Szybkie Menu

Bar "U Matyldy"
avatar

PisanieTemat: Bar "U Matyldy"   Wto Lip 11, 2017 11:25 pm


avatar

PisanieTemat: Re: Bar "U Matyldy"   Sob Sie 19, 2017 11:39 pm

Zawisza może i nie był ogromną fanką zwierzyny (kiedyś, przed wojną nazywano takie osoby „ekoterrorystami”), nie miała nic przeciwko odzieży futrzanej i wcale nie uważała, że zwierzę może być ważniejsze niż człowiek. Ale nie była tak egoistyczną, podłą suką, by najpierw nie oporządzić konia.
Po pierwsze, zwyczajnie Maryśkę lubiła. To był już czwarty jej wierzchowiec, młoda, energiczna kobyłka, która niestrudzenie niosła ją na swoim grzbiecie często tam, gdzie wcale nie chciała iść. Po drugie, pogoda była upierdliwa, a koń wcale nie znosił jej lepiej niż ona. Po trzecie, to Maryśka się przemieszczała, Zawisza ostatnie odcinki trasy pokonała półleżąc w siodle, skulona, modląc się, by tylko z niego nie spaść. A Maryseńka, jakby wyczuwając stan swojej pani, szła spokojnie, równo i płynnie, sama wręcz wybierała dobrą, znaną od lat drogę.
Katarzyna nie mogła pozwolić, by koń się męczył. Sama nie miała siły, by ją umyć, ale osobiście zleciła to jednemu ze stajennych. Odtroczyła swoje rzeczy, odpięła siodło, zdjęła przemoczoną derkę. Dopiero kiedy upewniła się, że klacz dostała letniej wody i obroku tyle, ile trzeba, poszła zrobić porządek z sobą.
Złożyła meldunek w garnizonie, przydzielono jej kwaterę, do której dotaszczyła swój plecak i broń. Dopiero wtedy z ulgą zrzuciła mundur, krzywiąc się, bo zakrwawiona bielizna i spodnie zdążyły przyschnąć do skóry. Najpierw przez dobre dwadzieścia minut szorowała się pod prysznicem, z ulgą znalazłszy świeżą kostkę szarego mydła. Dwa razy umyła włosy, mając nadzieję, że pozbędzie się z nich aromatu konia.
Przejrzała się w lustrze.
No, lepiej.
Czyli nijak. Worki pod oczami, spierzchnięte usta, nieuporządkowane brwi. Włosy opadające ciemnymi, mokrymi strąkami wokół twarzy. Beznadziejnie krótkie, niezadbane paznokcie.
Na ogół nie miała problemów z tym, jak wygląda – to był zrozumiałe, zważywszy na charakter pracy. Ale Saszka wykonywał robotę bardzo podobną, a udawało mu się wyglądać znacznie lepiej. Katarzyna zastanawiała się, czy tutaj działa jakaś elficka magia, choć wiedziała jednak, że elf nie trwoniłby nanokadabr na pierdoły.
Westchnęła i ubrała się w długie spodnie desantowe i ciemnozielony podkoszulek. Nawet nie miała ze sobą czegoś, w czym mogłaby spróbować wyglądać.
No i trudno.

***

Po drodze do Matyldy wpadła jeszcze do dowódcy garnizonu, by złożyć bardziej obszerny meldunek. Zahaczyła też o oddział szpitalny, właściwie małą kanciapę w garnizonie, w której można było pomieścić kilkanaście łóżek i przeprowadzi ze dwie operacje. Dostała leki przeciwbólowe, a litościwa pielęgniarka podzieliła się paczką podpasek.
Dopiero wtedy zaszła do konia, a gdy upewniła się, że nic Marysieńce złego, prócz towarzystwa wierzchowców obu geografów, nie dolega, ruszyła na obiad. Była wściekle głodna.
Wcisnęła się za stolik w rogu, od razu zamawiając talerz pierogów ruskich i małe piwo. Lubiła to miejsce, tchnęło pełną cerat prostotą polskiego domu, a w dodatku kucharka robiła naprawdę dobre ruskie.

avatar

PisanieTemat: Re: Bar "U Matyldy"   Nie Sie 20, 2017 12:32 am

Saszka miał tendencję do tego, by wszystkie rzeczy robić samemu, bo przecież na innych nie mógł polegać jak na sobie, czy, nomen omen, Zawiszy. Tym razem jednak, choć udało mu się "wytargować" dodatkową godzinę, czas naglił. Zarzucił plecak i zabrał juki, a Wedla powierzył opiece koniuszemu, po czym załatwił sprawę swojej kwatery.
W pośpiechu, ale nie bez typowej dla niego drobiazgowości (co oznaczało ni mniej, ni więcej tyle, że jednak cała rzecz trwała dłużej niż u przeciętnego geografa) wziął się za wstępne przejrzenie materiałów zza Horyzontu. Niewiele tego było. Wypad był zadziwiająco wręcz spokojny, a to oznaczało mniej łupów niż zwykle. Coś tam jednak udało mu się przytachać. Sprawdził, czy pojemniki z próbkami roślin i nasion są należycie opisane (były) oraz czy z nagraniami z dyktafonu nic złego się nie stało (nie stało się). Przejrzał notatki, dopisał coś na marginesie w jednym miejscu, żeby przypadkiem nie zapomnieć tego zrobić później, choć prawdopodobieństwo, że Saash'Khaar o czymś zapomni, było przecież znikome. Kiedy uporał się z tym wszystkim, minęła już ponad połowa wyznaczonego do spotkania czasu.
Niedobrze.
Saszka nienawidził się spóźniać.
Szybkim krokiem, który niektórzy nazwaliby truchtem, udał się do bunkra kwatery głównej, w którym mieściła się komendantura. Przestępując z nogi na nogę słuchał, co jeden z oficerów ma mu do powiedzenia. Strasznie nie chciał mu przerywać, ale skubany tak się rozgadał, że elf już nie mógł wytrzymać. Wiercił się jakby musiał natychmiast opróżnić pęcherz, a oficer wreszcie zdał sobie z tego sprawę i zwyczajnie, po ludzku, zamknął jadaczkę.
Saszka umieścił próbki w skarbcu i już nawet nie udając, że ma jakąkolwiek godność, pobiegł się umyć.

* * *

Do baru mlecznego wparował na styk. Mokre wciąż włosy związał w koński ogon na czubku głowy, ale kudły miał tak długie, że i tak zostawiały mu wilgotny ślad na tyle czarnej koszuli wpuszczonej w nieco sprane, ale jednak wciąż czarne dżinsy. Dobre choć tyle, że nie była wymięta.
Nie wiedzieć czemu, Saszka bardzo nie chciał dzisiaj wyglądać jak psu z dupy wyciągnięty.
Przez chwilę rozglądał się uważnie po pomieszczeniu, a kiedy odnalazł wzrokiem Zawiszę, mimowolnie się uśmiechnął.
- Dzień dobry ponownie, pani major. Można? - zapytał grzecznie stając przy wolnym krześle.

avatar

PisanieTemat: Re: Bar "U Matyldy"   Nie Sie 20, 2017 2:48 am

Wszedł, gdy akurat wgryzała się w trzeciego z kolei pieroga. Zamarła z widelcem przy ustach, pozwalając sobie przez pięć sekund podziwiać. Jako żołnierz i rycerz honorowy wiedziała, jak ważne dla psychiki jest po prostu czucie piękna. Żołdak na froncie zazna grozy, obejrzy chwałę, poczuje braterskość, zakipi gniewem, dozna skruchy.
Ale nie zobaczy piękna. Należało je chłonąć, brać, kraść do skrytek pamięci, ilekroć wjechało przed oczy, choćby miało wciąż wilgotne włosy i sprane spodnie.
Saszka był piękny.
Wielka kropla tłuszczu i rozrzedzonej śmietany skapnęła na talerz. Katarzyna jadła pierogi tak, jak serwowała je babcia – z ogromem smażonej cebulki, bez skwarków, za to z gęstą śmietaną. W okolicy Korniejewa parę lat temu założono kilka wsi obsadzonych uchodźcami, hodowano też zwierzęta i wypasano krowy. Śmietana była pierwszorzędna.
- Przecież cię zaprosiłam – zaburczała jeszcze z pierogiem w ustach, dopiero potem odgryzła pół i zaczęła żuć. Była wściekle głodna. – Przepraszam, jadłam tylko śniadanie.
Wymówka była wytłumaczalna – dochodziła dziewiętnasta. Nad Korniejewem zapadał gorący, spokojny, przesycony brzęczeniem komarów zmrok. Wyprażona ziemia z ulgą oddawała ciepło, zapach rozgrzanego asfaltu, aromat końskich placków i smaru. Zawisza duszkiem wypiła prawie jedną trzecią piwa, siłą powstrzymała odruch zachowania się przy tym elfie skrajnie niekobieco. Tego Saszka mógłby psychicznie nie znieść.
Sama nie wiedziała, dlaczego tak się działo, ale odkąd poznała go nieco ponad rok temu, elf zdawał się traktować ją z podziwem i estymą, nieomal jak zakochany nastolatek przy królowej szkoły. Katarzynę nieco to bawiło, nieco to rozczulało, ale też, co przyjmowała ze zdziwieniem, zmuszało do prostowania pleców, zdjęcia łokci ze stołu i otarcia papierową serwetką ust, nim się odezwie. Saszka roztaczał wokół siebie aurę Warszawy – miejsca, gdzie należy być człowiekiem, elegancką kobietą, a nie wściekłą walkirią z lasu.
Odłożyła serwetkę na stół.
- Co cię sprowadza do Korniejewa? – zapytała, a pytanie owo było uprzejmie zawoalowanym „Opowiedz mi o tym, o czym chcesz, a o czym mogę słuchać”. Praca geografów należała do zadań dość tajnych, a prywatne przeżycia Saszki mogły nie być rzeczą, którą elf chciał się dzielić. Wiedziała też, że był osobą, która odpowie na zadane pytanie, nawet jeżeli jest niedelikatne i zmusza do odkopania z czeluści pamięci bolesnych wspomnień.
Nie ulegało wątpliwości, że elf takie miał.
Każdy miał coś takiego.
Postukała paznokciami w kufel zimnego piwa.
- Mam do ciebie dwie prośby – zaczęła, nim elf zdążył choćby formować odpowiedź. – Po pierwsze, nie wiem, czy znasz tamtego człowieka, i jak dobrze go znasz, ale proszę, byś nie mówił mu, pod jakim kryptonimem pracuję. To tajne – przypomniała.
Wbiła widelec w kolejnego pieroga i umaczała go w śmietanie. Uśmiechnęła się i, dla odmiany, wyglądała całkiem uroczo.
- A po drugie, spróbuj pierogów. Bardzo dobre.

avatar

PisanieTemat: Re: Bar "U Matyldy"   Nie Sie 20, 2017 3:38 am

Zanim rozsiadł się na nie do końca wygodnym krześle (choć i tak bez wątpienia wygodniejszym niż wielogodzinna jazda w siodle), zagarnął jeszcze ze stolika obok zalaminowaną kartę dań. Doskonale wiedział, na co ma ochotę: obrzydliwie słodkie naleśniki polane syropem klonowym, czekoladą, bitą śmietaną i Bóg wie czym jeszcze. Jednak jako odpowiedzialny funkcjonariusz samego hetmana wiedział także, że po kilku tygodniach żywienia się praktycznie samymi lembasami i mielonką wojskową, na zmianę raz oznaczaną KM (wielu żołnierzy odszyfrowywało ten skrót jako "konserwa mięsna"), innym znowu razem MT ("mięsna też"), potrzebował prawdziwych protein i witamin.
Przyglądał się w skupieniu, jak pani major się pożywia, i to uświadomiło mu, jak bardzo był głodny.
Starał się nie wgapiać zbyt natarczywie w to, jak przeżuwa, więc po prostu błądził wzrokiem od jej piwnych oczu do talerza, starannie unikając patrzenia na blizny na jej rękach. Wiedział, że jej enpisami są dwa przerośnięte orły i podejrzewał, że to one mogą stać za ranami. Ale z drugiej strony - mogło to być cokolwiek innego. Atak picassaka albo soggotha, ostrza jegrów albo jakaś historia z dzieciństwa. Często brakowało mu taktu i nieprzemyślanymi pytaniami ładował się prosto w miny gaf towarzyskich, ale jedną z pierwszych lekcji o kontaktach z ludźmi, jaką przyswoił, było: nigdy nie pytaj o blizny, jeśli na stole nie ma wódki.
I jak nie lubił smaku wódki, tak teraz uznał, że trochę by się jej przydało.
Kasia nie była jak większość znanych mu kobiet. Wyróżniała się nawet na tle swoich koleżanek z wojska. Nie krygowała się, nie malowała, nie trzepotała do niego rzęsami, które to trzepotanie zawsze niemile kojarzyło się Saszce z ćmą, która w autystycznym zapamiętaniu obija się o ściany.
Nie, Kasia była prawdziwa. A właśnie prawdziwość elf cenił najbardziej.
I nawet gdyby geograf nie miał w zwyczaju wysłuchiwać uważnie swoich rozmówców, to i tak nie odważyłby się przerwać pani major jej przegryzanej obiadem przemowy. Bo nawet z pierogiem w ustach i kropką śmietany na policzku miała w sobie coś, co pisarze z tak ukochanych przez Saszkę książek nazywali charyzmą.
- Nie znam tego jegomościa - odpowiedział po chwili, krzywiąc się lekko. - I nawet nie jestem pewien, czy... Uhm. - Chyba się zagalopował. Prrr, wstrzymaj konia. Po co pani major ma wiedzieć, że go nie lubisz. Odkaszlnął. - To znaczy, oczywiście, że mu nie powiem. Nie widzę potrzeby, by wspominać o tym komukolwiek, przecież wiesz... Kasiu.
Nie wytrzymał. Wziął serwetkę z pojemnika i wytarł jej policzek jak małemu dziecku. Złożył świstek na czworo i odłożył.
Nie wiedział, co mówić. Jak się zachować. Pisanie listów było po stokroć łatwiejsze. Może dlatego, że nie przeszywało go wtedy bystre spojrzenie pani major. Albo może dlatego, że Zawisza nie uśmiechała się wtedy tak, że Saszka zaczynał myśleć o rzeczach, o których nie powinien.
Żołądek szanownego geografa wydał z siebie charakterystyczny dźwięk i elf już całkiem się speszył.
- A Koreniejewo, no wiesz, wiesz jak to jest, wracam z drogi, właściwie nie mogę zbyt wiele o tym mówić - powiedział szybko, żeby jakoś zatuszować to burczenie sprzed chwili. Wbijał wzrok w menu, ale do jego mózgu nie docierały żadne konkretne słowa. Zerknął na panią major i strzelił kolejny błąd, za który miał ochotę się spoliczkować. - A ty znasz dobrze tego wąsatego? Jesteście przyjaciółmi? To znaczy, hm. Chyba też wezmę pierogi.

avatar

PisanieTemat: Re: Bar "U Matyldy"   Nie Sie 20, 2017 4:35 pm

- Dzięki – mruknęła, odwracając na ułamek chwili wzrok, gdy Saszka pieszczotliwym gestem starł je śmietanę z policzka. Z elfami był ten jeden problem, że nie widać po nich wieku – nie wiadomo, czy delikwent to próbujący swoich sił młokos, czy doświadczony życiem mężczyzna, który traktuje cię jak małą dziewczynkę.
Ludzcy faceci byli bardziej czytelni.
- Długo zamierzasz zabawić tutaj? – spytała. – Zamierzam jutro, najdalej pojutrze wracać do Warszawy. Jeżeli masz podobne plany, moglibyśmy pojechać razem.
To nie był głupi pomysł. Właściwie to było bardzo logiczne – należało podróżować w grupie, ilekroć była na to szansa. W kupie bezpieczniej i raźniej. Towarzysz drogi chroni przed niebezpieczeństwem czającym się w krzakach, ale też tym, które roi się w twej własnej głowie.
Tutaj był Zachód, miejsce, w którym nie należało się bać. Strach ogłupia, paraliżuje, czyni niezdolnym do podejmowania decyzji. Nie trzeba było się bać, ale należało zachować czujność. Uważać na swoje myśli.
- Januszowi zamierzałam zaproponować to samo – dodała, niewłaściwie odczytując kody niewerbalne. – Spotkałam się z nim kiedyś, trzy lata temu. Siostra umówiła mnie z nim na randkę. I nawet się przy tym nie raczyła zająknąć, że jest królewskim geografem.
Parsknęła, odłożyła widelec i odsunęła talerz umazany śmietaną z tłuszczem. Najedzona czuła się odrobinę lepiej, ból stępił się do poziomu upierdliwego kłucia w podbrzuszu, ale nagła sytość i piwo sprawiły, że poczuła się senna i zmęczona. Przydałaby się kawa – porządna, prawdziwa kawa – ale w Korniejewie prędzej można było dostać łysą, bezzębną dziwkę niż mieloną arabikę. Transporty docierające na Zachód miały ważniejsze cargo do przewiezienia niż zagraniczne wiktuały.
- On zresztą też miał cały wieczór na opowieści, a na to czasu mu brakło – dodała. – No ale cóż, ja też nie opowiadam wszystkim… o sobie.
Wyczuła jego spojrzenie, cofnęła ręce, ale zaraz wróciła do poprzedniej pozycji. Ukrywanie się nie miało sensu – włożyła tylko podkoszulek, a blizny szpeciły całe jej ręce, od nadgarstków aż do barków, nachodziły nawet na kark i szyję tam, gdzie orły ją zadrasnęły lub dziobały.
„Enpis to wytwór twojej podświadomości przekonwertowanej na magię” – tłumaczyła siostra. „Twoja podświadomość nadaje mu funkcję i kształt. A że ty uważasz, że powinnaś zostać ukarana, twoje ptaki robią to za ciebie”.
Lubiła Korniejewo, bo było miejscem dla podobnie poranionych ludzi. W Warszawie jej ręce wywołałyby odrazę i zamieszanie, ale tutaj było pełno ludzi posiadających blizny. Mogła włożyć koszulkę, gdy było za gorąco na długi rękaw, a oni wprawdzie wodzili za nią wzrokiem, ale tylko wyrażającym umiarkowaną ciekawość.
„Jak się ich dorobiłaś?” – mówiły.
- Mam ochotę na jeszcze jedno piwo. Napijesz się ze mną, czy wciąż abstynent na froncie?

avatar

PisanieTemat: Re: Bar "U Matyldy"   Nie Sie 20, 2017 5:28 pm

Gdy zaczęła mówić o drugim geografie, on dla odmiany znów utkwił wzrok w karcie dań. Z zaskoczeniem przyjął fakt, że wzmianka o "randce" wywołała w nim nieprzyjemne ukłucie, którego nijak nie umiał sobie wyjaśnić. Jednak jako że był, no cóż, po prostu sobą, zaraz zaczął rozpatrywać sprawę z drugiej strony - przecież zawsze liczyła się tylko obiektywna prawda.
- Wiesz, jak to jest. Trochę nie wypada się chwalić tą posadą na prawo i lewo. Może... Może nie mógł o tym wspomnieć - powiedział trochę wbrew sobie i bez większego przekonania. Sam też zazwyczaj wolał nie kłapać ozorem o tym, czym się zajmuje. Już i tak ludzie na patrolach dziwnie na niego patrzyli po przeskanowaniu jego danych.
Dostęp do praktycznie wszystkiego na terenie całej Rzeczypospolitej miał niewątpliwie mnóstwo plusów, ale jednym z nich z pewnością nie były ukradkowe spojrzenia czy szeptane za plecami plotki.
Potarł opuszką palca o plamę na karcie. Drażniło go, że nie chciała zejść.
- Właściwie to też będę niedługo zmierzał w stronę stolicy - dodał po chwili, a jego uwadze nie umknął gest cofania rąk i kładzenia ich z powrotem na stole. Czyli jednak, mimo wszystko, zauważyła, że na nie patrzył. No trudno. Zaspokoił część swojej ciekawości i przyjrzał się im więc, i tak już było po ptakach.
Jednak wyglądały na ślady pazurów.
Wiedział, bo sam miał taki jeden wielki ślad na torsie.
- Muszę tylko zrzucić i przesłać dane, ale zajmę się tym jutro, dziś już mógłbym coś zepsuć - kontynuował. - Ale pojutrze możemy... Możemy ruszać.
Nie w smak mu była podróż z tym całym Januszem. Miał nieprzyjemne wrażenie, że za cholerę nie będzie mógł się z nim dogadać.
Żadna nowość.
Z kolei podróż w towarzystwie pani major jawiła się co najmniej interesująco. Zawsze to trochę więcej czasu w jej towarzystwie.
Odsunął się od stolika razem z krzesłem.
- Właściwie to nie tylko na froncie. Jakoś nie przepadam za alkoholem - powiedział wstając. Nie dorzucił, że to ze względu na paskudny smak. Punkt dla niego. Sięgnął po opróżniony przez Katarzynę talerz, żeby zanieść go do punktu zwrotu naczyń. Nie bardzo się znał na ludzkiej fizjologii, zwłaszcza kobiecej, ale wiedział, że kiedy koleżanki mają "te dni", to zazwyczaj wolą nie wstawać bez potrzeby. - Siedź, przyniosę ci. Sobie też coś wezmę.

Wrócił z tacką obładowaną dobrociami. Zimne piwo dla pani major, dla siebie cały zestaw obiadowy, którego głównym elementem był ogromny filet z kurczaka. Miał nadzieję, że pani major uzna beżową ciecz w kubku za zbożówkę z mlekiem, a nie to, czym w istocie była: gorące, słodkie kakao.
Postawił szklankę przed Zawiszą, usiadł. Mimowolnie zauważył, że ani prosta koszulka w jakimś takim nijakim kolorze, ani blizny pokrywające ręce wcale nie maskują tego, że ciało Kasi było jak zadbana, dobrze naoliwiona maszyna.  
- Opowiedz mi coś - bardziej stwierdził niż zapytał. Nawet nie wiedziałby, o co ją pytać. Właściwie dawał jej wolną rękę. Równie dobrze jak zrelacjonować swój cel pobytu poza murami Korniejewa mogła mu podać przepis na bażanta w karmelu.

avatar

PisanieTemat: Re: Bar "U Matyldy"   Nie Sie 20, 2017 6:26 pm

Janusz nie oddał Kostka byle komu. Nie, żeby kochał zwierzęta, szanował Konstantego nad życie, nie miała być to również żadna próba podważenia kompetencji stajennego – zwyczajnie jeszcze się z koniem nie nagadał, mimo że mieli tyle czasu sam na sam, oko w grzywę i tyłek w grzbiet. I wolał, aby nikt przypadkiem nie dotykał jego śmieci. Danych, broni, nawet paskudnych konserw czy starych skarpet - tych ostatnich w szczególności, wyjęte ze szczelnego opakowania mogłyby posłużyć jako broń biologiczna i wytruć w diabły całe Korniejewo, a to była jedna z tych rzeczy, których raczej nie chciał.
Dlatego najpierw skierował swoje kroki do stajni, zdjął z biednego zwierzęcia cały majdan, rozsiodłał, nalał wody i dał żreć, a koniec końców wyczyścił gnoja i wydłubał mu cały syf z kopyt – oczywiście gęba mu się niemal nie zamykała w czasie tych wszystkich zabiegów pielęgnacyjnych. A gdy już skończył, obładował się sam tym wszystkim, co konisko i stwierdził, że pojebało go z noszeniem takiej ilości majdanów przy sobie.
Dociągnął się do kwatery i zajął się sobą. Najwyższa pora. Cuchnął jak stajnia, w której coś zdechło, a gdy przypadkiem przejrzał się w lustrze, prawie dał menelowi dwa złote, nim ogarnął, że to jego odbicie.

Do 'Matyldy' wszedł, oczywiście, spóźniony niczym paryska księżniczka. Porzucił mundur na rzecz cywilnego ubrania, ogolił szyje - bo nawet obłąkaniec powinien to robić - i przystrzygł trochę brodę i wspaniałego wąsa, żeby nie przypominać tak doszczętnie jak żul spod Lewiatana. W finalnej wersji nie wyglądał już tak bardzo jak bezdomny czy niedźwiedź, teraz bliżej było mu wikinga z tym zarostem i grzywą nadal wilgotnych jasnych kudłów.
Początkowo nawet nie rozglądał się za spodziewanym towarzystwem, tylko skierował swoje kroki do bufetu. Co go tam obchodziły ploteczki z Kaśką czy elfem - Janek za cholerę nie potrafił powiedzieć, jak się nazywa, choć miał wrażenie, że w rozmowie gdzieś padło, wyciekło przez uszy, ot co - skoro miał baczenie na schabowego uśmiechającego się zza szybki. Taki piękny, ponętny. Cichocki od razu zaprosił go na gorącą randkę i dorzucił do tego zestawu solidną łyżkę gniecionych ziemniaków i mizerii. Prawdziwy obiad, proszę państwa, żadna tam śmierdząca konserwa, żaden tam suchy chleb dla konia.
Dostawił jeszcze do tego kompletu zimne piwo, duże. Bo mu się należało.
Odwrócił się od pani bufetowej plecami i rozpoczął wzrokowe poszukiwanie. Najpierw rzuciły mu się w oczy srebrzyste włosy elfa, później dopiero zobaczył panią major. Nie jej wina, ale przy elfie wypadała jak stara bułka przy świeżym bochenku. Taki urok tych spiczastouchych sukinsynów.
Podszedł, postawił tacę i jak gdyby nigdy i nic wpakował tyłek na krzesło obok Saszki.
— Bry ponownie, proszę towarzystwa — rzucił, przysuwając się bliżej stolika. — I wasze zdrowie, co mi tam.
Kufel w dłoń, piwo do gardła. Bo co się miał pierdolić i gadać o dupie Marysieńki? Pić mu się chciało, głodny był, a schabowy pachniał i czekał.

avatar

PisanieTemat: Re: Bar "U Matyldy"   Nie Sie 20, 2017 8:09 pm


Zerknęła w szare oczy elfa. Podobno kiedyś ludzie tworzyli i nosili kolorowe soczewki kontaktowe dla ozdoby. Często miewały nierealne, fantastyczne odcienie – soczystej zieleni, fioletu, czerwieni lub srebra. Zawisza podejrzewała, że zwykły kawałek kolorowej nakładki na oko nie mógł dać tego specyficznego uczucia głębi typowego dla ludzkiego oka.
Oczy Saszki to miały. Biało-srebrzyste, ciemne przy obwódkach, mieniły się odcieniami płynnego srebra, cyny i rtęci. Były kompletnie nieludzkie. Elf mógł być tu, na przaśnym polskim wygwizdowie, jedząc swojskie jak skurwysyn pierogi ruskie, odziany w ciemne spodnie.
Ale nadal nie czyniło go to ani trochę ludzkim.
- Nie jest za dobrze – zaczęła mówić, nieco dziwiąc się samej sobie. – Ludzie się boją, tło fagowe jest niestabilne. Jakiś miesiąc temu droga dziesięć kilosów stąd była nieprzejezdna przez pół dnia, bo zainfekowało drzewo. Widziałam wypalony pień, taki porządny, solidny dąb, wiesz. Nadal był czarny. Podobno wzywali dodatkowe wsparcie z Gorzowa, ponad pięćdziesięciu chłopa chodziło z wykrywaczami i szukało siewek. Dobrze, że nic żywego nie wpier… zjadło żołędzi.
Przy Saszce jakoś tak nie chciała przeklinać.
- Oni coś kombinują. Tak coś czuję – mruknęła, a przeczucie żołnierza to rzecz święta, zwłaszcza gdy nawiguje go bransoletka. – No i jest coraz więcej przypadków przekształceń. Mówię o ludziach. W pół roku chyba dobiliśmy do ponad dziesięciu ludzi, w porównaniu do zeszłych lat to sporo. Niedawno nadziałam się na soggotha.
Przez jej twarz przemknął lekko zauważalny cień, gdy przypominała sobie potwora o wykrzywionych stawach, paznokciach zmienionych w szpony. Soggoth był człowiekiem, który nieopacznie (lub celowo) poddał się magii czarnych – zjadł owoc czarnej ziemi, złożył pokłon jegrom, pozwolił, by złe myśli trawiły jego duszę.
Tym razem trafiło na dziecko.
- Ja oczyszczam okolicę z fagów, no i widzę, że jest, cholera, niedobrze – ciągnęła. – Po dwóch tygodniach jest to samo, jakby mnie w ogóle nie było. Ja mam wrażenie, że oni chcą forsować Odrę…
Urwała, bo do Matyldy właśnie wtarabanił się Janusz. Geograf miał szczęście, że kobieta jego myśli nie słyszała, bo właśnie dokonałby żywota na jasnych kaflach podłogowych, z widelcem wystającym z tchawicy.
- Ty – wycedziła spokojnie, gdy Janusz, jego zarost i jego schabowy we trójkę zajęli miejsca za stolikiem.
Musieli śmiesznie wyglądać. Trzy istoty z innej bajki: mężczyzna, kobieta i elf.
- O ile pamiętam, naszą randkę zakończyłam słowami „Świetnie się bawiłam, ale raczej nie spotkamy się ponownie”. Jeśli czegoś nie ogarnąłeś, to wyjaśniam, że skłamałam. W tej pierwszej części, a nie drugiej.

avatar

PisanieTemat: Re: Bar "U Matyldy"   Nie Sie 20, 2017 8:42 pm

Jak to miał w zwyczaju, nie przerywał swojej rozmówczyni, tylko słuchał uważnie każdego jej słowa. Chociaż, na dobrą sprawę, Katarzyna mogłaby nawet recytować listę zakupów, a on i tak by się wsłuchiwał zachwycony.
Lubił jej głos.
Był przyjemny dla ucha nie tylko dlatego, że był niższy niż u większości samic. Miał miłą barwę, trochę może zachrypniętą, ale to tylko dodawało mu uroku. Saszka musiał się bardzo pilnować, żeby trochę przez to nie odpłynąć.
Tym bardziej, że słowa, które ze sobą niósł, wcale już takie przyjemne nie były.
Gdyby to jakiś inny żołnierz opowiadał Erkh'iaanowi o swoich obawach, elf byłby mniej zaniepokojony. Ale ufał instynktowi Zawiszy niemal tak samo jak własnemu. Przetwarzał sobie w mózgu właśnie zasłyszane dane i nawet mu się to komponowało. Przełknął kęs posiłku.
- To by nawet pasowało - mruknął po chwili. - Za Horyzontem, dla odmiany, jest ostatnio spokojnie. Trochę nawet za spokojnie, powiedziałbym.
I nie zdążył powiedzieć nic więcej, bo po jego prawicy zasiadł Janusz.
Saszka umilkł, skupiając się na tym, by nie zgrzytać sztućcami po talerzu podczas krojenia kotleta. Kątem oka zerkał to na panią major, to na kolegę po fachu, a humor siadł mu jeszcze bardziej. Tłumaczył to sobie tym, że się martwi o wydarzenia w najbliższej okolicy.
Pozytywne nastawienie do świata wróciło jednak parę sekund później. Saszka odstawił na stół trzymany w lewej ręce nóż i zasłonił dłonią usta, udając, że musi coś przeżuć dokładniej.
Ale tak naprawdę próbował po prostu ukryć wielki uśmiech, który rozciągnął mu usta po ostatnich słowach Kasi.

avatar

PisanieTemat: Re: Bar "U Matyldy"   Nie Sie 20, 2017 8:54 pm

— Owszem. Ja mówiłem, że miło było cię poznać i też kłamałem. — Kolejny łyk piwa. — Przyczyniłaś się do bolesnej traumy w moim życiu i od tamtej pory nie umawiam się w ciemno. — Po tych słowach ujął w dłonie sztućce i uśmiechnął się półgębkiem do schabowego. Marzył o nim. Pożądał go znacznie potężniej, niż jakiejkolwiek kobiety w tym Planie. Nawet nie spodziewał się, jak wielką satysfakcję sprawi mu możliwość wbicia w niego widelca, odkrojenia kawałka jego mięsnego jestestwa i upchnięcie do ryja.
Błogość, proszę państwa.
Znacznie mniej z kolei przejmował się słowami Kaśki, bo nie brał ich jakoś nazbyt poważnie. Oboje doskonale wiedzieli, jak niewarte wspominania większych szczegółów spotkanie to było i że oboje nigdy w życiu nie chcieliby brać udziału w podobnym. No prośba.
A elf milczał, nawet się, buc, nie przywitał. Janusz zerknął kątem oka, powstrzymując zblazowane ciągoty do przypadkowego szturchnięcia go łokciem tylko i wyłącznie po to, żeby sprawdzić, czy się odezwie. Nie miał za bardzo wprawy w kontaktach z elfami, bo były dla niego zwyczajnie niepojęte i nieogarnialne – duża różnica kulturowa, którą lepiej było ignorować niż w większy sposób się do niej odnosić.
Za to postanowił zadać inne pytanie.
— Jak ci tam było na imię? — spytał, odwracając łeb do elfa, gdy już wszystko w zębach zmiętosił i przełknął. Zero skrępowania faktem, że nie pamiętał. Zero zażenowania, zero prób wyciągnięcia tej informacji podstępem. — I co w Polsce słychać? Jakieś rewelacje? — To pytanie z kolei rzucił już bardziej w przestrzeń.

avatar

PisanieTemat: Re: Bar "U Matyldy"   Nie Sie 20, 2017 9:18 pm


Dalsze sprzeczanie się może i byłoby zabawne, ale na pewno nie dla kobiety, której nudne jak flaki z olejem, boleśnie funkcjonalne bawełniane majtki obejmuje z wolna Czerwona Mgła.
- Nie wiedziałam, że jesteś geografem – powiedziała tonem, który sugerował: „Nie przypuszczałam, że nadajesz się do czegoś prócz tarcia chrzanu”. – Jeżeli misje pomiędzy światami wychodzą ci gorzej niż randki, ten kraj czeka zagłada. Nieważne. Wracam do Warszawy jutro, najdalej pojutrze, porucznik Erkh’iaan tak samo. Jeżeli masz podobne plany, proponuję wracać razem. Z przyczyn wiadomych.
Zacisnęła wargi, zdając sobie nagle sprawę z tego, że przyczyny mogły być jaśniejsze dla Saszki niż drugiego geografa. Elf wiedział, kim była Zawisza, znał moc, którą władała. Razem podróżowało się bezpieczniej, ale jeżeli na jednym terenie przebywali geografowie, dzierżąc przesiąknięte obcą magią próbki, Katarzyna mogła się przydać.
Gdyby depozyt uległ rozszczelnieniu lub zniszczeniu, odpryski aur obcych Planów mogłyby zderzyć się z sobą, zetrzeć, skolapsować, zaburzyć równowagę Planu Ziemi. Ktoś, kto potrafił ją stabilizować, mógłby pomóc.
Ale tego Janusz nie wiedział.
- To jest porucznik Saash’Khaar Erkh’iaan, geograf królewski tak jak ty, de facto dwa razy bardziej doświadczony, więc się przymknij i okaż szacunek. – Uśmiechnęła się do Saszki. Nie dawała po sobie poznać, że zauważyła jego uśmiech – w końcu nie wystarczy zasłonić ust, by ukryć go przed światem.
Zanim zdążyli zareagować, dobiegły ich odgłosy kotłowaniny przed barem. Wreszcie wpadł spocony, zakurzony, ale umundurowany poprawnie żołnierz. Zasalutował od progu. Nie miał dwóch palców u prawej ręki.
- Czy jest tutaj pan porucznik Erkh’iaan? – spytał z napięciem. – Jest pan bardzo potrzebny.

avatar

PisanieTemat: Re: Bar "U Matyldy"   Nie Sie 20, 2017 10:23 pm

Przez całe życie czuł się jakby był obok. Obok toczących się rozmów, ale nigdy tak naprawdę się nie udzielając. Obok dzieci, które bawiły się w swoje wymyślone zabawy, a których on do końca nie czuł, mimo że każdą możliwą ich zasadę rozebrał na czynniki pierwsze, przeanalizował i nawet zasugerował ulepszenie. Jedynym wytchnieniem od tego wyobcowania były telepatyczne "rozmowy" z matką, której mógł bezpośrednio pokazać to, z czego nawet nie zdawał sobie sprawy. Dziecięcą radość, która towarzyszyła pierwszemu samodzielnemu zasznurowaniu buta, a której nijak nie mógł wyartykułować, kiedy ojciec pytał jak mu minął dzień. Niewiarygodny błękit, który tańczył na krawędzi tego jednego liścia w parku, migający przez chwilę w cieniu, a który zniknął zanim mały Saszka zdołał sobie na dobre uprzytomnić jego obecność. Tęsknił za tym poczuciem zrozumienia i przynależności, którego mu zabrakło, gdy miał nieco mniej niż dwanaście lat.
I teraz też czuł się obok.
Nie zdążył nawet utrzeć temu wąsatemu panisku nosa przedstawiając się z imienia i nazwiska, którego nikt poza elfami, nawet Zawisza, nie umiał wypowiedzieć jak należy, ani ze stopnia. Pani major ubiegła go. Ale może to i dobrze, bo Saszka pewnie by się zaciął na podstawach etykiety. Bo jak tu podać rękę komuś, kto nie dość, że zajmuje całą wolną przestrzeń, to jeszcze ma te swoje ogromne ręce zajęte sztućcami?
No impas jak nic.
- W Polsce chyba bez zmian - burknął tylko niepewnie. Nie zdążył przecież obejrzeć żadnego skrótu wiadomości, to skąd miał wiedzieć. Chciał wyjaśnić, że kilka ostatnich tygodni spędził w siodle, ale i tego nawet nie zdążył zrobić, bo życie znów płynęło sobie, a elf tylko stał z boku i obserwował. W tym przypadku życie przybrało nie do końca malowniczy wygląd żołnierza.
Saszka wstał energicznie, niechcący trącając udem stolik, który zatrząsł się, jakby nie do końca zdecydowany, czy jest takim traktowaniem oburzony i zaraz po prostu jebnie, czy też zwyczajnie puści zniewagę mimo ceraty i się uspokoi.
Trzasnął popisowo obcasami, również salutując.
- Porucznik Erkh'iaan, spocznij, żołnierzu - rzucił odruchowo. Kątem oka zerknął tęsknie na niedojedzony obiad i kubek pełny wciąż gorącego, pysznego kakao.
Na ten kubek to już zwłaszcza.
- Co się dzieje?

avatar

PisanieTemat: Re: Bar "U Matyldy"   Nie Sie 20, 2017 10:46 pm

— Jestem cichym bohaterem. — Poruszył bezradnie ramionami. Bo i po co miał wtedy opowiadać? Jeszcze zrobiłaby się miła, zaczęła się kleić czy Bóg wie - z jednej strony to wcale nie byłoby głupie. Z drugiej - męczące. — Jak się człowiek umawia z walkirią w przeddzień menstruacji, to co się dziwisz? — Musiał wtrącić trzy grosze, bo w innym przypadku świat dopiero czekałaby zagłada. — Z chęcią. Może któreś z was będzie ciekawszym rozmówcą od mojego konia.
Porucznik Saash’Khaar Erkh’iaan. No, to już wiadomo, dlaczego wyciekło mu to przez uszy z mózgu. Nie miał pamięci do tych elfich imion, były za fikuśne i łamał sobie język, gdy próbował je wymawiać. Teraz postanowił nieco jednak się postarać i zapamiętać - a w drodze może i podpatrzeć porucznika.
Wiedział, że ten jest straszy stażem, jeszcze zanim Katarzyna go o tym poinformowała. To był elf. Mógł mieć lat dwadzieścia, ale równie dobrze mógł mieć ich i sto, a skoro był geografem, to Cichocki automatycznie wybrał opcję drugą. Pomijając już to, że Janek to cztery lata temu koło Geografa nawet chyba nie stał.
— Nie ucz ojca dzieci robić —parsknął i nawet na chwilę odłożył widelec. — Poruczniku Erkk'iaan — ależ skaleczył to nazwisko, gdy je wymawiał. Język przy okazji również. — Mam nadzieję, że zechce pan udzielić kilku wskazówek młodszemu koledze po fachu. Janusz Cichocki, do usług.
Nie wyczuwał niechęci nadal. A co, wolno mu było. Dla niego tak pogapić się na innego Geografa to jak wygrać z rakiem, tylko że może nawet i lepiej. Radził sobie, pewnie. Coś tam chodził, do Planów obcych właził, do Warszawy wracał. Lecz nigdy nie próbował się oszukiwać, że jest w tym wybitny czy może genialny. Bo i po co? Lepiej znać swoje przeciętne granice możliwości, wybujałe ego chyba jeszcze nigdy nikomu dupy nie uratowało.
Sztućce znowu w dłoń, nożyk w ruch. I wpadł żołnierz, który ani trochę nie przeszkodził Januszowi w konsumpcji obiadu. Nawet przeciwnie. Spoglądał na żołnierza, na brak palców, wsuwając sobie kawałek kotleta do ust. No co? Głodny był.

avatar

PisanieTemat: Re: Bar "U Matyldy"   Pon Sie 21, 2017 12:37 am

Chociaż wezwanie skierowano do elfa, pierwsza ruszyła się, o dziwo, Zawisza.
- Raportuj – rzuciła, wychodząc jako pierwsza z baru. Matylda nie zwracała nawet na nich uwagi, zajęta krzyżówką – wojsko zawsze regulowało swoje należności. Jeżeli trójka, która tak szybko porzuciła swój obiad, nigdy nie wróci, żeby go dojeść – ktoś inny zapłaci rachunek. Poza tym Zawisza bywała tu z regularnością współczesnych kolei pociągowych, których rytm był ważnym elementem feng shui wojennego kraju.
Już po drodze młody żołnierz referował – podobno w jednej z okolicznych wsi sołtys posłał „pierunem” po żołnierzy z garnizonu, bo złapano soggotha.
- Dlaczego nie zajął się tym najbliżej stacjonujący patrol? – warknęła. – Wojsko Polskie się opierdala na drogach dużo bliżej!
Dobrze o tym wiedziała, kilku takich nawet mijała dzisiaj.
Żołnierz wydłużał krok, nie bez zdziwienia zauważając, że ciężko za kobietą nadążyć. Cały czas mówił zarówno do niej, jak i do elfa, ewidentnie nie wiedząc, do kogo się zwracać.
- Melduję, że nie wiem, pani major. Ten soggoth podobno jest dziwny. Schwytali go i chcą, by obejrzał go elf. – Rzucił speszone spojrzenie, najwidoczniej obawiając się, że Saszka obrazi się na tak przedmiotowe traktowanie. – Podobno mówi.
- Idiotyzm. Soggoth ma przeżarty i wynicowany mózg, nie skleci dwóch kompletnych zdań.
- Tylko tyle mi przekazano.
Zatrzymała się na dziedzińcu tak raptownie, że Saszka omal nie wleciał na jej plecy. Znowu wróciło wspomnienie tej nocy, a wraz z nim ból żołądka i dotkliwe pieczenie blizn na ramionach. Syknęła, roztarła łokcie.
Wtedy stała po drugiej stronie. Mocowała się z mieczem, aż wreszcie rzuciła pochwę na ziemię. Wydała rozkazy. Osobiście zasiekła Myszę i jeszcze trzech innych zakażonych kleszczem. Asystowała przy pozostałej trójce.
Kiedy śmigłowiec wiózł ją do Warszawy, była pewna, że nie zobaczy więcej Korniejewa. Kiedy tu wróciła, już jako komandos specjalny, była pewna, że ludzie jej nienawidzą. Tak nie było.
- Osiodłaj nasze konie – poleciła krótko. – Chcę was tu widzieć za piętnaście minut. Nazwisko? – rzuciła głośniej do chłopaka.
- Szeregowy Mularczyk!
- Jak twój koń? – spytała. – Złożę raport za gówniane żarty – ostrzegła.
- Trochę zmęczony, ale jeszcze da radę. Wioska jest blisko.
- Poprowadzisz.
Odwróciła się na pięcie i ruszyła do kwatery po miecze.

z/t - odpiszcie jeszcze tutaj, jutro nas przeniosę do innego tematu.

avatar

PisanieTemat: Re: Bar "U Matyldy"   Pon Sie 21, 2017 1:11 am

Zanim wypadli z baru w pośpiechu, uścisnął wyciągnięte w jego stronę łapsko i skinął głową, ale to by było na tyle. Nie mieli czasu na większą wymianę uprzejmości. Choć Saszka miał długie nogi, to wcale nie tak łatwo było za panią major nadążyć. Zaiste, walkiria z lasu.
Nie spodobało mu się to, że Zawisza przejęła całą sprawę, którą, bądź co bądź, skierowano bezpośrednio do niego. Choć był głuchy na subtelne zmiany w zachowaniu ludzkim, to nawet jego uwadze nie uszło, że szeregowy Mularczyk miał problemy z określeniem kolejności dziobania w tej małej grupce. A kiedy żołnierz nie wie, kogo ma się słuchać, tam często pojawiają się błędy. Dlatego nawet nie próbował niczego prostować; jeden lider, zwłaszcza, że znacznie lepiej obeznany w tych terenach, w zupełności wystarczył. Zresztą, choć teoretycznie miał prawo rozkazywać tu każdemu, no, może z wyjątkiem Janusza, to przecież Zawisza miała wyższy stopień od niego. Podważanie jej kompetencji nie dałoby żadnemu z nich nic dobrego.
Poza tym, Saszka nawet nie chciał tego robić. Zawisza była dobrym dowódcą.
Co do Janusza - nie był pewien. Fakt, że geografem nie mógł zostać byle kto, ale przecież ten człowiek był dla niego wyłącznie dziką kartą.
Elf słyszał różne opowieści o soggothach. Także tych mówiących. Szybko przejrzał w myślach listę, mało nie robiąc z pani major miazgi, kiedy ta się nagle zatrzymała. Żadna jednak z tych opowieści nie była prawdziwa. Te, którymi zajęli się naukowcy, wykazały jasno i dobitnie, że mówiące soggothy to tylko bajdurzenie ciemnego ludu. Te natomiast, które nie były potwierdzone, często zakładały też udział tańczących nago czarownic i innych cudów na kiju, co deklasowało je z miejsca. Porucznik Erkh'iaan zgadzał się z panią major w tej jednej kwestii: gadający soggoth to idiotyzm.
Po usłyszeniu rozkazów nie wahał się ani chwili. Piętnaście minut to w sam raz czasu, by przywdziać mundur i zabrać broń.
Nie oglądając się na Kasię, Janusza czy biednego szeregowego ruszył sprintem do swojej kwatery.

[z/t]

avatar

PisanieTemat: Re: Bar "U Matyldy"   Pon Sie 21, 2017 12:49 pm

Westchnął, odłożył sztućce i podniósł się ze swojego miejsca jako ostatni. Ukochanego schabowego zabrał ze sobą, w łapę - a co! - i ruszył za wesołą brygadą nieśpiesznym krokiem. Jeszcze po drodze zahaczył o Matyldę i zapłacił jej za obiad i swoje piwo, nim pośpieszył za resztą.
Teoretycznie wcale nie musiał przerywać posiłku, wcale też nie musiał iść i im towarzyszyć. Tyle że, niech go diabli, nigdy nie widział gadającego soggotha i koniecznie chciał się sprawie przyjrzeć bliżej. Nie podważał też wyraźnego przywództwa Kasi, bo szedł na krzywy ryj ze schabowym w mordzie. Nikt go nie zapraszał na wycieczkę. Nie wpadł również na nikogo, bo trzymał się przezornie dwa metry z tyłu, słuchając zdawanego raportu. Nie miał też problemów z dotrzymaniem im kroków, jego spacerowe tempo marszu było już samo w sobie szybkie.
Pewnie się biedny sołtys nie spodziewał, że zamiast jednego elfa do wioski przyjedzie wysłany szeregowy w towarzystwie majora i dwóch geografów.
Również ruszył do swojej kwatery, ale mundur sobie odpuścił – czy raczej o nim nawet nie pomyślał. Zabrał Kargula i Pawlaka, granaty wrzucił do plecaka i, tak na wszelki wypadek, zarzucił na ramię swój nieszczęsny karabin snajperski. I tak tego nosił nie będzie, przytroczy do siodła, pozapina paski i będzie sobie wisiało. Lepiej mieć, niż nie mieć, a później płakać. Sprawdził ilość magazynków do broni krótkiej i upewnił się, że zabrał amunicję do snajperki – w końcu był jebanym strzelcem wyborowym. Zarzucił bluzę na grzbiet, przypiął nóż surwiwalowy do uda i pognał po Kostka.

[z/t]

Sponsored content

PisanieTemat: Re: Bar "U Matyldy"   


 
Bar "U Matyldy"
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Skocz do: