Szybkie Menu

Droga dojazdowa
avatar

PisanieTemat: Droga dojazdowa   Wto Lip 11, 2017 11:25 pm


avatar

PisanieTemat: Re: Droga dojazdowa   Pią Sie 18, 2017 9:56 pm

To było bardzo typowe, upalne lato, wybitnie sierpniowy sierpień i skrajnie rutynowa robota na przygraniczu.
Dokładnie tak, w dużym uproszczeniu, wyglądało osiem ostatnich dni na trasie, taki też raport zamierza złożyć dowódcy garnizonu w Korniejewie, a potem, już w Warszawie, samemu Hetmanowi.
No i chuj, no i cześć, cytując stary polski film.
To był zły dzień.
Specjaliści astrologowie z Warszawy potraktowaliby te słowa absolutnie serio, od razu odpalając serwery obliczeniowe, sprawdzając aktualną koniunkcję ciał niebieskich, badając tło fagowe okolicy, estymując parametry pariosferyczne na potencjał mikrokadabrowy okolicy… I tym podobne rzewne pierdolenie.
Tymczasem każda kobieta potrafiłaby bez pudła wskazać, dlaczego akurat ten dzień był zły. Dlaczego każdy stukot kopyt konia wywoływał w niej skurcz irytacji, a wyprażone żarem powietrze przesycone aromatem rozgrzanego asfaltu zdawało się mieć zapach nadgniłej padliny.
Panią major po prostu zalewała krew. Dosłownie. Na domiar złego, przekonana o niezachwialności własnego harmonogramu Zawisza była pewna, że w Warszawie znajdzie się już trzy dni temu, dlatego dała sobie spokój z próbami upchnięcia w plecaku paczki podpasek. Niesłusznie.
Cholernie niesłusznie.
Poczuła się lepiej, gdy tylko w oddali zamajaczyła jej brama wjazdowa do Korniejewa, całodobowo strzeżona przez przynajmniej dwóch żołnierzy (od strony wschodniej zazwyczaj przez żółtodziobów z WAT-u na wakacyjnych praktykach, ostatecznie nikt nie spodziewał się wielkiego zagrożenia ze strony kraju). Wyprostowała się w siodle, ignorując ból i lekkie uczucie mdłości przy wstrząsach, ilekroć kopyta Marysieńki opadały. Klacz też poczuła się raźniej, przyspieszyła sama z siebie, drobiąc tam, gdzie upatrywała swojego El-Dorado – przytulnej stajni, chłodnej wody i porządnego owsa.
- Stać! – krzyknął jeden z żołnierzy, wychodząc jej naprzeciw. Katarzyna westchnęła i wyprostowała się w siodle. Nie będzie przecież zwinięta jechała, wstyd jak stąd do Gehenny. – Proszę okazać dokumenty.
- Nowy na praktykach? – uśmiechnęła się do drugiego chłopaka, którego twarz już kojarzyła.
Pochyliła się w siodle. Lewą rękę, tę z azymuletem standardowym, podetknęła pod pierścień skanujący chłopaka. Żołnierz obrócił go na palcu, obserwując, jak klejnot lśni na zielono, potwierdzając uprawnienia Zawiszy. Drugą ręką kobieta nadal grzebała w przewiązanej w pasie kurtce, szukając dokumentów na plastiku.
- Nie trzeba, pani major – odparł ten drugi. W normalnych warunkach odpowiedziałaby, że „Trzeba, podchorąży, trzeba”, ale teraz tylko machnęła ręką, dziękując.
Brama zazgrzytała i mechanicznie zaczęła się rozsuwać.
A Zawisza uśmiechnęła się. Szeroko. To chyba jednak nie był aż tak zły dzień.
Białe włosy miało zdumiewająco wielu elfów, ale chyba tylko jeden potrafił je utrzymać w nienagannym stanie, podróżując w kurzu i pyle. Stał tyłem, rozmawiając z jednym z oficerów, ale nie było mowy o pomyłce. Wiedziała, że ledwo przejedzie przez bramę, elf dostrzeże ją i przywita grzecznym ukłonem, jakby urwał się z dramatu wiktoriańskiego.
Elfy zawsze były grzeczne, porządne i przestrzegały etykiety.
A Saszka to już szczególnie.

_________________________________

Witam panów uprzejmie.
Kolejność: ja > Saszka > Janusz. Proszę o nieopieprzanie się z postami (bez terroryzmu, ale będę upominać).
Obaj wracacie aktualnie z roboty za Horyzontem, Saszka właśnie wjechał do Korniejewa, Janusz jest w drodze. W Stanicy obaj jesteście po to, żeby się wreszcie wyspać, umyć i najeść przed podróżą do Warszawy.
Wyposażenie: To, co uznacie, że było Wam przydatne w Zonie (pistolety, karabiny, granaty, drony, gołe baby). Tak, żebyście byli w stanie swobodnie podróżować konno.

avatar

PisanieTemat: Re: Droga dojazdowa   Pią Sie 18, 2017 11:04 pm

Tak spokojnej roboty dawno już nie miał. Żadnych jegrów, złowadów, grawikoncentratów na drodze lub pod nią, nawet złamanego centaura. Można by powiedzieć, że Saszka strasznie się wynudził, ale byłoby to kłamstwo.
Saszka nigdy się nie nudził.
Miał przy sobie całkiem niezłe wyniki. Teraz należało jeszcze tylko zabezpieczyć pojemniki z próbkami, przesłać dane "do góry" i sporządzić odpowiedni raport. A potem to już mleczko z kaszką, można będzie oporządzić ewidentnie niezadowolonego Wedla, zrzucić mundur i wykąpać się. Elf oczami wyobraźni już widział, jak udaje się po pierwszy ciepły posiłek od kilku dni. Mało mu od tego w brzuchu nie zaburczało. Cóż to by był za wstyd.
Na drodze między upragnionym odpoczynkiem a geografem stał już właściwie tylko ten nieznany Saszce oficer, który od dobrych pięciu minut opowiadał, co się znajduje w którym budynku, jak dotrzeć do łaźni czy, szczegółowo i krok po kroku, jak jest protokół postępowania.
Wszystko to, oczywiście, Saszka doskonale wiedział, ale grzecznie nie przerywał oficerowi.
Przez chwilę przestępował z nogi na nogę, nie mogąc się doczekać chwili, kiedy usiądzie na czymś miększym niż skórzane siodło, ale zaraz jednak przestał. Upał dawał mu się we znaki, a ciasno związane skórzane buty miały przykrą tendencję do obcierania pięt.
- Tak jest, dziękuję, niewątpliwie skorzystam - odpowiedział elf, a w duchu westchnął z ulgą. Czekał, aż oficer się oddali, żeby móc zająć się swoimi sprawami, ale ten, jak na złość, nadal stał i czekał nie wiadomo na co. Gdyby Saszka nie był kompletnym zerem w kontaktach z ludźmi, od razu by się zorientował, że mężczyzna czeka na jakiś ruch ze strony elfa, choćby i machnięcie ręką.
A tymczasem elf czekał, aż gospodarz wróci do swoich obowiązków, bo przecież nie wypada, żeby to gość się pierwszy odwracał plecami.
Impas nie trwał jednak długo. Twarz żołnierza ożywiła jakaś emocja, której Erkh'iaan oczywiście nie umiał rozszyfrować (może bolał go ząb?), więc podążył wzrokiem za jego spojrzeniem.
Srebrzyste oczy geografa jakby pojaśniały, a kąciki jego ust uniosły się nieznacznie.
Elf podprowadził konia za uzdę nieco bliżej pani major i ukłonił się dwornie, zamaszyście zamiatając po ziemi peleryną.
- Dzień dobry, gwiazdo wieczorna. Widok ciebie całej i zdrowej raduje moje oczy - rzucił tradycyjnym już powitaniem.

avatar

PisanieTemat: Re: Droga dojazdowa   Pią Sie 18, 2017 11:53 pm

Cichocki ziewnął i leniwie przeciągnął się w siodle. Lewą dłonią podrapał się po szorstkiej, zmierzwionej brodzie, w drugiej luźno trzymał lejce. Trochę mu się nie chciało docierać na miejsce, lecz z drugiej strony wizja porządnego umycia się i wyspania dla odmiany w łóżku była kusząca, apetyczna i w ogóle to po otwarciu szóstej konserwy z jakąś cholerną mielonką miał wrażenie, że należy mu się schabowy. Taki absolutnie wypasiony, dobrze ubity, najlepiej z solidną łychą ziemniaków i mizerią. O tak. Biedny chłopina, aż się rozmarzył i ponownie nieprzytomnie podrapał się po zaroście - choć tym razem z drugiej już strony. Swędział. Ogólnie wszystko go swędziało. I miał wrażenie, że od siodła ma obity tyłek. Niby jeździł konno odkąd skończył jakieś jedenaście lat - trochę nielegalnie, bo bez prawa jazdy, ale kto by się przejmował? - lecz pokonywanie takich tras nadal pozostawało bolesnym wspomnieniem i dręczyło niemiłosiernie cały organizm.
Widzisz, Kostek, jak jesteś koniem, to masz daleko w dupie takie pierdoły jak schabowe czy higiena osobista. Nażresz się trawy i wysrasz przy drodze, no życie cud — oznajmił pogodnie. Lubił mówić, a wierzchowiec zawsze był najlepszym obiektem do prowadzenia konwersacji. Nie przerywał, grzecznie słuchał. A gdy Cichocki miał dosyć gadania do konia, to zawsze mógł pomówić z Bronkiem, który był równie niezastąpionym słuchaczem i towarzyszem. — O, Korniejowo, proszę konia. Pan ma pewnie tyle chuj wie czego przy kopytach, że to o pomstę do nieba woła. Myjnia czeka, panie koń. Nie tylko ciebie zresztą, sam lepszy nie jestem.
I tak paplał dla samego paplania i dzięki temu chciał zapomnieć, jak bardzo wkurwia go zarost, że jest mu niewygodnie, brudno i ma odcisk na małym palcu u lewej stopy, że rozwalił kciuka, gdy rąbał sobie drewno na prowizoryczne ognisko, a jakby to wszystko nie było wystarczające, był głodny. Pewnie dlatego widok strzeżonej bramy napełnił kawał mięcha w jego piersi ciepłym uczuciem, a żołądek wydał z siebie symfonię Beethovena. Wyszperał azymulet i jeszcze dokumenty na dokładkę, byleby szybciej móc przeskoczyć przez procedurę.
Raz, dwa.
Gówno z niego jak na razie było, a nie wielki pan Królewski Geograf.
Z konia zeskoczył jeszcze przed przekroczeniem na dobre bramy.
Ja pierdolę, niech ktoś w końcu puści na rynek jakieś siodło z wygodną poduchą, Jezus Maryja — burknął, patrząc na konia z takim wyrazem na twarzy, jakby to była jego wina.
A im dalej, tym gorzej. Janusz słynął z frywolnego podejścia do świata ludzi. Nie przejmował się za bardzo tym, jak może zostać odebrany przez resztę społeczeństwa i zwyczajnie zwykle robił to, co mu w duszy grało. W wojsku zwykle miewał przez to problemy, bo co z tego, że dostawał opierdol z góry do dołu od sierżanta, zwieszał pokornie łeb i potakiwał pokornie, skoro po wszystkim i tak - jakby nic się nie stało - lazł twardo i swoje robił. Postępował według swojego własnego kodeksu moralnego, a przyjęcie pozycji geografa oszczędziło mu szorowania kibli szczoteczką do zębów. Dwie osoby. Elfka i człowiek. W sumie to kobieta. Czyli nie do końca człowiek. Dwie nieludzkie samice na horyzoncie. Ta elfia wysoka, z długimi włosami. Ta ludzka niższa, z włosami zebranymi w warkocz - i ta zdawała się w pewien sposób znajoma.
Mózg nawykły do tego, że Janusz wypowiadał myśli na głos, żeby nie dostać ostatecznego pierdolca, nie wpadł na to, że właśnie powrócił do społeczeństwa i długi jęzor powinien schować za zębami - lub chociaż z przyzwoitości się nim udławić.
Kobiety z bronią, świat stanie w płomieniach, balrogi zatańczą na naszych kurhanach i spadnie deszcz żab, wieszczę — wyartykułował poważnie, donośnie i majestatycznie. Znaczy, pewnie byłoby to bardziej majestatyczne, gdyby powiedział to ktoś inny. Prowadził konia za uzdę i podrapał się po szyi. Nienawidził zarostu. A jeszcze musiał do Warszawy dojechać i po tym męczyć się z wąsiskami przez trzy dni. Podszedł bliżej i zatrzymał się w odległości bezpiecznej, aby żadna przypadkiem go dosięgnąć ręką nie mogła. Lub nogą.

avatar

PisanieTemat: Re: Droga dojazdowa   Sob Sie 19, 2017 12:56 am

Wywróciła oczami, powstrzymując odruch wyciągnięcia ręki na powitanie. Była święcie przekonana, że dobrze wychowany elf z kurtuazją by ją ucałował, a Katarzyna wolałaby, żeby tego jednak nie robił. Ręce miała brudne, przepocone, a zapach konia będzie z nich zmywać przez pół godziny.
- Cześć, Saszka – odpowiedziała więc nieformalnie. Geograf dawno temu był w wojsku, ale odszedł ze służby na rzecz eksploracji Kresów Zachodnich, nim jeszcze Kasia się urodziła. Poza tym był młodszy stopniem.
Niby wiedziała, że jest już po pięćdziesiątce, ale elfy było tak cholernie ciężko traktować poważnie… Z tymi ich buziami porcelanowych lalek i manierami nieletnich pensjonariuszek szkoły dla wiktoriańskich panien.
Saash’Khaara całkiem lubiła. Był sympatyczny i jeszcze zbyt młody (jak na elfa), by emanował tą niezwykłą aurą obcości i niecodzienności. Spędził wiele czasu wśród ludzi, więc zdążył się o nich nauczyć wiele (no, prócz zasad prowadzenia korespondencji prywatnej). Kiedy spotkali się przeszło rok temu, starszy o prawie dwa razy geograf wydawał się być tak uroczo zaaferowany jej osobą, że podała mu swój adres i zgodziła się na listy.
Niech go cholera.
Ile lat elf musi mieszkać w Polsce, żeby nauczył się mówić normalnie?
Zawisza już otwierała usta, żeby cos odpowiedzieć, ale wtedy przez otwartą bramę wtarabanił się kolejny jeździec. Niemal w locie zeskoczył z konia, najwidoczniej do niego mówiąc. To Katarzyny nie zdziwiło – chyba pół wojska rozmawiało ze swoimi wierzchowcami. To, co wzbudziło jej zainteresowanie, to ewidentne umundurowanie geografa królewskiego, który właśnie wracał z wyprawy.
Oraz fakt, że znała ten zarośnięty pysk.
Na pierwszy rzut oka go nie poznała – w Warszawie mniej przypominał niedźwiedzia. Ale gdy odezwał się, od razu przypomniała sobie randkę z „absolutnie przezabawnym facetem”, na którą umówiła ją siostra.
Katarzynę zamurowało. Na dwie sekundy.
- Nie no, kurwa – warknęła, zsiadając z konia (nie tak zgrabnie, jakby chciała to uczynić). – Polski albo niemiecki, ja w innych językach nie mówię. Saszka, co ty tutaj robisz? Po robocie? A ty?
Obrzuciła spojrzeniem drugiego geografa. Deprymujące było to, że gdy tylko zsiadła z Marysieńki, obaj byli od niej wyżsi. I to sporo.
- Ja cię znam, pra…? – zaczęła, nie dano jej skończyć. Bażant na praktykach zbliżył się, zerkając na rękaw munduru, na którym wyświetlały mu się lekko fosforyzujące litery – raport skanu bramy.
- Melduje się podchorąży Kapuściński. Przepraszam, że przerywam, ale skan bramy wykrył u pani zaburzenia aury spowodowane krwotokiem. Według regulaminu powinienem panią niezwłocznie skierować do szpitala.
Wywróciła oczami, czując, że czerwienieją jej policzki.
- Nie trzeba, nie jestem ranna.
- Ale… pani krwawi, pani major.
Policzki zapłonęły żywym ogniem.
- To nic takiego, mówię, że nie trzeba.

avatar

PisanieTemat: Re: Droga dojazdowa   Sob Sie 19, 2017 1:31 am

Liczył się z tym, że może tu spotkać panią major, wszak stacjonowała w Korniejewie. Miał tylko nadzieję, że zanim na nią wpadnie, zdoła się najpierw odświeżyć. Umyć włosy, przebrać w coś czystego, a nie tak... jak jakiś dziad leśny. Tym, czego jednak nie przewidział, bo i też prawdopodobieństwo było ku temu tak znikome, że nieomal marginalne, było wpadnięcie na nią przy samej bramie. Wyglądało to trochę jak splot dziwnych i zupełnie przypadkowych okoliczności w książce fantasy. I chyba tylko zaskoczenie tym wywołane sprawiło, że Saszka zwyczajnie wziął i się zapomniał, nazywając Katarzynę swoją gwiazdą wieczorną, jak to miał w zwyczaju robić w (zdecydowanie przydługich) listach, zamiast powitać ją tak, jak powinno się witać majora. A uświadomił to sobie dopiero w momencie, gdy odruchowo chciał podejść do niej, by pomóc jej zsiąść z konia.
No, ale przecież majorowi nie pomaga się zsiąść z konia.
Elf stropił się nieco. Już miał zacząć się kajać, przepraszać za brak profesjonalizmu i w ogóle rwać sobie włosy z głowy, ale nie zdążył. Powędrował wzrokiem do zarośniętego gałgana, który właśnie przejechał przez bramę. Przez moment wpatrywał się intensywnie w jego bujny zarost, zazdroszcząc go mężczyźnie jeszcze nawet intensywniej, bo sam przecież, mimo usilnych starań, nie był w stanie wyhodować nawet połowy wąsa. A tu proszę, taki imponujący egzemplarz. I jeszcze na dodatek ich właściciel był wieszczem, niebywałe. Saszka postanowił, że później dopyta maga o szczegóły tej zwiastowanej apokalipsy, bo miał się niedługo wybierać znów za Horyzont - może to akurat tam ma się zacząć? Dobrze by było wiedzieć takie rzeczy przed wyjazdem, żeby zabrać jakiś lepszy sprzęt ze sobą.
No, ale teraz, tak w drzwiach, przecież nie będzie pytał.
Raz, że to niegrzecznie, a dwa, że skoro mag właśnie miał wizję, to pewnie zaraz będzie musiał opisać szczegóły w stosownym raporcie. A raport to rzecz święta.
Od własnych myśli odciągnęła go soczysta kurwa, która padła z ust nie kogo innego, jak właśnie pani major. Elf natychmiast znów skupił na niej swoją uwagę.
Miał mieszane uczucia. Z jednej strony, w książkach i filmach damy zdecydowanie nie używały takiego języka. Ale z drugiej - to było w niej takie inne. Nie wiedział dlaczego, ale z jakiegoś powodu czuł się przez to mniej skrępowany w jej towarzystwie, a to już nie lada wyczyn.
Zacisnął palce na uździe Wedla.
- Pani major - odezwał się stanowczo. - Wiem, że jest pani dzielna jak kot, ale tak nie można. Skoro została pani ranna, to trzeba się tym natychmiast zająć. - Podszedł o krok bliżej. - Ma pani wyroby piekarnicze na twarzy, prawdopodobnie wskutek gorączki. Jeśli rana uległa zakażeniu, to nie ma czasu do stracenia! - zawołał z niespotykaną u niego pasją.
Właściwie, gdyby nie musiał strzec próbek z Zony, to nawet by nie czekał. Po prostu wziąłby Kasię na ręce i sam zaniósł ją do tego cholernego lazaretu.

avatar

PisanieTemat: Re: Droga dojazdowa   Sob Sie 19, 2017 1:53 am

Zbiegi okoliczności, łut szczęścia, wielki niefart i inne pierdoły. Przeznaczenie biegło pod rękę z parszywym losem i wrzuciło do Korniejewa panią major i dwóch geografów. To mogło w rzeczywistości faktycznie zesłać na biedną i zmordowaną Polskę małą apokalipsę, dzięki czemu Janusz zostałby tym całym wieszczem, magiem i wielkim prorokiem. Takie zbiegowisko nie miało prawa wróżyć dobrze - o czym już Cichocki nie myślał, bo w jego naturze nie leżało zaprzątanie sobie myśli ponurymi wizjami potencjalnej przyszłości. Wolał zająć rzeczami natury nieco bardziej przyziemnej - jak choćby zastanawianie się, dlaczego i skąd kojarzył panią major czy zwyczajne powstrzymywanie głupawego uśmieszku, gdy uświadomił sobie, że ta elfka to jednak elf.
Nic z tego. Żaden z podjętych wysiłków nie przyniósł pożądanych rezultatów. Byłby gotów machnąć na to ręką, gdyby nie podchorąży Kapuściński.
Janusz jak stał, tak stał i tylko patrzył z przekonaniem, że był elementem nie do końca pasującym do obrazka. Przyglądał się zaczerwienionej pani major, słuchał o wyrobach piekarniczych z ust elfa i przy okazji jeszcze zerkał na Kapuścińskiego oraz jego próby zaciągnięcia tej pierwszej do szpitala. Bo krwawiła. To było komiczne.
Dlaczego krwawiąca kobieta miałaby nie chcieć iść do szpitala? Ot, zagwozdka dla elfa i tajemnica dla podchorążego. Cyrk objazdowy zawitał do Stanicy Korniejewo.
Trochę się wtrącę między piekarza a bułkę, ale pani major chyba krwawi nie tyle z powodu rany, co z defektu wynikającego z bycia kobietą. Tak sądzę. — Mistrz dyplomacji w akcji. — I ja bym nie dotykał. Bo jeśli mam rację, to zaraz może zmienić się w coś gorszego niż balrogi. Te rzeczy.
Nie sądził za to, żeby elf zrozumiał, co miał na myśli. To w końcu elf, one jakoś tak już miały, że nie wiedziały, co jest pięć. Niemniej nie poczuwał się do większej roli, nie jego broszka, nie jego rzecz. Nie ruszył się z miejsca jak na razie tylko i wyłącznie dlatego, że to wszystko naprawdę było o kant kibla potłuc.

avatar

PisanieTemat: Re: Droga dojazdowa   Sob Sie 19, 2017 5:27 pm

No i pięknie.
O ile spławienie samego rozkochanego w regulaminie żółtodzioba Kapustnickiego filozofią nie było, o tyle geograf królewski stanowił poważny, zaropiały i jątrzący się wrzód na dupie. Zawisza na ogół nie miała problemu z tym, że pod pewnymi względami budowy różni się od innych żołnierzy. Ale takie sytuacje bywały irytujące – poczerwieniała jak piwonia, zgrzytając zębami z irytacji.
A potem ten facet – Janusz, jak sobie przypomniała, tak, Janusz – dorzucił swoje trzy grosze. I nie wytrzymała. Ryknęła śmiechem, nagle zwijając się w pół, niezdolna złapać oddech. Gwałtowny skurcz sprawił, że obolałe podbrzusze zakłuło wściekłym bólem na znak protestu. Katarzyna uwiesiła się uprzęży swojego konia, który stał tuż obok, popatrując ze spokojem i jakby politowaniem na dwójkę ludzi oraz elfa.
Nie ulegało wątpliwości, ż najwięcej zdrowia psychicznego zachowała tu właśnie klacz.
- Pani major… - zaczął niepewnie Kapustnicki. W głębi czaszki zapewne teraz kłębiły mu się strzępki danych o reakcji na szok pourazowy. Histeryczny śmiech też tam był. – Czy pani…
- Ale weź już stul pysk – rzucił cokolwiek nieregulaminowo drugi żołnierz na warcie, młody chłopak siny od wstrzymywanego śmiechu. – Pani major ma okres.
Zawisza machnęła ręką, na co klacz zareagowała ostrzegawczym rżeniem i drobieniem w miejscu. Kobieta od razu się opanowała, wręcz mechanicznie wystukała na czole zwierzęcia uspokajające kata. Jeszcze tego brakowało, by kopnął ją lub ugryzł własny koń.
Zdjęła rękawicę, otarła z twarzy łzy bólu i rozbawienia.
-Wystarczy, pośmialim – rzuciła. – Dobrze cię widzieć, Saszka, a ciebie… A ciebie nie wiem – dodała, mrużąc oczy z namysłem. Brodaty facet, w dodatku w umundurowaniu geografa, był ostatnim, kogo się tu spodziewała.
- Chyba musimy sobie sporo opowiedzieć. Albo przypomnieć – dodała, bo istniało spore ryzyko, że Majchrowska podczas niezbyt udanej randki faceta nawet nie widziała.
- Spotkajmy się za… - zerknęła na zegarek -… za godzinę u Matyldy. Padam z głodu, ale najpierw koń, no i muszę się umyć, bo mnie krew zalewa – parsknęła z własnego żartu.
Klepnęła elfa w ramię, skinęła głową Cichockiemu i pociągnęła konia delikatnie za uzdę w kierunku stajni, mając nadzieję, że w garnizonie znajdzie maga, który nałoży na nią uśmierzające ból pole eskulapeutyczne.
Albo chociaż da cholerny ibuprom.


z/t -> Bar u Matyldy

avatar

PisanieTemat: Re: Droga dojazdowa   Sob Sie 19, 2017 6:03 pm

Podchorąży Kapuściński bez wątpienia nie był jedynym w tym towarzystwie, który zaczął w myślach kojarzyć histeryczny śmiech z objawami pourazowymi. Saszka wyraźnie się zasępił, a widać to było po ściągniętych brwiach i zaciśniętych dłoniach. Zastanawiał się intensywnie, o jakim defekcie mówił kolega po fachu, ale jakoś nie mógł skojarzyć żadnej mutacji czy magii związanej ściśle z kobietami. Czyżby powstał jakiś nowy typ kleszcza?
Na szczęście, nie zdążył dopytać.
Na blade zazwyczaj policzki wystąpił rumieniec. Elf tak się zawstydził własną głupotą, nietaktem i niedomyślnością, że nawet nie zrugał żołnierza za, bądź co bądź, nieregulaminową wypowiedź. Bądźmy szczerzy, procesy fizjologiczne zachodzące w ciałach niewiast nie były czymś, o czym Saszka myślał za często. Mimowolnie postąpił krok w tył, w efekcie przytulając się bokiem do Wedla.
- I wzajemnie, pani major - wymamrotał cicho w odpowiedzi.
Wciąż jeszcze zażenowany, zlustrował drugiego geografa uważnym spojrzeniem. Z jakiegoś powodu nie spodobała mu się zapowiedź tego "sporo opowiadania sobie" lub "przypominania". Nie miał pojęcia dlaczego. Tak było i już. I to go bardzo zdziwiło, bo przecież tak na logikę, nie miał absolutnie żadnego powodu, by czuć jakąś nagłą i zupełnie niewytłumaczalną niechęć do kolegi z pracy. Fakt, że zazdrościł mu bujnego zarostu, ale na litość boską, nie jemu jednemu. I jakoś nigdy przez to nikogo nie znielubił.
A tu - proszę. Jakoś nie miał ochoty rozmawiać z nim u Matyldy.
Ale, co gorsza, jeszcze bardziej nie miał ochoty zostawiać go sam na sam z Kasią.
Saszka zmarszczył brwi.
- Za dwie godziny, pani major - rzucił, gdy go mijała. - Najpierw obowiązki.
Na odchodne skinął uprzejmie głową geografowi, bo przecież nie pozwoli, by jakieś tam nielubienie kogoś weszło mu w drogę.
A prowadząc Wedla przez dziedziniec usilnie starał się nie myśleć o tym, jakie to musi być straszne, gdy masz okres i krew cię zalewa.

[z/t]

avatar

PisanieTemat: Re: Droga dojazdowa   Sob Sie 19, 2017 9:01 pm

Cichocki zaśmiał się trochę później - dopiero na widok zawstydzenia i pokraśniałego lica elfa-geografa. Też coś. Kobiety miały powtarzający się miesięczny cykl menstruacyjny, mężczyźni poranną erekcję, a konie potrafiły wypróżnić się bez zatrzymywania. Tak działał świat, tak być powinno, osobiście nie widział w tym niczego żenującego czy godnego pożałowania. Ba, koniom nawet można było zazdrościć.
— Jak zrobisz minę obrażonej zołzy, to niczego nie będę musiał sobie przypominać — parsknął, klepiąc konia po szyi. W sumie nawet nie musiała, bo ostatecznie w odpowiednim kościele zadzwoniło i można by pokusić się o stwierdzenie, że coś pamiętał. Z naciskiem na "coś".
I, no dobra, czas się zawijać. Ale wolał nie precyzować, o której się pojawi dokładnie, bo Janek z reguły o czasie pojawiał się tylko na posiłkach.
— Dobra tam, wpadnę. Do zobaczenia, pysie.
Rzucił tak jeszcze na odchodne i odpowiedział skinieniem głowy geografowi. Nie wpadł na to, że ten mógłby znaleźć powody do niechęci po tych może trzech minutach. Cóż, a gdyby nawet - to z pewnością powiązałby to z wymiętym, niezapiętym do końca mundurem, bo w przeciwieństwie do Cichockiego, elf dbał o niego jak należy.

[z/t]

avatar

PisanieTemat: Re: Droga dojazdowa   Sob Wrz 02, 2017 9:13 pm

Droga, którą wcześniej przebyli zaledwie śmignięciem, teraz dłużyła się niemiłosiernie. Przede wszystkim spowalniały ich konie – wyczerpane zwierzęta ledwo zipały. Dzielnie starały się trzymać narzucony im rytm i dopasowywać kroki do swoich towarzyszy, ale co chwilę któryś łamał szyk, mylił się i sprawiał, że drewnianą trumną miotało jak szatan.
Jeźdźcy trzymali się niewiele lepiej. Elf nadal prezentował się nienagannie, ale tak naprawdę odczuwał zmęczenie spowodowane utrzymywaniem skomplikowanego czaru. Panna Zapolska, jak się zdaje, także użyła potężnej magii. W najgorszym stanie była jadąca po prawej na czele Zawisza. Po ujechaniu dwóch kilometrów niewielki oddział piechoty chyba chciał, by ustąpili im wąskiej drogi, kapralowi wystarczył jednak jeden rzut oka na panią major, by zamknąć pysk i posłusznie zepchnąć żołnierzy w krzaki.
Była blada jak całun turyński wszędzie tam, gdzie nie była akurat zakurzona lub oblepiona rdzawą w świetle zachodzącego słońca posoką. Wodze trzymała prawą ręką, lewe ramię chowała przed sobą ostrożnie, jakby było jej własnym dzieckiem. Na domiar złego, wysiłek w trakcie walki sprawił, że znów rozbolał ją brzuch – zwinęła się w siodle, licząc każdy wstrząs, kiedy kopyta Marysieńki łomotały o spękany asfalt.
Ale nadal nie traciła czujności. Część jej jaźni odruchowo mantrowała, przyglądała się otoczeniu, łowiła każdy przebłysk czerni i cienia, który mógłby wykraczać poza obszar rozsądnego „tak to tutaj może wyglądać”. Umysł zasnuty czerwoną mgiełką cierpienia wciąż poszukiwał śladu złej myśli. Była w pracy. A każda polska kobieta pracująca pracy się nie boi.
- Stać! Proszę wstrzymać konwój i okazać dokume… - zaczął strażnik.
- Ale zamknij się już – drugi, ten starszy, znowu wykazał rozsądek. Aury żołnierzy zostały zebrane. Wartownik przejechał pierścieniem skanującym nad byle jak zbitą trumną, a klejnot wówczas rozbłysnął ostrzegawczą czerwienią, na chwilę upodabniając się do prawdziwego rubinu. Chłopak zmarszczył brwi, ale skinął głową – konwój składający się z dwóch geografów, majora Służb Specjalnych i sanitariuszki wjechał do Korniejewa.
W tym momencie Janusz Cichocki potężnie ziewnął i z rozbrajającą szczerością oświadczył, że opuszcza towarzystwo, bo jest, jak sam to określił, „z kapci już wyjebany”. Dodał jeszcze, że hetmanowi raport owszem, złoży, ale sam, a panna Zapolska, jeśli chce, może go wieczorem odwiedzić na kwaterze – wówczas z kapci już na pewno wyjebany nie będzie. Powiedziawszy to, królewski geograf podkręcił wąsa i skierował swojego konia do stajni, nie zaszczyciwszy reszty bodaj „dobranoc”.
A Marysieńka zatrzymała się potulnie i schyliła łeb. Jej pani nagle zaczęła zsuwać się z konia, wprost na niedawno położony korniejewski bruk.

__________________________________
Janusz nas opuszcza, więc dodałam temu aktowi nieco finezji i blasku. Kolejność: ja > Saszka > Hanka. Możliwe, że dołączy do nas Noah.

avatar

PisanieTemat: Re: Droga dojazdowa   Sob Wrz 02, 2017 10:01 pm

Droga, którą wcześniej przebyli zaledwie śmignięciem, teraz dłużyła się niemiłosiernie. Saszka wiele razy próbował pojąć zależność między długością drogi, jaką miał do przebycia, a czynnikiem, który decydował o tym, że podróż mijała albo szybko jak z bicza strzelił, albo wręcz przeciwnie, jednak jakoś nigdy nie mógł dojść do żadnego konstruktywnego wniosku. Czasem bywało tak, że z Korniejewa do Warszawy wracało się szybko i przyjemnie, innym znów razem - jak na skazanie, mimo że koń szedł przecież w tym samym tempie. Gdyby nie był tak upośledzony emocjonalnie, może by zrozumiał, że na tę zależność spory wpływ miało tak zwane morale. Może.
A w tym przypadku morale w narodzie raczej wysokie nie było. No, a nawet jeśli nie w narodzie, to przynajmniej w Saszce.
Był nieludzko zmęczony, do tego cały czas martwił się tym cholernym soggothem. Trumna obijała się w tę i nazad, a i tak przecież nie był to najwyższej jakości wyrób rzemieślniczy. Jak na opakowanie tak ważnego ładunku, zdaniem elfa nie spełniał żadnych norm.
I jeszcze pozostawała kwestia tajemniczej "jej", o której potwór wspomniał. Elf przez całą drogę nie odzywał się - co niby nie było niczym dziwnym, jeśli wziąć pod uwagę zwyczajową małomówność porucznika - był zbyt zajęty zastanawianiem się, co soggoth miał na myśli. O ile rzeczywiście coś miał. Bo równie dobrze mogło to być tylko takie bredzenie bez sensu, byle coś mówić.
Ożywił się dopiero przy bramie. Zaniepokoiła go niefrasobliwość żołnierzy zajmujących się legitymowaniem wjeżdżających do stanicy. I choć nie miał za bardzo chęci na obsztorcowanie patrolu, to zanotował w pamięci, by wspomnieć o nieregulaminowym zachowaniu w raporcie.
Jednym z wielu, psia ich mać.
Saszka skrzywił się lekko, kiedy uświadomił sobie, ile jeszcze pracy go czeka dzisiejszego wieczoru. A skrzywił się nawet jeszcze bardziej, kiedy usłyszał pożegnanie drugiego geografa. Zerknął mimowolnie na podporucznik Zapolską, ciekaw, jak sanitariuszka zareaguje na takie niewybredne amory. Sam rzadko do kogoś smalił cholewy, więc kiedy był świadkiem tak zwanego "podrywu", to zawsze chętnie się temu przyglądał.
Nie było mu jednak dane dużo czasu na przeanalizowanie sytuacji, bo oto pani major zaczęła odpływać. Saszka nawet nie zdążył zakląć pod nosem.
Przechylił się w siodle najbardziej, jak mógł, i złapał Zawiszę za lewy nadgarstek. Wciąż miał w pamięci jak przez całą drogę starała się oszczędzać tę nieszczęsną rękę i miał nadzieję, że jej enpis może chociaż przegub dłoni oszczędził.
Trzymał ją tak, starając się, by nie zsunęła się z konia, i by on sam z własnego też się spektakularnie nie osunął.
- Podtrzymać panią major. Natychmiast! - krzyknął do wartownika. Zaparł się mocniej w strzemionach, a lewą rękę zacisnął mocno na łęku. - Pani podporucznik, proszę sprawdzić, co z nią - rzucił już łagodniej do medyczki. Kątem oka spojrzał na drugiego wartownika. - A ty co tak stoisz i się gapisz? Leć po pomoc do szpitala!

Raven, 3/4 posty odpoczynku


Ostatnio zmieniony przez Saszka dnia Nie Wrz 03, 2017 5:32 pm, w całości zmieniany 1 raz

avatar

PisanieTemat: Re: Droga dojazdowa   Nie Wrz 03, 2017 5:12 pm

Droga wydawała się być bez końca. Dłużyła się niemiłosiernie, konie były coraz to bardziej zmęczone podróżą, zwalniały, gubiły rytm… a wizja szybkiego osiągnięcia celu coraz bardziej się rozmazywała. I nie tylko wierzchowce były wyczerpane. Po opadnięciu adrenaliny, Han’lynn poczuła ogarniające jej ciało zmęczenie. Powieki miała ciężkie i resztkami silnej woli powstrzymywała się od zaśnięcia w siodle… Oprócz tego martwiła się stanem pani major i chciała być w gotowości, jakby okazało się, że potrzebna jest jej interwencja… Z ich czwórki to właśnie Zawisza była w najgorszym stanie i Hania, jako medyk, czuła się zobowiązania do pomocy kobiecie ponad wszelkie przeciwności.
Zacisnęła mocniej palce na wodzach i pośpieszyła Eter, która zwolniła, przez co został zniszczony szyk. Wiedziała, że klacz jest zmęczona, ale musiały jeszcze wytrzymać. Jeszcze odrobinę.
Oprócz stanem swoich towarzyszy, podporucznik Zapolska martwiła się również i soggothem w mizernej trumnie. Był martwy, zabezpieczony dużą ilością miedzi, a jednak miała dziwne przeczucia, że to nie koniec ich przygody z tym stworem. Sprawa tajemniczej „jej” też nie dawała spokoju, choć Hania starała się o tym aż tak intensywnie nie myśleć. Miała teraz ważniejsze rzeczy na głowie niż bredzenie soggotha.
Odetchnęła z ulgą, gdy zobaczyła bramę prowadzącą do Korniejewa, Choć zachowanie strażników ją podirytowało, aczkolwiek niczego nie powiedziała. Spojrzała jedynie na nich, a następnie wjechała za Saszką i Zawiszą.
Jakby wzrok mógłby zabijać, dwaj strażnicy byliby martwi.
Zatrzymała Eter i już miała zamiar z niej zejść, gdy usłyszała słowa pana Cichockiego. Twarz Zapolskiej była kompletnie bez żadnego wyrazu. Nim odpowiedziała, zeskoczyła leniwie z konia, by następnie się odwrócić w stronę geografa. Nie on pierwszy próbował ją „poderwać”. Żelazna Dziewica nie dała się przez czterdzieści pięć lat swojego życia, nie da się i teraz.
– Dziękuję za zaproszenie, ale muszę odmówić. Czeka mnie dzisiaj wiele pracy – powiedziała, nie siląc się nawet na „przepraszający” uśmiech. Była kompletnie nie w nastroju do amorów, nie po tym, co się wydarzyło. Z pracą też nie kłamała. Nie byłaby sobą, jakby nie zajrzała do szpitala i nie wsparła miejscowych lekarzy swoją wiedzą i umiejętnościami.
Zawisza wytrzymała naprawdę wiele podczas drogi, ale wyczerpanie organizmu dało się we znaki. Słysząc rozkaz geografa, skinęła jedynie głową na znal, że rozumie.
– I nosze! – dodała do rozkazu Saszki skierowanego do wartownika. Czasem ludzie bywali mało domyślni i przyprowadziłby lekarza, ale o noszach by nie pomyśleli. – Trzeba panią major położyć delikatnie, na ziemi – powiedziała spokojnie. Zawisza może i już odpływała, ale wolała nie ryzykować, że po użyciu prześwietlenia, zleci na ziemię, a porucznik Erkh'iaan wraz z nią.
Jak tylko Zawisza będzie bezpiecznie leżeć, Han’lynn używa na niej prześwietlenia, chcąc się dowiedzieć, jaki jest stan ogólny kobiety. Najbardziej zależy jej na ręce uszkodzonej przez enipsa, ale cholera wie, co jeszcze przy tym może wyjść.

Prześwietlenie 1/2
Tarcza nietykalności 3/3 przerwy
Błogosławione dłonie 3/3 przerwy

avatar

PisanieTemat: Re: Droga dojazdowa   Nie Wrz 03, 2017 9:46 pm

Na dziedzińcu zakotłowało się. Z garnizonu wybiegło sześciu żołnierzy w pełnym umundurowaniu – chłopcy z Dolnośląskiego Pułku Saperów, sądząc po oznaczeniach. Sprawnie oblegli trumnę, odtroczyli ją od siodeł i ostrożnie osadzili na ziemię. Współpracowali nad podziw płynnie, badając czytnikami tło fagowe wokół trumny, wyciągając karteczki z czarami lakmusowymi. Liczniki zawyły ochryple, a papier pokrył się nalotem przypominającym sadzę. W powietrzu zaroiło się od czarów sondujących, drobne wyładowania nanokadabr połyskiwały tęczowo niczym oglądany pod światło opal.
Przybył także dowódca garnizonu. Dawniej w tekstach kultury przedstawiano takich ludzi jako zażywnych cwaniaków i urzędasów, ale tutejszy dowodzący był mężczyzną szpakowatym, energicznym i szczupłym. Od razu przystąpił do wydawania poleceń.
Można było im zaufać. WAT szkolił solidnych saperów. Jeden z żołnierzy odwrócił się od grupki i wysłuchał kilku zdań skróconego raportu, zamienił kilka słów z dowódcą garnizonu, a potem zwrócił się do Saszki:
- Jeżeli tak wygląda sprawa, pani major miała rację, każąc zabierać go do Warszawy – przyznał. – My go możemy tylko zabezpieczyć i ekranować. Noc spędzi w bunkrze. Dobrze byłoby, gdyby był jakiś elf z Zakonu Łabędzia.
- Czy on nie żyje? – spytał dowódca.
- Nie wiem, szczerze mówiąc – odparł żołnierz, poprawiając beret. – Może być równie dobrze martwy i żywy, ale to musieliby zbadać w Warszawie na sorterze złocząstek typu schroedingerowskiego… - urwał, widząc, jak mężczyźni marszczą brwi.
- Poruczniku Sadlewski, proszę po zakończeniu procedur stawić się w moim gabinecie – powiedział dowódca. – Pan także, poruczniku Erkh’iaan – dodał, gdy elfa wreszcie uwolniono od ciężaru omdlewającej kobiety.
Major Majchrowska zaczęła zsuwać się z siodła, w ostatniej chwili dwie pary męskich rąk złapały ją i bezpiecznie położyły na progu. Moc panny Zapolskiej pozwoliła jej w jednym momencie ujrzeć, co było spaprane. Lewe ramię nosiło kilka dość głębokich ran sięgających zarówno mięśnia naramiennego i dwugłowego, jak i tricepsa. Pazury ominęły ważniejsze naczynia krwionośne i nerwy, ale pozostawiły w ranach okruchy magii – prześwietlone rany jarzyły się słabym blaskiem nanokadabr zaogniających stan zapalny. Choć minęło kilka godzin, rozcięcia nadal słabo krwawiły. Innych obrażeń nie było, jeśli nie liczyć złuszczającego się endometrium.
Od strony garnizonu nadbiegło kilka innych osób, tym razem sanitariusze z noszami. Ostrożnie przełożono na nie nieprzytomną kobietę. Jeden z sanitariuszy zerknął pytająco na Zapolską, najwidoczniej uznając, że to jej dyspozycje odnośnie zdrowia Zawiszy będą traktowane priorytetowo.

avatar

PisanieTemat: Re: Droga dojazdowa   Nie Wrz 03, 2017 10:24 pm

Czy soggoth rzeczywiście nie żył?
To było bardzo dobre pytanie, na które Saszka życzyłby sobie znać odpowiedź. Bez wątpienia zaoszczędziłoby to kłopotów i zmartwień nie tylko jemu, ale też wszystkim wokół. Niestety, elf ani nie był specem od badań nad przekształconymi fagami ludźmi, ani nie miał przy sobie sortera złocząstek typu schroedingerowskiego.
Porucznik życzyłby sobie także cofnąć czas. Przynajmniej do momentu, kiedy mieli wyjeżdżać ze Stojanowic. Gdyby znał przebieg wypadków, zmusiłby Kasię do poddania się oględzinom zdolnej pani doktor, nawet jeśli musiałby do tego rzeczywiście użyć siły. Zaufał, że Zawisza potrafi o siebie zadbać jak przystało na kogoś o stopniu majora, i teraz tego żałował.
Ale bardziej, niż żałował, to zwyczajnie się martwił.
Zsunął się z siodła. Wedel zarżał niemrawo, Saszka poklepał go po szyi szepcąc coś uspokajająco. Dzień pełen wrażeń także dla ciebie, co? - pomyślał.
- Tak jest, panie podpułkowniku - odpowiedział dowódcy, odruchowo mu salutując i trzaskając obcasami.
Saszka okrążył cały ich podjazd i przystanął obok podporucznik Zapolskiej. W szarych oczach elfa widać było zmęczenie. Uważny obserwator zauważyłby też lekkie napięcie spowodowane niepokojem elfa.
- Czy wszystko będzie z nią w porządku? - zapytał półelfkę. - Proszę mnie informować co z nią. Albo gdybym mógł się do czegoś przydać. Teraz... Teraz muszę się zająć obowiązkami.
A kiedy usłyszał odpowiedź, skierował się w stronę dowódcy garnizonu, powierzając jeszcze po drodze ich konie opiece stajennego.


Raven, 4/4 posty odpoczynku

avatar

PisanieTemat: Re: Droga dojazdowa   Nie Wrz 03, 2017 10:51 pm

Zapolska również chciała znać odpowiedź na te pytania. Nie miała dotychczas do czynienia aż tak bezpośrednio ze soggothami. Zwykle zajmowała się tym, co po sobie zostawiły na ciałach wojskowych i cywili. Choć trzeba przyznać, że im bardziej „poznawała” te stworzenia, tym bardziej była ciekawa… czy jest jakakolwiek możliwość odwrócenia działania balgorskiej magii i czy kiedykolwiek mogłyby wrócić do bycia człowiekiem. Na razie nie znała odpowiedzi na to pytanie… ale kto wie, jak to będzie za kilkanaście lat? Nauka się rozwijała, ludzie robili wszystko co w ich mocy. Nie bez powodu taszczyli te truchło aż do Stojaniewic, prawda?
Martwiła się. Stanem pani major, ale też ludnością cywilną w wiosce. Czy zastosują się do jej poleceń i pójdą do lekarza? Mogli przecież zostać zakażeni fagami… Tyle pytań, żadnych odpowiedzi. Była zmęczona i najchętniej po prostu poszłaby spać. Ale jeszcze nie teraz. Odpowiadała za zdrowie Zawiszy, więc dopóki nie będzie mieć pewności, że wszystko będzie z nią dobrze.
Ze spokojem prześwietlała ciało pani major, patrząc na rany spowodowane przez enipsa. Uszkodzone mięśnie nie były niczym dobrym, ale z dwojga złego lepsze to niżeli uszkodzone nerwy  czy też naczynia krwionośne. Tyle jej starczyło, jeżeli chodzi o wiedzę. Przerwała prześwietlanie, by niemal od razu poczuć napad bólu głowy, a do kącika oczu półelfki napłynęły łzy. Efekty uboczne magii, przywykła.
Spojrzała na Saszkę, ocierając przy tym łzy.
– Ma dwie rany sięgające mięśnia naramiennego, dwugłowego i tricepsa. Są naznaczone nanokadabrami, wciąż delikatnie krwawią. Całe szczęście nerwy i naczynia krwionośne są całe. Proszę się nie martwić. Będzie miała rękę jak nową. – Uśmiechnęła się delikatnie do elfa, by po raz kolejny otrzeć słone krople napływające do oczu. Następnie spojrzała na sanitariusza. – Potrzebuję osobnego pomieszczenia, izolatki, bez żadnych innych rannych – powiedziała. Musiała mieć pełen spokój przed zabiegiem. Żadnych krzyczących z bólu żołnierzy. Po prostu ona sama i Zawisza.

Prześwietlenie 2/2
Ból głowy, łzawienie (efekty uboczne prześwietlenia) 1/3

avatar

PisanieTemat: Re: Droga dojazdowa   Pon Wrz 04, 2017 10:34 pm

- Może pan pomóc, poruczniku. Wręcz tego właśnie od pana oczekuję.
Dowódca garnizonu skinął głową i odszedł. Z oddali widać było, że mężczyzna, choć idzie szparko, lekko kuleje. Życie na Kresach Zachodnich zapewne go nie rozpieszczało.
Tymczasem Han’lynn zdążyła przyjrzeć się ranom nieprzytomnej Zawiszy i zrozumieć ich naturę. Na jej znak sanitariusze dźwignęli nosze i ruszyli w kierunku garnizonu, dbając, by iść równo i nie trzęść. Jeden zadbał, by zabrać miecze Zawiszy – najwidoczniej dobrze znano tutaj panią major i jej stosunek do broni.
- Dobrze się pani czuje? – zapytał jeden z żołnierzy, niepewnie wyciągając w stronę półelfki wymiętą paczuszkę chusteczek higieniczny. Gest bez znaczenia, ale niezwykle miły. Chłopak nie mógł wiedzieć, że dolegliwości kobiety to nie tylko efekt zmęczenia, ale skutek uboczny jej czaru.
Han’lynn zachwiała się i upadłaby, gdyby jej nie podtrzymał.
- Pani także powinna się udać do infirmerii – powiedział. – W charakterze pacjenta.
Zerknął na odchodzącego elfa, jakby obawiając się, że ten też zemdleje. Na Zachodnich Kresach życie nie rozpieszczało nikogo. Tutaj widywano nawet piękne elfy padające bez przytomności w błoto.

__________________________
z/t x 3
Saszka -> gabinet dowódcy garnizonu
Hanka, Zawisza -> infirmeria

Sponsored content

PisanieTemat: Re: Droga dojazdowa   


 
Droga dojazdowa
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Droga do Hogsmeade
» Droga obok lasu
» Droga Królewska
» Droga z Magnolii do Shirotsume
» Główna droga

Skocz do: