. Nie ryzykując przy tym własnym życiem jak teraz. Jednak po śmierci ojca i tygodniu spędzonym w szpitalu wojskowym niedaleko Wrocławia, poczuła, że to właśnie było jej powołanie – pomaganie na froncie. Rzuciła pracę w klinice, by się doszkolić, skończyła Akademię Wojskową. I nie żałowała w żadnym momencie swojego życia… I tu nie chodziło o pieniądze. Na nich jej kompletnie nie zależało. Podporucznik Zapolska po prostu poczuła swego rodzaju powołanie i zamierzała się go trzymać – choćby i kosztem własnego istnienia. Jak zginie, to na polu walki, ratując życie innych.
Wracając jednak do bardziej przyziemnych spraw. Teraz, gdy miała chwilę odpoczynku od Czarnych, ludzi z wnętrznościami na wierzchu i tak dalej, musiała się uporać z problemem nachalnych panów, którzy najwidoczniej nie rozumieli, że jak kobieta mówi „nie” to naprawdę to oznaczało „nie”. Han’lynn wolała nie robić im problemów, chciała się grzecznie rozejść i zapomnieć po sprawie. Niestety na to było już za późno, bo nie zamierzali przestać, stając się coraz to bardziej nachalnymi i obrzydliwymi, jeżeli chodziło o słownictwo. Nie dali jednak jej innego wyjścia… A była dzisiaj u spowiedzi!
Wtem pojawił się rycerz na białym koniu. Duma Wojska Polskiego. Elitarna jednostka, ciesząca się szacunkiem w całym kraju. Sam Geograf Królewski Janusz Cichocki, który jeszcze przed chwilą grzebał w śmieciach – na pytania jednak przyjdzie czas później. Teraz musieli się uporać z trójką gagadków.
– Nie twoja sprawa, gościu. Spierdalaj! – powiedział jeden z pozostałej dwójki, jednocześnie robiąc zamach, chcąc przywalić Januszowi z sierpowego, a zaraz po nim dołączył i drugi.
Trzeba przyznać, że obecność Geografa sprawiła, że mężczyzna, który jako pierwszy chciał się z nią zabawić trochę się rozproszył i nieco odsunął od Hanki, odwracając głowę w stronę Janusza. Myślał, że trzymając Zapolską za gardło, ma ją w garści – nic bardziej mylnego. W takiej sytuacji nie potrzeba przeszkolenia wojskowego, a zwykły kurs samoobrony. Cios w krocze, potem jeszcze jeden lewy sierpowy w twarz i pan leżał na ziemi. Dla bezpieczeństwa się odsunęła, zerkając też w stronę Janusza, czy wszystko z nim w porządku i czy sobie radzi.

avatar

PisanieTemat: Re: Zaułek za śmietnikami   Pon Lip 02, 2018 1:55 am

Zwrócił na siebie uwagę i to było w gruncie rzeczy coś, czego sobie życzył. Miał okazję już pracować w terenie z kobietami, dlatego dobrze wiedział, że panna Zapolska na pewno poradzi sobie bez większych problemów z lekceważącym ją przeciwnikiem. Niemniej nie miał czasu, żeby móc to obserwować okiem bezstronnego dokumentalisty, bo jednak ruszyło na niego dwóch panów z dresiarni. Tak bardzo domagali się jego atencji, że nie mógł im zwyczajnie odmówić. Zwłaszcza że i tak już nie było odwrotu.
Westchnął ciężko w duchu, bo mimo wszystko uważał, że powinni sobie pójść. Lecz z drugiej strony skąd mieli wiedzieć, z kim mają do czynienia? Janek nie miał munduru, emblematów wojskowych, a kabury z bronią - z którą się właściwie nie rozstawał - były ukryte pod materiałem bluzy. Ot tak, żeby nie wzbudzać wśród okolicznych mieszkańców niepokoju. Faktem pozostawało też to, że był oficerem z piętnastoletnim stażem, chadzał po obcych Planach i w tym czasie zdążył zabić tyle różnego dziadostwa - z Czarnymi na czele - że banda tych mętów możliwie nie potrafiłaby do tylu policzyć.
Dlatego był gotowy. Widział wyprowadzany cios, jeszcze zanim tak naprawdę pięść ruszyła do przodu. Ten specyficzny ruch ciała, drgnięcie mięśni, które były zapowiedzią przyszłego ataku - uchylił się w lewo i błyskawicznie wyprowadził derzenie wyprostowaną dłonią w gardło, a palce drugiej ręki zacisnęły się na przedramieniu napastnika. Cichocki szarpnął biedaka i poczęstował jego brzuch kolanem. Technicznie rzecz biorąc - trochę go znokautował. Problemem okazał się ten drugi atakujący, bo Janek tak się przejął pierwszym, że stracił czujność. Dlatego unik mu już nie wyszedł i wielkie łapsko grzmotnęło go w szczękę - co z kolei spowodowało niemal automatyczne odpalenie się egidy, więc kolejny raz - przed którym pewnie też już by nie umknął - przesunął się po niewidocznej ścianie, a dookoła rozległ się niezadowolony pomruk tłumu ludzi. To powinno dać każdemu sygnał, że to pora na ucieczkę, bo nie ma się szans. Cywile z reguły nie władali magią, był to przywilej elfów i wojska - a na spiczastouchego Janek nie wyglądał, więc pozostawała jedynie druga opcja.
Cichocki potrząsnął głową i przejechał dłonią po obitej szczęce i ze zdumieniem zobaczył, że mu debil jeden trochę wargę paznokciem kciuka rozwalił, bo na skórze ręki zobaczył smugę krwi. I to mu się nie spodobało. Na tyle, że najpierw kopnął w żebra próbującego się podnieść tego pierwszego, a następnie beztrosko ruszył z atakiem na dresa numer dwa.
To nie była wyrównana walka. Ani trochę. Właściwie to po czterech ciosach - twarz, wątroba, twarz i ostatecznie skroń z otwartej dłoni - przeciwnik padł na ziemię. Egida opadła. A Janusz jeszcze raz przejechał dłonią po szczęce i poruszył nią kilka razy, sprawdzając, czy aby coś mu tam nie pękło, bo cios, bądź co bądź, był dość silny. A ten Pan Dres, który został zwalony z nóg w pierwszej kolejności, spojrzał na kolegę, spojrzał na Cichockiego i zamarł na kolanach, bo ewidentnie miał w planach powstanie z martwych i może nawet włączenie się do walki. Ku jego nieszczęściu Janusz to zauważył, posłał mu groźne spojrzenie i wskazał palcem chodnik.
- Leżeć mi tu - rozkazał twardo i, ku jego własnemu zdumieniu, rozkaz ten został wykonany bezzwłocznie. Dres padł na ziemię i potulnie leżał, patrząc tylko na powalonego ziomeczka parę kroków dalej. To sprawiło, że mógł cieszyć się kompletnym brakiem większego zainteresowania ze strony geografa, bo ten skupił swoją uwagę na elfce. Czy tam półelfce. Cholera, nie miał pojęcia i, Bóg mu świadkiem, nieszczególnie to go też obchodziło. - Jak dobrze, że siedziałem właśnie w tym śmietniku - oznajmił pogodnie, porzucając kompletnie maskę wkurwionego i groźnego na rzecz klasycznego półuśmieszku czającego się gdzieś w kąciku ust i ogólnego błogostanu wyrytego na twarzy.
Oto, proszę państwa, duma i kwiat tego narodu. Geograf Królewski, podwładny hetmana El-Galada, oficer Wojska Polskiego, walczący z wrogiem i tak dalej, dalej, porucznik Janusz Cichocki, który w wolnych chwilach siedzi w śmietnikach i urządza sobie sparingi z łebkami spod ciemnej gwiazdy. Albo siedzi w tych śmietnikach i czeka na okazję taką, jak ta. Niewiastę ocalić, zyskać jej wdzięczność i korzyści z rzeczonej płynące.
- Chociaż coś mi podpowiada, że świetnie byś sobie poradziła - dorzucił jeszcze, podchodząc do panny Zapolskiej trochę bliżej. Choć niekoniecznie w jej kierunku, bo zbliżył się do powalonego przez nią mężczyznę i lekko trącił go stopą, jakby sprawdzał, czy ten w ogóle żyje.

avatar

PisanieTemat: Re: Zaułek za śmietnikami   Pon Lip 02, 2018 9:12 pm

Zamieszki miały to do siebie, że choćby był środek nocy to i tak znajdą się jacyś gapie, którzy będą tylko stać i się patrzeć, ewentualnie głupio komentować. Tak było i tym razem, gdy jakaś parka, przechodząca przez plac, zatrzymała się, by pokazać na piątkę bijących się ludzi (i nie tylko). Krzyki osiłków obudziły też kilku lokatorów, bo w oknach kamienicy zaczęły się palić światła. Jedno nawet się z nich otworzyło i wyjrzała z niego dosyć postawna kobieta z wałkami na włosach.
– Uspokoicie się, albo dzwonię po policję! – krzyknęła, grożąc przy tym pięścią. Jednakże nikt zbytnio się nią nie przejął. Zarówno Cichocki, jak i Zapolska mieli trochę inne problemy w chwili obecnej niżeli wkurzona babeczka. A policja mogła Hance, a tym bardziej Januszowi, co najwyżej buty wypucować, ot co.
Gdyby Han’lynn założyła mundur galowy na tę mszę, to być może obyłoby się bez tej bójki, bo żaden zdrowy na umyśle człowiek nie zadzierał z wojskowymi, którzy cieszyli się dosyć sporym szacunkiem. Dziwić mogło jednak to, że postanowili zadrzeć z elfką (na pierwszy rzut oka Hanka nie wyglądała na mieszankę, dopiero przy rodowitych „uszatkach” wyglądała na nieco mniej ładną), która znała magię. I choć jej magia miała pomagać, jakby chciała, mogłaby jej użyć w mniej prawy sposób. Mogła również sięgnąć po noże schowane pod spódnicą. Ale wolała to załatwić w pokojowy sposób. Panowie mieli jednak zupełnie inny plan, niestety…
Hania nie zdążyła zareagować, inaczej odpaliłaby własną tarczę, chroniąc Cichockiego przed uderzeniem drugiego mężczyzny. Niestety, nie zareagowała odpowiednio szybko, przez co Janusz dostał w twarz – nie było jednak czym się przejmować, medyk był na sali i jak tylko się uporają z problematycznymi osobnikami. Widać było po Janku, że był szkolony – jego ruchy nie były przypadkowe, doskonale wiedział jak i gdzie uderzać. Han’lynn, jako medyk, znała punkty witalne w ludzkim ciele i wcale nie potrzeba dużo siły, by powalić dwumetrowego byka. Po prostu trzeba wiedzieć gdzie uderzać.
– Dziękuję za pomoc, panie Cichocki – powiedziała, uśmiechając się do niego i jednocześnie zapinając dwa pierwsze guziki koszuli, które zostały odpięte przez niedoszłego gwałciciela. Dopiero teraz zauważyła, że nie ma na szyi swojego krzyżyka. Rozejrzała się po ziemi. Leżał zerwany nieopodal drzewa. – Sukinsyn – mruknęła jedynie pod nosem, podnosząc łańcuszek, otrzepując go z ziemi i chowając do torebki. – I oczywiście, że dałabym radę. Jestem oficerem Wojska Polskiego – odpowiedziała. Może i była medykiem, ale to nie oznaczało, że nie potrafiła się obronić. Ci tutaj byli niczym w porównaniu z rzeczami, jakie spotykało się na froncie.
Trącony przez Janusza mężczyzna, jedynie jęknął. Będzie żył, aczkolwiek kopniak w jaja robił swoje, mordę też będzie miał dosyć długo obitą. Co nie zmieniało faktu, że Hania nie wyszła z tego bez szwanku. Ręka ją trochę bolała po tym uderzeniu, ale nie żałowała – było warto. Tymczasem musiała się zająć twarzą Janusza. Nie wypadało, by Geograf Królewski z obitą mordą chodził.
– Proszę się nie ruszać – powiedziała, podchodząc do Janusza. Położyła dłonie na jego twarzy, przymykając oczy. Po chwili te zaświeciły się seledynowym światłem. Cichocki mógł poczuć, że ból spowodowany uderzeniem mija jak ręką odjął. Rana na wardze momentalnie się zasklepiła. Opuściła ręce. – Po problemie. Nic nie jest złamane… Może w ramach podziękowań wpadnie pan do mnie na kolację? – zapytała, zupełnie serio.
Kątem oka wciąż obserwowała trójkę powalonych mężczyzn, tak na wszelki wypadek, jakby jakiś chciał jeszcze się pobić.

Błogosławione dłonie


Ostatnio zmieniony przez Han'lynn Zapolska dnia Pią Wrz 07, 2018 9:37 pm, w całości zmieniany 1 raz

avatar

PisanieTemat: Re: Zaułek za śmietnikami   Pon Lip 02, 2018 10:21 pm

Janek, gdyby usłyszał komentarz o policji - bo jednak w ferworze walki umknęło to jego uszom - z pewnością odkrzyknąłby, że tutaj to on jest policją. Być może mijałoby się to nieco z prawdą, ale w przypadku pojawienia się stróżów prawa panowie w szlachetnych dresach mieliby nieco większe problemy niż złapany na Pradze wpierdol, bo do tej całej szopki dochodziłyby konsekwencje prawne wynikające z napadu na funkcjonariusza Wojska Polskiego.
I kobietę. Człowieka. Elfa. Ogólnie atakowanie kogokolwiek raczej średnio uszłoby im na sucho, a Janusz co najwyżej pokazałby azymulet, zrobił poważną minę i zacząłby zachowywać się normalnie. Jak na kogoś o jego randze przystało. Ale tak?
- Janusz. Albo Janek - sprostował gładko. Nie przepadał za formalnym zwracaniem się do siebie. Częściowo dlatego, że on ogólnie był osobą, mimo wszystko, totalnie nieformalną i niereformowalną. - Gdy słyszę "pan Cichocki", to czuję się tak jakoś staro.
Zupełnie jakby nagle miał wejść w skórę swojego świętej pamięci ojca, nie daj Boże.
Przyglądał się Zapolskiej, gdy podnosiła łańcuszek z ziemi - wtedy pierścionek w kieszeni, wciąż owinięty chusteczką, zaczął mu niewyobrażalnie ciążyć, a sam Janek poczuł boleśnie, jak mu brakuje tego dziadostwa na szyi. Przyzwyczaił się. Ale już nie połasił się na żaden dodatkowy komentarz odnośnie tego, że Hania świetnie by sobie poradziła. Była oficerem. Pracowała dodatkowo w terenie - co Janusz miał nawet okazję pewnego razu zobaczyć - i zdecydowanie niejednokrotnie znajdowała się w sytuacji znacznie bardziej niebezpiecznej niż ta tutaj. Mogąc wybierać między armią takich łebków a armią jegrów, Cichocki bez cienia wątpienia wybrałby to pierwsze i poszedłby na pierwszą linię frontu. Choćby zaraz.
Nie sądził, aby interwencja medyka była niezbędna, lecz kłócić się też nie zamierzał. Mało to on razy po pysku dostał w czasie swojego życia? Gdyby mu szczękę złamał pan w dresie, to Janek na pewno by o tym wiedział. Zdecydowanie by to poczuł. Obita morda po prostu lekko pulsowała bólem, tam ledwo mu wargę naderwał paznokciem, nic wielkiego. Ale i tak skinął w podziękowaniu głową.
- Dziękuję, choć to nie było konieczne. - Postanowił jednak jeszcze dodać słowną wersję, żeby nie wyjść aż tak na całkiem na gbura i buca. Pomijając taki drobny szczegół, że skoro pomagał ludziom w potrzebie - czy nie potrzebie - to raczej być nim do końca nie mógł. Przypuszczalnie. Chociaż po jej kolejnych słowa lewa brew mu drgnęła, wąsy zapewne też by to zrobiły - gdyby ich, ciężkie westchnienie Alex, nie zgolił. Bo. Pędzimy z wyjaśnieniem. Był Januszem. I to wcale nie tak, że było już całkiem późno, było ciemno i tak dalej. No ale trochę było. Taki Janek na przykład zaproponowałby obiad w czasie dnia następnego, gdyby nie miał intencji nieczystych. W tej sytuacji mógł zrobić tylko jedno. - W porządku.

zt x2

Sponsored content

PisanieTemat: Re: Zaułek za śmietnikami   


 
Zaułek za śmietnikami
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Zaułek przy barze "Kin"
» Ciemny zaułek za klubem "Inferno"
» Zaułek
» Zaułek na obrzeżach

Skocz do: