Szybkie Menu

Droga dojazdowa
Idź do strony : 1, 2  Next
avatar

PisanieTemat: Droga dojazdowa   Wto Lip 11, 2017 11:25 pm


avatar

PisanieTemat: Re: Droga dojazdowa   Pią Sie 18, 2017 9:56 pm

To było bardzo typowe, upalne lato, wybitnie sierpniowy sierpień i skrajnie rutynowa robota na przygraniczu.
Dokładnie tak, w dużym uproszczeniu, wyglądało osiem ostatnich dni na trasie, taki też raport zamierza złożyć dowódcy garnizonu w Korniejewie, a potem, już w Warszawie, samemu Hetmanowi.
No i chuj, no i cześć, cytując stary polski film.
To był zły dzień.
Specjaliści astrologowie z Warszawy potraktowaliby te słowa absolutnie serio, od razu odpalając serwery obliczeniowe, sprawdzając aktualną koniunkcję ciał niebieskich, badając tło fagowe okolicy, estymując parametry pariosferyczne na potencjał mikrokadabrowy okolicy… I tym podobne rzewne pierdolenie.
Tymczasem każda kobieta potrafiłaby bez pudła wskazać, dlaczego akurat ten dzień był zły. Dlaczego każdy stukot kopyt konia wywoływał w niej skurcz irytacji, a wyprażone żarem powietrze przesycone aromatem rozgrzanego asfaltu zdawało się mieć zapach nadgniłej padliny.
Panią major po prostu zalewała krew. Dosłownie. Na domiar złego, przekonana o niezachwialności własnego harmonogramu Zawisza była pewna, że w Warszawie znajdzie się już trzy dni temu, dlatego dała sobie spokój z próbami upchnięcia w plecaku paczki podpasek. Niesłusznie.
Cholernie niesłusznie.
Poczuła się lepiej, gdy tylko w oddali zamajaczyła jej brama wjazdowa do Korniejewa, całodobowo strzeżona przez przynajmniej dwóch żołnierzy (od strony wschodniej zazwyczaj przez żółtodziobów z WAT-u na wakacyjnych praktykach, ostatecznie nikt nie spodziewał się wielkiego zagrożenia ze strony kraju). Wyprostowała się w siodle, ignorując ból i lekkie uczucie mdłości przy wstrząsach, ilekroć kopyta Marysieńki opadały. Klacz też poczuła się raźniej, przyspieszyła sama z siebie, drobiąc tam, gdzie upatrywała swojego El-Dorado – przytulnej stajni, chłodnej wody i porządnego owsa.
- Stać! – krzyknął jeden z żołnierzy, wychodząc jej naprzeciw. Katarzyna westchnęła i wyprostowała się w siodle. Nie będzie przecież zwinięta jechała, wstyd jak stąd do Gehenny. – Proszę okazać dokumenty.
- Nowy na praktykach? – uśmiechnęła się do drugiego chłopaka, którego twarz już kojarzyła.
Pochyliła się w siodle. Lewą rękę, tę z azymuletem standardowym, podetknęła pod pierścień skanujący chłopaka. Żołnierz obrócił go na palcu, obserwując, jak klejnot lśni na zielono, potwierdzając uprawnienia Zawiszy. Drugą ręką kobieta nadal grzebała w przewiązanej w pasie kurtce, szukając dokumentów na plastiku.
- Nie trzeba, pani major – odparł ten drugi. W normalnych warunkach odpowiedziałaby, że „Trzeba, podchorąży, trzeba”, ale teraz tylko machnęła ręką, dziękując.
Brama zazgrzytała i mechanicznie zaczęła się rozsuwać.
A Zawisza uśmiechnęła się. Szeroko. To chyba jednak nie był aż tak zły dzień.
Białe włosy miało zdumiewająco wielu elfów, ale chyba tylko jeden potrafił je utrzymać w nienagannym stanie, podróżując w kurzu i pyle. Stał tyłem, rozmawiając z jednym z oficerów, ale nie było mowy o pomyłce. Wiedziała, że ledwo przejedzie przez bramę, elf dostrzeże ją i przywita grzecznym ukłonem, jakby urwał się z dramatu wiktoriańskiego.
Elfy zawsze były grzeczne, porządne i przestrzegały etykiety.
A Saszka to już szczególnie.

_________________________________

Witam panów uprzejmie.
Kolejność: ja > Saszka > Janusz. Proszę o nieopieprzanie się z postami (bez terroryzmu, ale będę upominać).
Obaj wracacie aktualnie z roboty za Horyzontem, Saszka właśnie wjechał do Korniejewa, Janusz jest w drodze. W Stanicy obaj jesteście po to, żeby się wreszcie wyspać, umyć i najeść przed podróżą do Warszawy.
Wyposażenie: To, co uznacie, że było Wam przydatne w Zonie (pistolety, karabiny, granaty, drony, gołe baby). Tak, żebyście byli w stanie swobodnie podróżować konno.

avatar

PisanieTemat: Re: Droga dojazdowa   Pią Sie 18, 2017 11:04 pm

Tak spokojnej roboty dawno już nie miał. Żadnych jegrów, złowadów, grawikoncentratów na drodze lub pod nią, nawet złamanego centaura. Można by powiedzieć, że Saszka strasznie się wynudził, ale byłoby to kłamstwo.
Saszka nigdy się nie nudził.
Miał przy sobie całkiem niezłe wyniki. Teraz należało jeszcze tylko zabezpieczyć pojemniki z próbkami, przesłać dane "do góry" i sporządzić odpowiedni raport. A potem to już mleczko z kaszką, można będzie oporządzić ewidentnie niezadowolonego Wedla, zrzucić mundur i wykąpać się. Elf oczami wyobraźni już widział, jak udaje się po pierwszy ciepły posiłek od kilku dni. Mało mu od tego w brzuchu nie zaburczało. Cóż to by był za wstyd.
Na drodze między upragnionym odpoczynkiem a geografem stał już właściwie tylko ten nieznany Saszce oficer, który od dobrych pięciu minut opowiadał, co się znajduje w którym budynku, jak dotrzeć do łaźni czy, szczegółowo i krok po kroku, jak jest protokół postępowania.
Wszystko to, oczywiście, Saszka doskonale wiedział, ale grzecznie nie przerywał oficerowi.
Przez chwilę przestępował z nogi na nogę, nie mogąc się doczekać chwili, kiedy usiądzie na czymś miększym niż skórzane siodło, ale zaraz jednak przestał. Upał dawał mu się we znaki, a ciasno związane skórzane buty miały przykrą tendencję do obcierania pięt.
- Tak jest, dziękuję, niewątpliwie skorzystam - odpowiedział elf, a w duchu westchnął z ulgą. Czekał, aż oficer się oddali, żeby móc zająć się swoimi sprawami, ale ten, jak na złość, nadal stał i czekał nie wiadomo na co. Gdyby Saszka nie był kompletnym zerem w kontaktach z ludźmi, od razu by się zorientował, że mężczyzna czeka na jakiś ruch ze strony elfa, choćby i machnięcie ręką.
A tymczasem elf czekał, aż gospodarz wróci do swoich obowiązków, bo przecież nie wypada, żeby to gość się pierwszy odwracał plecami.
Impas nie trwał jednak długo. Twarz żołnierza ożywiła jakaś emocja, której Erkh'iaan oczywiście nie umiał rozszyfrować (może bolał go ząb?), więc podążył wzrokiem za jego spojrzeniem.
Srebrzyste oczy geografa jakby pojaśniały, a kąciki jego ust uniosły się nieznacznie.
Elf podprowadził konia za uzdę nieco bliżej pani major i ukłonił się dwornie, zamaszyście zamiatając po ziemi peleryną.
- Dzień dobry, gwiazdo wieczorna. Widok ciebie całej i zdrowej raduje moje oczy - rzucił tradycyjnym już powitaniem.

avatar

PisanieTemat: Re: Droga dojazdowa   Pią Sie 18, 2017 11:53 pm

Cichocki ziewnął i leniwie przeciągnął się w siodle. Lewą dłonią podrapał się po szorstkiej, zmierzwionej brodzie, w drugiej luźno trzymał lejce. Trochę mu się nie chciało docierać na miejsce, lecz z drugiej strony wizja porządnego umycia się i wyspania dla odmiany w łóżku była kusząca, apetyczna i w ogóle to po otwarciu szóstej konserwy z jakąś cholerną mielonką miał wrażenie, że należy mu się schabowy. Taki absolutnie wypasiony, dobrze ubity, najlepiej z solidną łychą ziemniaków i mizerią. O tak. Biedny chłopina, aż się rozmarzył i ponownie nieprzytomnie podrapał się po zaroście - choć tym razem z drugiej już strony. Swędział. Ogólnie wszystko go swędziało. I miał wrażenie, że od siodła ma obity tyłek. Niby jeździł konno odkąd skończył jakieś jedenaście lat - trochę nielegalnie, bo bez prawa jazdy, ale kto by się przejmował? - lecz pokonywanie takich tras nadal pozostawało bolesnym wspomnieniem i dręczyło niemiłosiernie cały organizm.
Widzisz, Kostek, jak jesteś koniem, to masz daleko w dupie takie pierdoły jak schabowe czy higiena osobista. Nażresz się trawy i wysrasz przy drodze, no życie cud — oznajmił pogodnie. Lubił mówić, a wierzchowiec zawsze był najlepszym obiektem do prowadzenia konwersacji. Nie przerywał, grzecznie słuchał. A gdy Cichocki miał dosyć gadania do konia, to zawsze mógł pomówić z Bronkiem, który był równie niezastąpionym słuchaczem i towarzyszem. — O, Korniejowo, proszę konia. Pan ma pewnie tyle chuj wie czego przy kopytach, że to o pomstę do nieba woła. Myjnia czeka, panie koń. Nie tylko ciebie zresztą, sam lepszy nie jestem.
I tak paplał dla samego paplania i dzięki temu chciał zapomnieć, jak bardzo wkurwia go zarost, że jest mu niewygodnie, brudno i ma odcisk na małym palcu u lewej stopy, że rozwalił kciuka, gdy rąbał sobie drewno na prowizoryczne ognisko, a jakby to wszystko nie było wystarczające, był głodny. Pewnie dlatego widok strzeżonej bramy napełnił kawał mięcha w jego piersi ciepłym uczuciem, a żołądek wydał z siebie symfonię Beethovena. Wyszperał azymulet i jeszcze dokumenty na dokładkę, byleby szybciej móc przeskoczyć przez procedurę.
Raz, dwa.
Gówno z niego jak na razie było, a nie wielki pan Królewski Geograf.
Z konia zeskoczył jeszcze przed przekroczeniem na dobre bramy.
Ja pierdolę, niech ktoś w końcu puści na rynek jakieś siodło z wygodną poduchą, Jezus Maryja — burknął, patrząc na konia z takim wyrazem na twarzy, jakby to była jego wina.
A im dalej, tym gorzej. Janusz słynął z frywolnego podejścia do świata ludzi. Nie przejmował się za bardzo tym, jak może zostać odebrany przez resztę społeczeństwa i zwyczajnie zwykle robił to, co mu w duszy grało. W wojsku zwykle miewał przez to problemy, bo co z tego, że dostawał opierdol z góry do dołu od sierżanta, zwieszał pokornie łeb i potakiwał pokornie, skoro po wszystkim i tak - jakby nic się nie stało - lazł twardo i swoje robił. Postępował według swojego własnego kodeksu moralnego, a przyjęcie pozycji geografa oszczędziło mu szorowania kibli szczoteczką do zębów. Dwie osoby. Elfka i człowiek. W sumie to kobieta. Czyli nie do końca człowiek. Dwie nieludzkie samice na horyzoncie. Ta elfia wysoka, z długimi włosami. Ta ludzka niższa, z włosami zebranymi w warkocz - i ta zdawała się w pewien sposób znajoma.
Mózg nawykły do tego, że Janusz wypowiadał myśli na głos, żeby nie dostać ostatecznego pierdolca, nie wpadł na to, że właśnie powrócił do społeczeństwa i długi jęzor powinien schować za zębami - lub chociaż z przyzwoitości się nim udławić.
Kobiety z bronią, świat stanie w płomieniach, balrogi zatańczą na naszych kurhanach i spadnie deszcz żab, wieszczę — wyartykułował poważnie, donośnie i majestatycznie. Znaczy, pewnie byłoby to bardziej majestatyczne, gdyby powiedział to ktoś inny. Prowadził konia za uzdę i podrapał się po szyi. Nienawidził zarostu. A jeszcze musiał do Warszawy dojechać i po tym męczyć się z wąsiskami przez trzy dni. Podszedł bliżej i zatrzymał się w odległości bezpiecznej, aby żadna przypadkiem go dosięgnąć ręką nie mogła. Lub nogą.

avatar

PisanieTemat: Re: Droga dojazdowa   Sob Sie 19, 2017 12:56 am

Wywróciła oczami, powstrzymując odruch wyciągnięcia ręki na powitanie. Była święcie przekonana, że dobrze wychowany elf z kurtuazją by ją ucałował, a Katarzyna wolałaby, żeby tego jednak nie robił. Ręce miała brudne, przepocone, a zapach konia będzie z nich zmywać przez pół godziny.
- Cześć, Saszka – odpowiedziała więc nieformalnie. Geograf dawno temu był w wojsku, ale odszedł ze służby na rzecz eksploracji Kresów Zachodnich, nim jeszcze Kasia się urodziła. Poza tym był młodszy stopniem.
Niby wiedziała, że jest już po pięćdziesiątce, ale elfy było tak cholernie ciężko traktować poważnie… Z tymi ich buziami porcelanowych lalek i manierami nieletnich pensjonariuszek szkoły dla wiktoriańskich panien.
Saash’Khaara całkiem lubiła. Był sympatyczny i jeszcze zbyt młody (jak na elfa), by emanował tą niezwykłą aurą obcości i niecodzienności. Spędził wiele czasu wśród ludzi, więc zdążył się o nich nauczyć wiele (no, prócz zasad prowadzenia korespondencji prywatnej). Kiedy spotkali się przeszło rok temu, starszy o prawie dwa razy geograf wydawał się być tak uroczo zaaferowany jej osobą, że podała mu swój adres i zgodziła się na listy.
Niech go cholera.
Ile lat elf musi mieszkać w Polsce, żeby nauczył się mówić normalnie?
Zawisza już otwierała usta, żeby cos odpowiedzieć, ale wtedy przez otwartą bramę wtarabanił się kolejny jeździec. Niemal w locie zeskoczył z konia, najwidoczniej do niego mówiąc. To Katarzyny nie zdziwiło – chyba pół wojska rozmawiało ze swoimi wierzchowcami. To, co wzbudziło jej zainteresowanie, to ewidentne umundurowanie geografa królewskiego, który właśnie wracał z wyprawy.
Oraz fakt, że znała ten zarośnięty pysk.
Na pierwszy rzut oka go nie poznała – w Warszawie mniej przypominał niedźwiedzia. Ale gdy odezwał się, od razu przypomniała sobie randkę z „absolutnie przezabawnym facetem”, na którą umówiła ją siostra.
Katarzynę zamurowało. Na dwie sekundy.
- Nie no, kurwa – warknęła, zsiadając z konia (nie tak zgrabnie, jakby chciała to uczynić). – Polski albo niemiecki, ja w innych językach nie mówię. Saszka, co ty tutaj robisz? Po robocie? A ty?
Obrzuciła spojrzeniem drugiego geografa. Deprymujące było to, że gdy tylko zsiadła z Marysieńki, obaj byli od niej wyżsi. I to sporo.
- Ja cię znam, pra…? – zaczęła, nie dano jej skończyć. Bażant na praktykach zbliżył się, zerkając na rękaw munduru, na którym wyświetlały mu się lekko fosforyzujące litery – raport skanu bramy.
- Melduje się podchorąży Kapuściński. Przepraszam, że przerywam, ale skan bramy wykrył u pani zaburzenia aury spowodowane krwotokiem. Według regulaminu powinienem panią niezwłocznie skierować do szpitala.
Wywróciła oczami, czując, że czerwienieją jej policzki.
- Nie trzeba, nie jestem ranna.
- Ale… pani krwawi, pani major.
Policzki zapłonęły żywym ogniem.
- To nic takiego, mówię, że nie trzeba.

avatar

PisanieTemat: Re: Droga dojazdowa   Sob Sie 19, 2017 1:31 am

Liczył się z tym, że może tu spotkać panią major, wszak stacjonowała w Korniejewie. Miał tylko nadzieję, że zanim na nią wpadnie, zdoła się najpierw odświeżyć. Umyć włosy, przebrać w coś czystego, a nie tak... jak jakiś dziad leśny. Tym, czego jednak nie przewidział, bo i też prawdopodobieństwo było ku temu tak znikome, że nieomal marginalne, było wpadnięcie na nią przy samej bramie. Wyglądało to trochę jak splot dziwnych i zupełnie przypadkowych okoliczności w książce fantasy. I chyba tylko zaskoczenie tym wywołane sprawiło, że Saszka zwyczajnie wziął i się zapomniał, nazywając Katarzynę swoją gwiazdą wieczorną, jak to miał w zwyczaju robić w (zdecydowanie przydługich) listach, zamiast powitać ją tak, jak powinno się witać majora. A uświadomił to sobie dopiero w momencie, gdy odruchowo chciał podejść do niej, by pomóc jej zsiąść z konia.
No, ale przecież majorowi nie pomaga się zsiąść z konia.
Elf stropił się nieco. Już miał zacząć się kajać, przepraszać za brak profesjonalizmu i w ogóle rwać sobie włosy z głowy, ale nie zdążył. Powędrował wzrokiem do zarośniętego gałgana, który właśnie przejechał przez bramę. Przez moment wpatrywał się intensywnie w jego bujny zarost, zazdroszcząc go mężczyźnie jeszcze nawet intensywniej, bo sam przecież, mimo usilnych starań, nie był w stanie wyhodować nawet połowy wąsa. A tu proszę, taki imponujący egzemplarz. I jeszcze na dodatek ich właściciel był wieszczem, niebywałe. Saszka postanowił, że później dopyta maga o szczegóły tej zwiastowanej apokalipsy, bo miał się niedługo wybierać znów za Horyzont - może to akurat tam ma się zacząć? Dobrze by było wiedzieć takie rzeczy przed wyjazdem, żeby zabrać jakiś lepszy sprzęt ze sobą.
No, ale teraz, tak w drzwiach, przecież nie będzie pytał.
Raz, że to niegrzecznie, a dwa, że skoro mag właśnie miał wizję, to pewnie zaraz będzie musiał opisać szczegóły w stosownym raporcie. A raport to rzecz święta.
Od własnych myśli odciągnęła go soczysta kurwa, która padła z ust nie kogo innego, jak właśnie pani major. Elf natychmiast znów skupił na niej swoją uwagę.
Miał mieszane uczucia. Z jednej strony, w książkach i filmach damy zdecydowanie nie używały takiego języka. Ale z drugiej - to było w niej takie inne. Nie wiedział dlaczego, ale z jakiegoś powodu czuł się przez to mniej skrępowany w jej towarzystwie, a to już nie lada wyczyn.
Zacisnął palce na uździe Wedla.
- Pani major - odezwał się stanowczo. - Wiem, że jest pani dzielna jak kot, ale tak nie można. Skoro została pani ranna, to trzeba się tym natychmiast zająć. - Podszedł o krok bliżej. - Ma pani wyroby piekarnicze na twarzy, prawdopodobnie wskutek gorączki. Jeśli rana uległa zakażeniu, to nie ma czasu do stracenia! - zawołał z niespotykaną u niego pasją.
Właściwie, gdyby nie musiał strzec próbek z Zony, to nawet by nie czekał. Po prostu wziąłby Kasię na ręce i sam zaniósł ją do tego cholernego lazaretu.

avatar

PisanieTemat: Re: Droga dojazdowa   Sob Sie 19, 2017 1:53 am

Zbiegi okoliczności, łut szczęścia, wielki niefart i inne pierdoły. Przeznaczenie biegło pod rękę z parszywym losem i wrzuciło do Korniejewa panią major i dwóch geografów. To mogło w rzeczywistości faktycznie zesłać na biedną i zmordowaną Polskę małą apokalipsę, dzięki czemu Janusz zostałby tym całym wieszczem, magiem i wielkim prorokiem. Takie zbiegowisko nie miało prawa wróżyć dobrze - o czym już Cichocki nie myślał, bo w jego naturze nie leżało zaprzątanie sobie myśli ponurymi wizjami potencjalnej przyszłości. Wolał zająć rzeczami natury nieco bardziej przyziemnej - jak choćby zastanawianie się, dlaczego i skąd kojarzył panią major czy zwyczajne powstrzymywanie głupawego uśmieszku, gdy uświadomił sobie, że ta elfka to jednak elf.
Nic z tego. Żaden z podjętych wysiłków nie przyniósł pożądanych rezultatów. Byłby gotów machnąć na to ręką, gdyby nie podchorąży Kapuściński.
Janusz jak stał, tak stał i tylko patrzył z przekonaniem, że był elementem nie do końca pasującym do obrazka. Przyglądał się zaczerwienionej pani major, słuchał o wyrobach piekarniczych z ust elfa i przy okazji jeszcze zerkał na Kapuścińskiego oraz jego próby zaciągnięcia tej pierwszej do szpitala. Bo krwawiła. To było komiczne.
Dlaczego krwawiąca kobieta miałaby nie chcieć iść do szpitala? Ot, zagwozdka dla elfa i tajemnica dla podchorążego. Cyrk objazdowy zawitał do Stanicy Korniejewo.
Trochę się wtrącę między piekarza a bułkę, ale pani major chyba krwawi nie tyle z powodu rany, co z defektu wynikającego z bycia kobietą. Tak sądzę. — Mistrz dyplomacji w akcji. — I ja bym nie dotykał. Bo jeśli mam rację, to zaraz może zmienić się w coś gorszego niż balrogi. Te rzeczy.
Nie sądził za to, żeby elf zrozumiał, co miał na myśli. To w końcu elf, one jakoś tak już miały, że nie wiedziały, co jest pięć. Niemniej nie poczuwał się do większej roli, nie jego broszka, nie jego rzecz. Nie ruszył się z miejsca jak na razie tylko i wyłącznie dlatego, że to wszystko naprawdę było o kant kibla potłuc.

avatar

PisanieTemat: Re: Droga dojazdowa   Sob Sie 19, 2017 5:27 pm

No i pięknie.
O ile spławienie samego rozkochanego w regulaminie żółtodzioba Kapustnickiego filozofią nie było, o tyle geograf królewski stanowił poważny, zaropiały i jątrzący się wrzód na dupie. Zawisza na ogół nie miała problemu z tym, że pod pewnymi względami budowy różni się od innych żołnierzy. Ale takie sytuacje bywały irytujące – poczerwieniała jak piwonia, zgrzytając zębami z irytacji.
A potem ten facet – Janusz, jak sobie przypomniała, tak, Janusz – dorzucił swoje trzy grosze. I nie wytrzymała. Ryknęła śmiechem, nagle zwijając się w pół, niezdolna złapać oddech. Gwałtowny skurcz sprawił, że obolałe podbrzusze zakłuło wściekłym bólem na znak protestu. Katarzyna uwiesiła się uprzęży swojego konia, który stał tuż obok, popatrując ze spokojem i jakby politowaniem na dwójkę ludzi oraz elfa.
Nie ulegało wątpliwości, ż najwięcej zdrowia psychicznego zachowała tu właśnie klacz.
- Pani major… - zaczął niepewnie Kapustnicki. W głębi czaszki zapewne teraz kłębiły mu się strzępki danych o reakcji na szok pourazowy. Histeryczny śmiech też tam był. – Czy pani…
- Ale weź już stul pysk – rzucił cokolwiek nieregulaminowo drugi żołnierz na warcie, młody chłopak siny od wstrzymywanego śmiechu. – Pani major ma okres.
Zawisza machnęła ręką, na co klacz zareagowała ostrzegawczym rżeniem i drobieniem w miejscu. Kobieta od razu się opanowała, wręcz mechanicznie wystukała na czole zwierzęcia uspokajające kata. Jeszcze tego brakowało, by kopnął ją lub ugryzł własny koń.
Zdjęła rękawicę, otarła z twarzy łzy bólu i rozbawienia.
-Wystarczy, pośmialim – rzuciła. – Dobrze cię widzieć, Saszka, a ciebie… A ciebie nie wiem – dodała, mrużąc oczy z namysłem. Brodaty facet, w dodatku w umundurowaniu geografa, był ostatnim, kogo się tu spodziewała.
- Chyba musimy sobie sporo opowiedzieć. Albo przypomnieć – dodała, bo istniało spore ryzyko, że Majchrowska podczas niezbyt udanej randki faceta nawet nie widziała.
- Spotkajmy się za… - zerknęła na zegarek -… za godzinę u Matyldy. Padam z głodu, ale najpierw koń, no i muszę się umyć, bo mnie krew zalewa – parsknęła z własnego żartu.
Klepnęła elfa w ramię, skinęła głową Cichockiemu i pociągnęła konia delikatnie za uzdę w kierunku stajni, mając nadzieję, że w garnizonie znajdzie maga, który nałoży na nią uśmierzające ból pole eskulapeutyczne.
Albo chociaż da cholerny ibuprom.


z/t -> Bar u Matyldy

avatar

PisanieTemat: Re: Droga dojazdowa   Sob Sie 19, 2017 6:03 pm

Podchorąży Kapuściński bez wątpienia nie był jedynym w tym towarzystwie, który zaczął w myślach kojarzyć histeryczny śmiech z objawami pourazowymi. Saszka wyraźnie się zasępił, a widać to było po ściągniętych brwiach i zaciśniętych dłoniach. Zastanawiał się intensywnie, o jakim defekcie mówił kolega po fachu, ale jakoś nie mógł skojarzyć żadnej mutacji czy magii związanej ściśle z kobietami. Czyżby powstał jakiś nowy typ kleszcza?
Na szczęście, nie zdążył dopytać.
Na blade zazwyczaj policzki wystąpił rumieniec. Elf tak się zawstydził własną głupotą, nietaktem i niedomyślnością, że nawet nie zrugał żołnierza za, bądź co bądź, nieregulaminową wypowiedź. Bądźmy szczerzy, procesy fizjologiczne zachodzące w ciałach niewiast nie były czymś, o czym Saszka myślał za często. Mimowolnie postąpił krok w tył, w efekcie przytulając się bokiem do Wedla.
- I wzajemnie, pani major - wymamrotał cicho w odpowiedzi.
Wciąż jeszcze zażenowany, zlustrował drugiego geografa uważnym spojrzeniem. Z jakiegoś powodu nie spodobała mu się zapowiedź tego "sporo opowiadania sobie" lub "przypominania". Nie miał pojęcia dlaczego. Tak było i już. I to go bardzo zdziwiło, bo przecież tak na logikę, nie miał absolutnie żadnego powodu, by czuć jakąś nagłą i zupełnie niewytłumaczalną niechęć do kolegi z pracy. Fakt, że zazdrościł mu bujnego zarostu, ale na litość boską, nie jemu jednemu. I jakoś nigdy przez to nikogo nie znielubił.
A tu - proszę. Jakoś nie miał ochoty rozmawiać z nim u Matyldy.
Ale, co gorsza, jeszcze bardziej nie miał ochoty zostawiać go sam na sam z Kasią.
Saszka zmarszczył brwi.
- Za dwie godziny, pani major - rzucił, gdy go mijała. - Najpierw obowiązki.
Na odchodne skinął uprzejmie głową geografowi, bo przecież nie pozwoli, by jakieś tam nielubienie kogoś weszło mu w drogę.
A prowadząc Wedla przez dziedziniec usilnie starał się nie myśleć o tym, jakie to musi być straszne, gdy masz okres i krew cię zalewa.

[z/t]

avatar

PisanieTemat: Re: Droga dojazdowa   Sob Sie 19, 2017 9:01 pm

Cichocki zaśmiał się trochę później - dopiero na widok zawstydzenia i pokraśniałego lica elfa-geografa. Też coś. Kobiety miały powtarzający się miesięczny cykl menstruacyjny, mężczyźni poranną erekcję, a konie potrafiły wypróżnić się bez zatrzymywania. Tak działał świat, tak być powinno, osobiście nie widział w tym niczego żenującego czy godnego pożałowania. Ba, koniom nawet można było zazdrościć.
— Jak zrobisz minę obrażonej zołzy, to niczego nie będę musiał sobie przypominać — parsknął, klepiąc konia po szyi. W sumie nawet nie musiała, bo ostatecznie w odpowiednim kościele zadzwoniło i można by pokusić się o stwierdzenie, że coś pamiętał. Z naciskiem na "coś".
I, no dobra, czas się zawijać. Ale wolał nie precyzować, o której się pojawi dokładnie, bo Janek z reguły o czasie pojawiał się tylko na posiłkach.
— Dobra tam, wpadnę. Do zobaczenia, pysie.
Rzucił tak jeszcze na odchodne i odpowiedział skinieniem głowy geografowi. Nie wpadł na to, że ten mógłby znaleźć powody do niechęci po tych może trzech minutach. Cóż, a gdyby nawet - to z pewnością powiązałby to z wymiętym, niezapiętym do końca mundurem, bo w przeciwieństwie do Cichockiego, elf dbał o niego jak należy.

[z/t]

avatar

PisanieTemat: Re: Droga dojazdowa   Sob Wrz 02, 2017 9:13 pm

Droga, którą wcześniej przebyli zaledwie śmignięciem, teraz dłużyła się niemiłosiernie. Przede wszystkim spowalniały ich konie – wyczerpane zwierzęta ledwo zipały. Dzielnie starały się trzymać narzucony im rytm i dopasowywać kroki do swoich towarzyszy, ale co chwilę któryś łamał szyk, mylił się i sprawiał, że drewnianą trumną miotało jak szatan.
Jeźdźcy trzymali się niewiele lepiej. Elf nadal prezentował się nienagannie, ale tak naprawdę odczuwał zmęczenie spowodowane utrzymywaniem skomplikowanego czaru. Panna Zapolska, jak się zdaje, także użyła potężnej magii. W najgorszym stanie była jadąca po prawej na czele Zawisza. Po ujechaniu dwóch kilometrów niewielki oddział piechoty chyba chciał, by ustąpili im wąskiej drogi, kapralowi wystarczył jednak jeden rzut oka na panią major, by zamknąć pysk i posłusznie zepchnąć żołnierzy w krzaki.
Była blada jak całun turyński wszędzie tam, gdzie nie była akurat zakurzona lub oblepiona rdzawą w świetle zachodzącego słońca posoką. Wodze trzymała prawą ręką, lewe ramię chowała przed sobą ostrożnie, jakby było jej własnym dzieckiem. Na domiar złego, wysiłek w trakcie walki sprawił, że znów rozbolał ją brzuch – zwinęła się w siodle, licząc każdy wstrząs, kiedy kopyta Marysieńki łomotały o spękany asfalt.
Ale nadal nie traciła czujności. Część jej jaźni odruchowo mantrowała, przyglądała się otoczeniu, łowiła każdy przebłysk czerni i cienia, który mógłby wykraczać poza obszar rozsądnego „tak to tutaj może wyglądać”. Umysł zasnuty czerwoną mgiełką cierpienia wciąż poszukiwał śladu złej myśli. Była w pracy. A każda polska kobieta pracująca pracy się nie boi.
- Stać! Proszę wstrzymać konwój i okazać dokume… - zaczął strażnik.
- Ale zamknij się już – drugi, ten starszy, znowu wykazał rozsądek. Aury żołnierzy zostały zebrane. Wartownik przejechał pierścieniem skanującym nad byle jak zbitą trumną, a klejnot wówczas rozbłysnął ostrzegawczą czerwienią, na chwilę upodabniając się do prawdziwego rubinu. Chłopak zmarszczył brwi, ale skinął głową – konwój składający się z dwóch geografów, majora Służb Specjalnych i sanitariuszki wjechał do Korniejewa.
W tym momencie Janusz Cichocki potężnie ziewnął i z rozbrajającą szczerością oświadczył, że opuszcza towarzystwo, bo jest, jak sam to określił, „z kapci już wyjebany”. Dodał jeszcze, że hetmanowi raport owszem, złoży, ale sam, a panna Zapolska, jeśli chce, może go wieczorem odwiedzić na kwaterze – wówczas z kapci już na pewno wyjebany nie będzie. Powiedziawszy to, królewski geograf podkręcił wąsa i skierował swojego konia do stajni, nie zaszczyciwszy reszty bodaj „dobranoc”.
A Marysieńka zatrzymała się potulnie i schyliła łeb. Jej pani nagle zaczęła zsuwać się z konia, wprost na niedawno położony korniejewski bruk.

__________________________________
Janusz nas opuszcza, więc dodałam temu aktowi nieco finezji i blasku. Kolejność: ja > Saszka > Hanka. Możliwe, że dołączy do nas Noah.

avatar

PisanieTemat: Re: Droga dojazdowa   Sob Wrz 02, 2017 10:01 pm

Droga, którą wcześniej przebyli zaledwie śmignięciem, teraz dłużyła się niemiłosiernie. Saszka wiele razy próbował pojąć zależność między długością drogi, jaką miał do przebycia, a czynnikiem, który decydował o tym, że podróż mijała albo szybko jak z bicza strzelił, albo wręcz przeciwnie, jednak jakoś nigdy nie mógł dojść do żadnego konstruktywnego wniosku. Czasem bywało tak, że z Korniejewa do Warszawy wracało się szybko i przyjemnie, innym znów razem - jak na skazanie, mimo że koń szedł przecież w tym samym tempie. Gdyby nie był tak upośledzony emocjonalnie, może by zrozumiał, że na tę zależność spory wpływ miało tak zwane morale. Może.
A w tym przypadku morale w narodzie raczej wysokie nie było. No, a nawet jeśli nie w narodzie, to przynajmniej w Saszce.
Był nieludzko zmęczony, do tego cały czas martwił się tym cholernym soggothem. Trumna obijała się w tę i nazad, a i tak przecież nie był to najwyższej jakości wyrób rzemieślniczy. Jak na opakowanie tak ważnego ładunku, zdaniem elfa nie spełniał żadnych norm.
I jeszcze pozostawała kwestia tajemniczej "jej", o której potwór wspomniał. Elf przez całą drogę nie odzywał się - co niby nie było niczym dziwnym, jeśli wziąć pod uwagę zwyczajową małomówność porucznika - był zbyt zajęty zastanawianiem się, co soggoth miał na myśli. O ile rzeczywiście coś miał. Bo równie dobrze mogło to być tylko takie bredzenie bez sensu, byle coś mówić.
Ożywił się dopiero przy bramie. Zaniepokoiła go niefrasobliwość żołnierzy zajmujących się legitymowaniem wjeżdżających do stanicy. I choć nie miał za bardzo chęci na obsztorcowanie patrolu, to zanotował w pamięci, by wspomnieć o nieregulaminowym zachowaniu w raporcie.
Jednym z wielu, psia ich mać.
Saszka skrzywił się lekko, kiedy uświadomił sobie, ile jeszcze pracy go czeka dzisiejszego wieczoru. A skrzywił się nawet jeszcze bardziej, kiedy usłyszał pożegnanie drugiego geografa. Zerknął mimowolnie na podporucznik Zapolską, ciekaw, jak sanitariuszka zareaguje na takie niewybredne amory. Sam rzadko do kogoś smalił cholewy, więc kiedy był świadkiem tak zwanego "podrywu", to zawsze chętnie się temu przyglądał.
Nie było mu jednak dane dużo czasu na przeanalizowanie sytuacji, bo oto pani major zaczęła odpływać. Saszka nawet nie zdążył zakląć pod nosem.
Przechylił się w siodle najbardziej, jak mógł, i złapał Zawiszę za lewy nadgarstek. Wciąż miał w pamięci jak przez całą drogę starała się oszczędzać tę nieszczęsną rękę i miał nadzieję, że jej enpis może chociaż przegub dłoni oszczędził.
Trzymał ją tak, starając się, by nie zsunęła się z konia, i by on sam z własnego też się spektakularnie nie osunął.
- Podtrzymać panią major. Natychmiast! - krzyknął do wartownika. Zaparł się mocniej w strzemionach, a lewą rękę zacisnął mocno na łęku. - Pani podporucznik, proszę sprawdzić, co z nią - rzucił już łagodniej do medyczki. Kątem oka spojrzał na drugiego wartownika. - A ty co tak stoisz i się gapisz? Leć po pomoc do szpitala!

Raven, 3/4 posty odpoczynku


Ostatnio zmieniony przez Saszka dnia Nie Wrz 03, 2017 5:32 pm, w całości zmieniany 1 raz

avatar

PisanieTemat: Re: Droga dojazdowa   Nie Wrz 03, 2017 5:12 pm

Droga wydawała się być bez końca. Dłużyła się niemiłosiernie, konie były coraz to bardziej zmęczone podróżą, zwalniały, gubiły rytm… a wizja szybkiego osiągnięcia celu coraz bardziej się rozmazywała. I nie tylko wierzchowce były wyczerpane. Po opadnięciu adrenaliny, Han’lynn poczuła ogarniające jej ciało zmęczenie. Powieki miała ciężkie i resztkami silnej woli powstrzymywała się od zaśnięcia w siodle… Oprócz tego martwiła się stanem pani major i chciała być w gotowości, jakby okazało się, że potrzebna jest jej interwencja… Z ich czwórki to właśnie Zawisza była w najgorszym stanie i Hania, jako medyk, czuła się zobowiązania do pomocy kobiecie ponad wszelkie przeciwności.
Zacisnęła mocniej palce na wodzach i pośpieszyła Eter, która zwolniła, przez co został zniszczony szyk. Wiedziała, że klacz jest zmęczona, ale musiały jeszcze wytrzymać. Jeszcze odrobinę.
Oprócz stanem swoich towarzyszy, podporucznik Zapolska martwiła się również i soggothem w mizernej trumnie. Był martwy, zabezpieczony dużą ilością miedzi, a jednak miała dziwne przeczucia, że to nie koniec ich przygody z tym stworem. Sprawa tajemniczej „jej” też nie dawała spokoju, choć Hania starała się o tym aż tak intensywnie nie myśleć. Miała teraz ważniejsze rzeczy na głowie niż bredzenie soggotha.
Odetchnęła z ulgą, gdy zobaczyła bramę prowadzącą do Korniejewa, Choć zachowanie strażników ją podirytowało, aczkolwiek niczego nie powiedziała. Spojrzała jedynie na nich, a następnie wjechała za Saszką i Zawiszą.
Jakby wzrok mógłby zabijać, dwaj strażnicy byliby martwi.
Zatrzymała Eter i już miała zamiar z niej zejść, gdy usłyszała słowa pana Cichockiego. Twarz Zapolskiej była kompletnie bez żadnego wyrazu. Nim odpowiedziała, zeskoczyła leniwie z konia, by następnie się odwrócić w stronę geografa. Nie on pierwszy próbował ją „poderwać”. Żelazna Dziewica nie dała się przez czterdzieści pięć lat swojego życia, nie da się i teraz.
– Dziękuję za zaproszenie, ale muszę odmówić. Czeka mnie dzisiaj wiele pracy – powiedziała, nie siląc się nawet na „przepraszający” uśmiech. Była kompletnie nie w nastroju do amorów, nie po tym, co się wydarzyło. Z pracą też nie kłamała. Nie byłaby sobą, jakby nie zajrzała do szpitala i nie wsparła miejscowych lekarzy swoją wiedzą i umiejętnościami.
Zawisza wytrzymała naprawdę wiele podczas drogi, ale wyczerpanie organizmu dało się we znaki. Słysząc rozkaz geografa, skinęła jedynie głową na znal, że rozumie.
– I nosze! – dodała do rozkazu Saszki skierowanego do wartownika. Czasem ludzie bywali mało domyślni i przyprowadziłby lekarza, ale o noszach by nie pomyśleli. – Trzeba panią major położyć delikatnie, na ziemi – powiedziała spokojnie. Zawisza może i już odpływała, ale wolała nie ryzykować, że po użyciu prześwietlenia, zleci na ziemię, a porucznik Erkh'iaan wraz z nią.
Jak tylko Zawisza będzie bezpiecznie leżeć, Han’lynn używa na niej prześwietlenia, chcąc się dowiedzieć, jaki jest stan ogólny kobiety. Najbardziej zależy jej na ręce uszkodzonej przez enipsa, ale cholera wie, co jeszcze przy tym może wyjść.

Prześwietlenie 1/2
Tarcza nietykalności 3/3 przerwy
Błogosławione dłonie 3/3 przerwy

avatar

PisanieTemat: Re: Droga dojazdowa   Nie Wrz 03, 2017 9:46 pm

Na dziedzińcu zakotłowało się. Z garnizonu wybiegło sześciu żołnierzy w pełnym umundurowaniu – chłopcy z Dolnośląskiego Pułku Saperów, sądząc po oznaczeniach. Sprawnie oblegli trumnę, odtroczyli ją od siodeł i ostrożnie osadzili na ziemię. Współpracowali nad podziw płynnie, badając czytnikami tło fagowe wokół trumny, wyciągając karteczki z czarami lakmusowymi. Liczniki zawyły ochryple, a papier pokrył się nalotem przypominającym sadzę. W powietrzu zaroiło się od czarów sondujących, drobne wyładowania nanokadabr połyskiwały tęczowo niczym oglądany pod światło opal.
Przybył także dowódca garnizonu. Dawniej w tekstach kultury przedstawiano takich ludzi jako zażywnych cwaniaków i urzędasów, ale tutejszy dowodzący był mężczyzną szpakowatym, energicznym i szczupłym. Od razu przystąpił do wydawania poleceń.
Można było im zaufać. WAT szkolił solidnych saperów. Jeden z żołnierzy odwrócił się od grupki i wysłuchał kilku zdań skróconego raportu, zamienił kilka słów z dowódcą garnizonu, a potem zwrócił się do Saszki:
- Jeżeli tak wygląda sprawa, pani major miała rację, każąc zabierać go do Warszawy – przyznał. – My go możemy tylko zabezpieczyć i ekranować. Noc spędzi w bunkrze. Dobrze byłoby, gdyby był jakiś elf z Zakonu Łabędzia.
- Czy on nie żyje? – spytał dowódca.
- Nie wiem, szczerze mówiąc – odparł żołnierz, poprawiając beret. – Może być równie dobrze martwy i żywy, ale to musieliby zbadać w Warszawie na sorterze złocząstek typu schroedingerowskiego… - urwał, widząc, jak mężczyźni marszczą brwi.
- Poruczniku Sadlewski, proszę po zakończeniu procedur stawić się w moim gabinecie – powiedział dowódca. – Pan także, poruczniku Erkh’iaan – dodał, gdy elfa wreszcie uwolniono od ciężaru omdlewającej kobiety.
Major Majchrowska zaczęła zsuwać się z siodła, w ostatniej chwili dwie pary męskich rąk złapały ją i bezpiecznie położyły na progu. Moc panny Zapolskiej pozwoliła jej w jednym momencie ujrzeć, co było spaprane. Lewe ramię nosiło kilka dość głębokich ran sięgających zarówno mięśnia naramiennego i dwugłowego, jak i tricepsa. Pazury ominęły ważniejsze naczynia krwionośne i nerwy, ale pozostawiły w ranach okruchy magii – prześwietlone rany jarzyły się słabym blaskiem nanokadabr zaogniających stan zapalny. Choć minęło kilka godzin, rozcięcia nadal słabo krwawiły. Innych obrażeń nie było, jeśli nie liczyć złuszczającego się endometrium.
Od strony garnizonu nadbiegło kilka innych osób, tym razem sanitariusze z noszami. Ostrożnie przełożono na nie nieprzytomną kobietę. Jeden z sanitariuszy zerknął pytająco na Zapolską, najwidoczniej uznając, że to jej dyspozycje odnośnie zdrowia Zawiszy będą traktowane priorytetowo.

avatar

PisanieTemat: Re: Droga dojazdowa   Nie Wrz 03, 2017 10:24 pm

Czy soggoth rzeczywiście nie żył?
To było bardzo dobre pytanie, na które Saszka życzyłby sobie znać odpowiedź. Bez wątpienia zaoszczędziłoby to kłopotów i zmartwień nie tylko jemu, ale też wszystkim wokół. Niestety, elf ani nie był specem od badań nad przekształconymi fagami ludźmi, ani nie miał przy sobie sortera złocząstek typu schroedingerowskiego.
Porucznik życzyłby sobie także cofnąć czas. Przynajmniej do momentu, kiedy mieli wyjeżdżać ze Stojanowic. Gdyby znał przebieg wypadków, zmusiłby Kasię do poddania się oględzinom zdolnej pani doktor, nawet jeśli musiałby do tego rzeczywiście użyć siły. Zaufał, że Zawisza potrafi o siebie zadbać jak przystało na kogoś o stopniu majora, i teraz tego żałował.
Ale bardziej, niż żałował, to zwyczajnie się martwił.
Zsunął się z siodła. Wedel zarżał niemrawo, Saszka poklepał go po szyi szepcąc coś uspokajająco. Dzień pełen wrażeń także dla ciebie, co? - pomyślał.
- Tak jest, panie podpułkowniku - odpowiedział dowódcy, odruchowo mu salutując i trzaskając obcasami.
Saszka okrążył cały ich podjazd i przystanął obok podporucznik Zapolskiej. W szarych oczach elfa widać było zmęczenie. Uważny obserwator zauważyłby też lekkie napięcie spowodowane niepokojem elfa.
- Czy wszystko będzie z nią w porządku? - zapytał półelfkę. - Proszę mnie informować co z nią. Albo gdybym mógł się do czegoś przydać. Teraz... Teraz muszę się zająć obowiązkami.
A kiedy usłyszał odpowiedź, skierował się w stronę dowódcy garnizonu, powierzając jeszcze po drodze ich konie opiece stajennego.


Raven, 4/4 posty odpoczynku

avatar

PisanieTemat: Re: Droga dojazdowa   Nie Wrz 03, 2017 10:51 pm

Zapolska również chciała znać odpowiedź na te pytania. Nie miała dotychczas do czynienia aż tak bezpośrednio ze soggothami. Zwykle zajmowała się tym, co po sobie zostawiły na ciałach wojskowych i cywili. Choć trzeba przyznać, że im bardziej „poznawała” te stworzenia, tym bardziej była ciekawa… czy jest jakakolwiek możliwość odwrócenia działania balgorskiej magii i czy kiedykolwiek mogłyby wrócić do bycia człowiekiem. Na razie nie znała odpowiedzi na to pytanie… ale kto wie, jak to będzie za kilkanaście lat? Nauka się rozwijała, ludzie robili wszystko co w ich mocy. Nie bez powodu taszczyli te truchło aż do Stojaniewic, prawda?
Martwiła się. Stanem pani major, ale też ludnością cywilną w wiosce. Czy zastosują się do jej poleceń i pójdą do lekarza? Mogli przecież zostać zakażeni fagami… Tyle pytań, żadnych odpowiedzi. Była zmęczona i najchętniej po prostu poszłaby spać. Ale jeszcze nie teraz. Odpowiadała za zdrowie Zawiszy, więc dopóki nie będzie mieć pewności, że wszystko będzie z nią dobrze.
Ze spokojem prześwietlała ciało pani major, patrząc na rany spowodowane przez enipsa. Uszkodzone mięśnie nie były niczym dobrym, ale z dwojga złego lepsze to niżeli uszkodzone nerwy  czy też naczynia krwionośne. Tyle jej starczyło, jeżeli chodzi o wiedzę. Przerwała prześwietlanie, by niemal od razu poczuć napad bólu głowy, a do kącika oczu półelfki napłynęły łzy. Efekty uboczne magii, przywykła.
Spojrzała na Saszkę, ocierając przy tym łzy.
– Ma dwie rany sięgające mięśnia naramiennego, dwugłowego i tricepsa. Są naznaczone nanokadabrami, wciąż delikatnie krwawią. Całe szczęście nerwy i naczynia krwionośne są całe. Proszę się nie martwić. Będzie miała rękę jak nową. – Uśmiechnęła się delikatnie do elfa, by po raz kolejny otrzeć słone krople napływające do oczu. Następnie spojrzała na sanitariusza. – Potrzebuję osobnego pomieszczenia, izolatki, bez żadnych innych rannych – powiedziała. Musiała mieć pełen spokój przed zabiegiem. Żadnych krzyczących z bólu żołnierzy. Po prostu ona sama i Zawisza.

Prześwietlenie 2/2
Ból głowy, łzawienie (efekty uboczne prześwietlenia) 1/3

avatar

PisanieTemat: Re: Droga dojazdowa   Pon Wrz 04, 2017 10:34 pm

- Może pan pomóc, poruczniku. Wręcz tego właśnie od pana oczekuję.
Dowódca garnizonu skinął głową i odszedł. Z oddali widać było, że mężczyzna, choć idzie szparko, lekko kuleje. Życie na Kresach Zachodnich zapewne go nie rozpieszczało.
Tymczasem Han’lynn zdążyła przyjrzeć się ranom nieprzytomnej Zawiszy i zrozumieć ich naturę. Na jej znak sanitariusze dźwignęli nosze i ruszyli w kierunku garnizonu, dbając, by iść równo i nie trzęść. Jeden zadbał, by zabrać miecze Zawiszy – najwidoczniej dobrze znano tutaj panią major i jej stosunek do broni.
- Dobrze się pani czuje? – zapytał jeden z żołnierzy, niepewnie wyciągając w stronę półelfki wymiętą paczuszkę chusteczek higieniczny. Gest bez znaczenia, ale niezwykle miły. Chłopak nie mógł wiedzieć, że dolegliwości kobiety to nie tylko efekt zmęczenia, ale skutek uboczny jej czaru.
Han’lynn zachwiała się i upadłaby, gdyby jej nie podtrzymał.
- Pani także powinna się udać do infirmerii – powiedział. – W charakterze pacjenta.
Zerknął na odchodzącego elfa, jakby obawiając się, że ten też zemdleje. Na Zachodnich Kresach życie nie rozpieszczało nikogo. Tutaj widywano nawet piękne elfy padające bez przytomności w błoto.

__________________________
z/t x 3
Saszka -> gabinet dowódcy garnizonu
Hanka, Zawisza -> infirmeria

avatar

PisanieTemat: Re: Droga dojazdowa   Czw Lip 19, 2018 5:13 pm

Ludzie mówili, że wpadli na spoconych i parskających koniach równo o północy. Trójka milczących żołnierzy o twarzach wykutych z kamienia. Że ich konie nie dotykały kopytami ziemi. Że pędzili na złamanie karku poprzez noc od samej Warszawy. Że sam Bóg oświetlał im drogę. Mówili, że przed wyjazdem pobłogosławił ich sam król, gdy klęczeli przed jego majestatem. Że dotknął dłońmi ich husarskie szable, a te zyskały niewiarygodną potęgę. Inni twierdzili, że przybyli o trzeciej nad ranem niby upiory. Że ich spojrzenia obracały jegrów i soggothy w pył.
Prawda była jednak inna.
Do Korniejewa wjechali chwilę po pierwszej i z całą pewnością nie gnali od samej Warszawy bez chwili wytchnienia. Zatrzymali się przynajmniej pięć razy, bo Eligiusz domagał się głośno swojej przerwy na fajkę i koniecznie musiał się odlać. I zjeść. Nie milczeli również, gdy dotarli na miejsce, bo nadawali jedno przez drugie czy trzecie o rzeczach tak nieważkich, że to uderzało o absurd.
I żaden król ich nie wysyłał. Wysłała ich major Wilczyńska. Jako wsparcie dla ekipy sadzącej dęby i stawiającej kapliczki na nowo zdobytym kawałku gruntu. Mieli przypilnować, aby wszystko przebiegło bez większych problemów. Prawdę powiedziawszy do tej misji została wyznaczona sierżant Magornith i miała sama wybrać swoich podwładnych.
Nikt nie wykazał śladowych ilości zdumienia, gdy wybrała dzbana Aleszko i ten drugi wazon - Mazura.
Wpadli na swoich wierzchowcach - przesławnych motocyklach husarskich - okazali dokumenty, zostali sprawdzeni i wtarabanili się z piskiem opon do Korniejewa. Jak szybcy i wściekli. Dopiero o siódmej rano mieli wyruszyć jako pierwsi, by ponownie sprawdzić teren i by Ra mogła przejąć dowodzenie nad drużyną trepów, którzy zabezpieczali miejsce przyszłych robót. Cała zabawa miała sprowadzać się do łażenia po lesie przez trzy dni, bo, mimo wszystko, nikt nie wierzył, by Czarni próbowali odebrać siłą zawłaszczoną przez Polskę ziemię. Trzech wybitnych komandosów z Husarii wysłano tylko i wyłącznie na wszelki wypadek.
Eligiusz zeskoczył rączo ze swojego pojazdu, pięknie go ustawił i zdjął z głowy hełm.
- Jarać mi się chce. I jestem głodny, kurwa, o której my tam mamy jechać? - wystękał cierpiętniczo, odkładając hełm na siedzisko motocykla. Zaraz po tym wyłuskał z kieszeni papierośnicę, by fajkę wetknąć do mordy i pośpiesznie odpalić.

___________________
Kolejność dowolna. Ra dowodzi operacją. Cel - zabezpieczyć proces stabilizacji odzyskanego terenu RPE. Na miejscu w Zonie czeka drużyna złożona z siedmiu szeregowych, dwóch starszych szeregowych i ich dowódcy - kaprala Piotra Karolaka.
Możliwe zagrożenie ze strony Czarnych, niewielkie, choć prawdopodobne.
Pobrać niezbędny ekwipunek z punktu poboru wyposażenia (karabin, broń osobista - krótka, granaty dymne, amunicja. Dodatkowo jeden karabin maszynowy pobrany TYLKO przez jednego członka drużyny, który będzie go obsługiwał. Możliwe pobranie dodatkowego osprzętu w granicach rozsądku, misja została uznana za względnie bezpieczną).
Chwalmy Pana.

avatar
Ra
Zobacz profil autora

PisanieTemat: Re: Droga dojazdowa   Czw Lip 19, 2018 6:05 pm

Dla przeciętnego, prostego ludu żołnierze tak elitarnej jednostki jak Husaria wydawali się być niczym bogowie – oczywiście w przenośni, żadnej herezji siać nie będziemy, jeden jest Bóg. Często dopowiadali sobie różnorakie historie, które nijak były związane z prawdą… Może jakieś ziarnko takowej posiadały. Czasami. Ale zdecydowanie nie w przypadku trójki muszkieterów. Nie było błogosławieństwa króla, nie było pędu na łeb na szyję od samej Warszawy. I zamiast koni, jechali na husarskich motocyklach, w których to jednak dusza rumaka była zaklęta. I wielu husarzy, w tym i sama Ra, mieli bzika na punkcie swojej maszyny.
Rha’thel została wyznaczona przez panią major na dowódcę akcji i miała sama sobie wybrać ludzi. To nie tak, że uważała Mazura i Aleszko za najlepszych do tej roboty, bo tak nie było. Oczywiście, że znaleźliby się bardziej odpowiedni ludzie. Problem był jednak taki, że wolała tych dwóch dzbanów nie spuszczać z oczu. Dla bezpieczeństwa ludzi ich otaczających, ale także ich samych. Nigdy nie wiadomo, co im przyjdzie do tych głupich łbów, więc wolała mieć wszystko pod kontrolą.
Nikt nie wierzył, że Czarni upomną się o stracone ziemie… A jednak została wysłana tu Husaria, jakby ludzie z kawalerii by tu nie wystarczali. Czyli jednak istniała obawa, że jegry się pojawią. Średnio się jej uśmiechało przez trzy dni chodzić po lesie, bez konkretnego celu, ale cóż. Służba nie drużba i jak każą, to trzeba robić.
Po sprawdzeniu wszystkich dokumentów, wjechali z piskiem opon do Korniejewa. Jeżeli byli tu jeszcze jacyś ludzie, którzy nie wiedzieli, że mają przyjechać, to się właśnie dowiedzieli. Ra zatrzymała swoją maszynę (mówiąc przy tym nawet „prrr”) i również zdjęła hełm. Wyjęła z kieszeni spodni swoje fajki i również zapaliła jedną.
– O siódmej, idioto. Mówiłam to co najmniej cztery razy – powiedziała, nieco zirytowana zapominalstwem Elżuni. Ona również była głodna. I zmęczona, najchętniej glebnęłaby się już na tej kojce, jednak musieli poczekać na oficjalne przyjęcie i przekazanie dokładnych informacji. Bo nie raz, nie dwa zdarzało się, że w Warszawie mówiono im jedno, a na miejscu okazywało się, że było zupełnie inaczej.

avatar

PisanieTemat: Re: Droga dojazdowa   Czw Lip 19, 2018 8:46 pm

Ogólnie rzecz biorąc, wojsko było całkiem należycie szanowane na terenach Rzeczpospolitej. Im jednostka była bardziej elitarna, tym większym mirem ją darzono. I tak, na przykład, przemarsz piechoty wywoływał w każdej miejscowości wielkie poruszenie. Na stoły wjeżdżały kiełbasy i wódka, matki piekły ciasta, synowie usłużnie spełniali każde żołnierskie życzenie w nadziei na otrzymanie w zamian ciekawej historii, a ojcowie chowali córki. Córki natomiast w nosie miały ojców. Kiedy z kolei miasto czy wioskę odwiedzał geograf, zazwyczaj wszyscy jak jeden mąż próbowali otoczyć delikwenta milczącym kołem, w nabożnym milczeniu oczekującym wieści o dziwnych światach. Czasem je dostawali. Częściej jednak nie. A gdy komuś zdarzyło się napotkać orszak Zakonu Łabędzia, tylko skłaniał głowę z pokorą - ci to już w ogóle byli istotami jakby z innego wymiaru i nikt tak na dobrą sprawę nie wiedział, czym się łabądki naprawdę zajmują, z wyjątkiem tego, że było to cholernie ważne i cholernie niebezpieczne.
Husaria natomiast. O, panie, husaria to dopiero było.
Jak ci taka husaria przejechała ryczącą kawalkadą przez podwórko, to mogłeś zrobić tylko dwie rzeczy: po pierwsze - wkurwić się, że ci zaorali drogę, a po drugie - z dumą opowiadać o tym wydarzeniu przez następne trzydzieści lat. Jeśli miałeś szczęście, to może nawet pozwolono ci trochę dłużej pogapić się na ich mityczne motocykle.
To znaczy, tak bywało, ale w przypadku tej trójki tylko do czasu.
Jazgot jednego przez drugie i następne sprawiał, że ludziom (i nieludziom zresztą też) ręce opadały. Ręce, uszy, cycki, właściwie wszystko opadało.
Leo zsiadł z motocykla i uczynił jedyną rzecz, jaką w takiej sytuacji mógł: też zdjął hełm. Potrząsnął głową, bo przecież fryzura to zajebiście ważna sprawa, po czym skierował swoje kroki ku Ra, nie omieszkując po drodze palnąć Elkę wierzchem dłoni w potylicę.
- Ty zawsze jesteś głodny - wytknął mu przytomnie i zatrzymał się obok elfki.
Mazur był dzieckiem bogatych rodziców, ale zupełnie nie przeszkadzało mu to w piciu na krzywy ryj czy opalaniu wszystkich dookoła z fajek. I jeszcze narzekaniu, że palą chujowe szlugi, kupiliby sobie jakieś lepsze.
Przysunął się do Ra i bezceremonialnie wsadził rękę do kieszeni na jej tyłku, po czym błyskawicznie poczęstował się papierosem, uważając, żeby przypadkiem nie wyłapać od niej w pysk czy w jaja.
- Maf mowe ogień? - zapytał jeszcze z filtrem między zębami.

avatar

PisanieTemat: Re: Droga dojazdowa   Czw Lip 19, 2018 9:11 pm

Zwykli ludzie mieli to do siebie, że wymyślali bajki o tych, o których niewiele było wiadomo. O potędze geografów - każdego, nawet takiego dzbana jak Cichocki - krążyły legendy. O Zakonie Łabędzia nawet nie ma co wspominać, bo ich otaczała mistyczna bańka tajemnicy i ludzie, mimo że szanowali jak pojebani, odczuwali przed członkami Zakonu respekt i niekiedy strach. A Husaria... a Husaria była zwyczajnie szpanerska. Szpanowali na tych motorach, szpanowali skrzydłami, szpanowali nawet mundurami, bo te przypominały po części kostiumy motocyklistów a po części mundury. Bywali głośni, złaknieni rozpierdolu i chwały na polu walki. Byli totalnie jak harleyowcy. Wódka, dupy, szybkie maszyny i mordobicie.
Elitarna jednostka. Komandosi.
Kurwa mać.
- Po pierwsze primo, to każdy ma prawo zapomnieć, nie? - burknął, gdy już się porządnie zaciągnął. Bo przecież są rzeczy ważne i ważniejsze. Oparł się jeszcze tyłem o swoją błyszczącą maszynerię i nonszalancko strzepnął popiół na ziemię. Następnie, wzorem Leopolda, przeczesał palcami te swoje przepiękne złote loki, których mogłaby zazdrościć mu niejedna laska. - A po drugie primo, to pierdol się, Mazur, nie jestem.
Był. Ale to niczego nie wnosiło. I rzucił jeszcze zapalniczką w Leopolda, tylko i wyłącznie dlatego, że mógł. Metalową benzynówką. A jak. Taką cudownie wyrzeźbioną w esy i floresy. Serio.
W tę miłą rozmowę musiał się ktoś wtrącić. Bo oto, proszę państwa, leciał w ich stronę oficer dyżurny. Podporucznik. Ewidentnie kimał gdzieś przy biurku i pomocnik go niechybnie obudził, gdy wśród nocnej ciszy warkot silników się rozchodził. Dopinał w biegu mundur i poprawiał jeszcze beret. Młody był, pewnie niedawno co WAT skończył, bo zamiast poczekać, aż młodsi stopniem zrobią cokolwiek, wyprężył się jak struna, stuknął obcasami i zasalutował.
- Podporucznik Wiśnia, melduję się... - tu nastąpiło pobieżne spojrzenie na belki husarzy. - Pani... sierżant - dokończył trochę kulawo. - Kwatery zostały przygotowane, stajnie... to jest garaż, również. Był rozkaz, żeby oporządzić stajnię i przygotować miejsce. Śniadanie podawane jest o szóstej dwadzieścia. Na stołówce. Inżynierowie ruszają z eskortą razem z wami.
Eligiusz podrapał się po brodzie i ponownie strzepnął popiół, gapiąc się podporucznika, którego mocno popierdoliło, skoro meldował się Ra.
- Mogę pokazać kwatery - dodał jeszcze podporucznik, ewidentnie zestresowany trochę zaistniałą sytuacją. Bo, mimo wszystko, nie byli przygotowani na przyjazd husarzy. Znaczy, byli. Dwa dni wcześniej. I jeszcze wczoraj. Ale tego dnia uznali, że pewnie nie dojadą już w ogóle lub popierdolą na miejsce, więc zamiast kogoś ogarniętego posadzili na dyżurce dzieciaka po WAT-cie. To stał na baczność i dał sobie z miejsca wchodzić na łeb, bo nigdy z żadnym husarzem nie rozmawiał, co najwyżej widział na paradzie w Warszawie, jak śmigają po ulicy i im się motocykle w konie zmieniają. Ale tak? Patrzył przy tym cały czas na Rha'thel, jako najwyższą stopniem pośród tych dzbanów.
- A można coś tu jeszcze opierdolić na ciepło? - spytał z nadzieją Eligiusz.
- Nie o tej porze, panie kapralu.

avatar
Ra
Zobacz profil autora

PisanieTemat: Re: Droga dojazdowa   Czw Lip 19, 2018 9:46 pm

Bycie wojskowym miało naprawdę wiele plusów, jakby się tak przyjrzeć dokładnie. Dla niektórych ludzi to była jedyna szansa na dalszy rozwój – na przykład dla Ra, która pozbawiona rodziców i większych środków (owszem, trochę odziedziczyła, ale starczyłoby to na maks kilka lat życia), musiała coś zrobić ze swoim życiem. A że była ambitna, stwierdziła, że dołączenie do szeregów wojska będzie dobrym pomysłem, z nadzieją, że w przyszłości uda się jej zdobyć wyższe wykształcenie. Większe racje żywnościowe, na zarobki nie mogła w sumie narzekać. Nie wspominając właśnie o szacunku jakim cieszyła się wśród ludzi. Często się zdarzało, że odwiedzając jakąś wioskę, miejscowa ludność karmiła ich lokalnymi przysmakami. A czego jak czego, ale jedzenia, seksu i alkoholu to Rha’thel nie odmawia. Husaria wzbudzała oprócz podziwu, po prostu poruszenie – wyglądali szpanersko na tych swoich motorach, prezentowała się spektakularnie na paradach, a także przejeżdżając gdzieś przez jakąś wiochę, wzbudzając poruszenie zwłaszcza wśród dzieciaków.
– Kupię ci jakieś preparaty na pamięć pod choinkę – odburknęła, wywracając oczami. Co jak co, ale Ra nie lubiła się powtarzać, a wypadałoby, żeby pamiętał takie podstawowe rzeczy. Ona wiecznie nie będzie ich niańczyła i kiedyś mogą zostać rozdzieleni. Co wtedy ten dzban bez niej pocznie?
Rha’thel bardzo, ale to bardzo nie lubiła, gdy ktoś brał jej fajki bez pytania, a to właśnie zrobił Leo, jeszcze wyciągając je z kieszeni na jej tyłku. Miała ochotę mu przyjebać, ale się opamiętała. Wystarczającą siarę robił Aleszko i Mazur, ona musiała utrzymać resztkę honoru tej jednostki. I prawdę powiedziawszy to spodziewała się, że przyjdzie przywitać ich ktoś… bardziej ogarnięty. Gdy nagle podporucznik zaczął się jej meldować, o mało co nie parsknęła śmiechem. Nie mogła się jednak powstrzymać od lekkiej dawki ironii, żartując sobie z dzieciaka, który wygrał stopień w chipsach. Bo ogólnie wojskowych dzieliło się na dwie grupy. Tych, którzy zaczynali od zwykłego szeregowego, a potem zapierdalali, wspinając się po kolejnych to szczebelkach i tych, którzy poszli na studia, potem do szkoły oficerskiej i dostali stopień podporucznika, nie mając zielonego pojęcia jak wyglądało prawdziwe wojsko i prawdziwa wojna. Tak jak ten tutaj.
– Spocznij, podporuczniku Wiśnia – powiedziała, kisnąc w środku, jednakże twarz Rha’thel była niewzruszona. A wzrok miała jak wściekła feministka, więc dzieciak miał się czego bać. – Nic się nie zmieniło, w Zonie mają na nas czekać dziewięciu żołnierzy i ich dowódca, niejaki kapral Karolak? – dopytała, wolała mieć pewność, jaką ilością ludzi będzie dysponowała. – Ilu inżynierów? – zapytała zaraz potem. Potrzebowała konkretów, a nie jebanych ogólników. – Wysławiaj się, Aleszko – warknęła, by następnie trzepnąć go w łeb. – Proszę wybaczyć, panie podporuczniku… Znalazłoby się jednak cokolwiek do jedzenia? Chociażby chleb z mielonką i czarna kawa. Trzeba przyznać, że jesteśmy nieco głodni po podróży. – To, że mieli kilka przystanków na żarcie, przemilczała. Nie musiał przecież tego wiedzieć, prawda? – Do garażu proszę wyznaczyć dwójkę najbardziej kompetentnych ludzi na wartę. – Tu chodziło o bezpieczeństwo ich maszyn. Dla Rha’thel ten motor był niczym dziecko, jej własny wierzchowiec, nie mogła pozwolić, bo ktokolwiek go dotykał.

avatar

PisanieTemat: Re: Droga dojazdowa   Czw Lip 19, 2018 10:44 pm

Zdziwił się niepomiernie faktem, że tym razem nie dostał od Ra po ryju za podpierdolenie jej fajki i zrobił to do tego stopnia, że ciosu od Aleszki już nie zdołał uniknąć. Wyłapał w pysk kawałkiem metalu aż miło. W ostatniej chwili zdążył złapać spadającą już na ziemię zapalniczkę, jakimś takim paralitycznym gestem.
- Rekwiruję - oznajmił z krzywym uśmieszkiem, po czym upchnął łup w kieszeni. Następnie zrobił do Eligiusza minę z wywalonym jęzorem, jak to miał w zwyczaju robić przez ostatnich dwadzieścia kilka lat przy pierwszej lepszej okazji. Albo i nawet bez okazji, czasami nuda była wystarczającą motywacją do robienia z siebie oszołoma. I jeśli to rzeczywiście nuda była w danym przypadku powodem krzywienia ryja do Aleszki - zwykle okazywała się też katalizatorem. Bo co mogło robić dwóch pełnych energii, znudzonych facetów, jeśli nie rekreacyjnie prać się po pyskach?
I tak się Leo był skupił na tym wszystkim, że z lekkim opóźnieniem ogarnął, dlaczego w zasadzie nie wyłapał gonga w kaczan od elfki.
Przez chwilę wytrzeszczał oczy na to kuriozum w mundurze, które ich nawiedziło. Pojebany jakiś czy co? Meldować się Ra? Już chuj w to, że była znacznie niższa stopniem od Czereśni czy jak mu tam. Ale... MELDOWAĆ SIĘ RA?
Leo zamaskował nagłe parsknięcie śmiechem udawanym atakiem kaszlu. Prawie wypalił sobie dziurę w spodniach, a tymczasem Elka, dzbania jego mać, zaczął się pytać o żarcie. I tu już Mazur kompletnie skapitulował, po prostu zaczął się śmiać w głos.

avatar

PisanieTemat: Re: Droga dojazdowa   Pią Lip 20, 2018 12:45 am

Elżunia skisł już nieco wcześniej, bo gdy Mazur oberwał zapalniczką w ryj. Parsknął perlistym śmiechem, pączek jebanych dzwonków, te rzeczy. A na przytyk od Ra zwyczajnie wzruszył ramionami, wciąż z tym swoim zwyczajowym bananem na japie. Pewnie zdąży do świąt o tym zapomnieć i nawet gdyby elfka spełniła swoją groźbę, to by nie ogarnął i zapytał, czy był niegrzeczny czy coś, że dostał taki chujowy prezent.
- Oddaj, kurwo, moją zapalniczkę - oznajmił pogodnie bez cienia agresji czy wyrzutów. I tak mu później zapierdoli swoją własność i wyjdzie na jego.
A podporucznik Wiśnia skurczył się w sobie, speniał, zmalał i przełknął głośno ślinę pod naporem tego burzącego mury spojrzenia Ra. Co on tam wiedział o Husarii? Niby zdawał sobie sprawę, że był wyższy stopniem, ale jednak tak nie do końca wiedział, czy to ma odzwierciedlenie w jednostce specjalnej. Przecież taki, na ten przykład, geograf mógł wydawać rozkazy każdemu wojskowemu, jeśli sytuacja tego wymagała.
- Rozkaz - oznajmił głośno, zasalutował i rozkaz wykonał. To znaczy spoczął. I zerkał tylko z niepokojem na zanoszącego się śmiechem Leopolda, totalnie już nie wiedząc, jak się zachować czy co zrobić. Zwłaszcza gdy zaraz śmiechem parsknął i Eligiusz, bo to był jebany absurd ta cała sytuacja. - Tak jest, dziewięciu żołnierzy i ich dowódca, drużyna, będą czekali na rozkazy - oznajmił bardzo szybko. I zaczął się pocić ze stresu. - J-jeden inżynier. I-i-i pięciu robotników. Tylu ich będzie właśnie, pani sierżant - wyartykułował, lecz pewność siebie mu spadała z sekundy na sekundę. To było widać. Bardzo mocno. Aż za bardzo chyba. - Z całą... całą pewnością uda nam się zorganizować posiłek. I tak jest, wydam za chwilę rozkaz, dwóch ludzi na warcie przy maszynach.
Eligiusz beztrosko rzucił kiepa na ziemię i zadeptał go buciorem.
- No, to weź ogarnij to żarcie, ale tak na jednej nodze najlepiej - dorzucił swoje Aleszko. Bo był głodny. A jak był głodny, to się bardzo mocno upominał o jedzenie, a że głodny bywał często, to równie dużo o tym pierdolił. Podporucznik Wiśnia zasalutował.
- Rozkaz. - I spojrzał ponownie na Rha'thel. - Pani sierżant, czy mogę się oddalić?
Bo miał rozkazy do zrobienia, co nie? On, oficer, właśnie był chłopcem na posyłki dla sierżanta i dwóch kaprali. No, kurwa, cyrk.

avatar
Ra
Zobacz profil autora

PisanieTemat: Re: Droga dojazdowa   Pią Lip 20, 2018 1:05 am

Zachowanie Elżuni i Leo można było opisać jednym słowem: przedszkole. Jednakże, czego ona się po nich spodziewała? Znali się dobre dwadzieścia lat, nawet nieco dłużej, i w sumie nic a nic się nie zmienili. Po prostu stali się trochę większymi chłopcami (choć Leo to był raptem trzy centymetry wyższy od Rha’thel), potwierdzając przy tym teorię, że faceci rozwijają się do trzeciego roku życia, a dalej tylko rosną.
Jedynie Ra zachowywała resztki godności i powagi, choć trzeba przyznać, że przy podporuczniku Wiśni było to trochę ciężkie. Oficer, który meldował się sierżantowi i srał w gacie na ich widok to była czysta komedia. Teraz elfka rozumiała, dlaczego ich tutaj wysłali. Jeżeli wszyscy w tym Korniejewie byli tacy ogarnięci jak ten tutaj, to nie mieli szans w pojedynku z własnym cieniem, o jegrach nie wspominając. Jednakże, jako że to ona była dowódcą całej akcji, musiała być poważna i sprawiać wrażenie kompletnie niewzruszonej.
Dziewięciu żołnierzy i ich dowódca. Do tego inżynier i pięciu robotników. Miała nadzieję, że chociaż ten cały kapral Karolak i jego kompania była bardziej ogarnięta niżeli podporucznik Wiśnia, bo inaczej, w razie ataku jegrów może być nieciekawie. Znając życie, naukowca i jego przydupasów będzie trzeba chronić, bo sami się nie obronią w razie problemów. Cudownie. Zapowiadały się naprawdę bardzo ciekawe trzy dni.
– Dziękuję, podporuczniku Wiśnia – powiedziała i skinęła do niego głową. Za jakie grzechy musiała z tym człowiekiem współpracować? Próby zachowania powagi było coraz to trudniejsze, biorąc pod uwagę zachowanie tych dwóch dzbanów. Choć, prawdę powiedziawszy, z wielką chęcią by do nich dołączyła. – Tak – pozwoliła panu podoficerowi się oddalić. A gdy już to zrobił i był w pewnej odległości od nich, Ra nie mogła się powstrzymać i również parsknęła śmiechem. – Myślałam, że większa cipa niż Aleszko po tym świecie nie stąpa. Jak widać, myliłam się… Przepraszam, Eli. – Nie wierzyła w to, że to stało się naprawdę. Podporucznik skaczący na rozkazy sierżanta i dwóch kaprali. Po prostu cyrk na kółkach. – Odstawmy maszyny do garażu, zjedzmy coś i czas spać. Trzeba czas wstać, by przygotować się do podróży do Zony. Mam nadzieję, że ten cały kapral Karolak jest bardziej ogarnięty niż Wiśnia, bo inaczej będziemy w czarnej dupie. Dosłownie. – Oby się jej obawy nie ziściły, a te trzy dni minęły szybko i bezproblemowo…
Choć jej kobieca intuicja mówiła jej, że będzie zupełnie na odwrót.

Sponsored content

PisanieTemat: Re: Droga dojazdowa   


 
Droga dojazdowa
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next
 Similar topics
-
» Droga obok lasu
» Droga Królewska
» Droga z Magnolii do Shirotsume
» Główna droga
» Królewski Szlak

Skocz do: