Szybkie Menu

Róg Namysłowskiej i Karola Darwina
Saash'Khaar Erkh'iaan
Saash'Khaar Erkh'iaan
Róg Namysłowskiej i Karola Darwina Empty

PisanieTemat: Róg Namysłowskiej i Karola Darwina   Róg Namysłowskiej i Karola Darwina EmptySro Lis 07, 2018 8:21 pm

Róg Namysłowskiej i Karola Darwina JWlxf3E

Proch
Proch
Róg Namysłowskiej i Karola Darwina Empty

PisanieTemat: Re: Róg Namysłowskiej i Karola Darwina   Róg Namysłowskiej i Karola Darwina EmptySro Lis 07, 2018 9:15 pm

Spoiler:
 

Witomysł w skupieniu przygotowywał kanapki swoim dzieciom. Na blacie leżała drewniana deska do krojenia, na niej składniki pod postacią chudej polędwicy, wczorajszych pomidorów, szczypiorku, cebulki, odrobiny soli, odrobiny pieprzu. Fundamentem na mięso, warzywa, zioła i przyprawy okazał się chleb żytni, również wczorajszy, zakupiony w pobliskiej piekarni. Od znajomego sprzedawcy, zaufanego sprzedawcy. Prochowski był w stanie wymienić imiona i nazwiska także kobiety z warzywniaka, mężczyzny z mięsnego i swojej teściowej od szczypiorku - chociaż o tej ostatniej personie chciałby Proch zapomnieć. Obok deski leżała również szklanka wypełniona cieczą, trzysta pięćdziesiąt mililitrów alkoholu na niecałe dwadzieścia mililitrów wody pod postacią kostki lodu. Dokładnie czterdzieści centymetrów od szklanicy leżała również popielniczka, na której oparty był zapalony papieros. Dokładnie za dwadzieścia pięć sekund Prochowski zamierzał sięgnął po peta i zaciągnąć dym wprost do swoich płuc. Wszystko przebiegało zgodnie z planem.
Element chaosu wkradł się do rutyny Procha. Mężczyzna otrzymał niespodziewaną wiadomość od komendanta. Wiadomość zmuszającą do wybicia się z ustalonej rutyny dnia. Zaburzony porządek zrodził konsekwencje - przygotowanie kanapek opóźniło się o trzy minut, sięgnięcie po drinka spóźniło się o cztery minuty, natomiast papieros zdążył się sam wypalić.
- Hm, niefortunny zbieg okoliczności - mruknął pod nosem Witomysł.
Rodzic zaniósł kolację dzieciom, wytłumaczył sprawę żonie, ucałował rodzinę, przywdział kapelusz oraz płaszcz, wyszedł z domu, wkroczył na warszawskie ulice.
Porucznik nosił na głowie swój najstarszy kapelusz. Pod długim, ciemnym płaszczem ukrywał się zestaw garniturowy składający się z szarej marynarki i kamizelki. Błękitny krawat zaciskał kołnierz wyprasowanej koszuli. Miast pantofli, śledczy założył wypastowane buty jeździeckie. Całokształt eleganckiej prezencji zaburzała torba, natomiast w niej znajdował się zeszyt o formacie a4 oraz zestaw ołówków. W wewnętrznej kieszeni marynarki ukryta została książeczka wojskowa, natomiast w kieszeni płaszcza portfel.
Witomysł, wykorzystawszy usługi komunikacji miejskiej, pierw udał się po wyposażenie pod postacią broni i zaklęć. Następnie wyruszył na róg Namysłowskieji Karola Darwina. Przeczuwał, że problem morderstwa został po części rozwiązany. Przeczuwał, że ktoś musiał porozmawiać ze sprawcą i wyciągnąć od niego informacje. Domyślał się, że należało precyzyjniej zbadać miejsce zbrodni oraz odnaleźć wszelkie poszlaki.
Dotarłszy na miejsce, Witomysł rozejrzałby się za oddziałami policji. Jeżeli odnalazłby je, udałby tam w celu porozmawiania w dowódcą funkcjonariuszy. Mowa ciała Procha była wyjątkowo sztywna, poważna, ewidentnie niezgrabna. Spięty wyraz twarzy mógłby sugerować zdenerwowanie żołnierza, lecz spojrzenie jego oczów był wyjątkowo spokojny. Spojrzenie kogoś, kto przyzwyczaił się do obserwowania wykwitów zepsucia rasy ludzkiej.
Był gotowy.

Mistrz Gry
Mistrz Gry
Róg Namysłowskiej i Karola Darwina Empty

PisanieTemat: Re: Róg Namysłowskiej i Karola Darwina   Róg Namysłowskiej i Karola Darwina EmptySro Lis 07, 2018 9:47 pm

Ulica, przy której mieściło się blokowisko, była zablokowana pojazdami wszelkiego rodzaju służb. Mimo że latarnie nie stały tu gęsto, a do tego działała może co druga, wszystko było doskonale oświetlone. Pobliski chodnik, ściany budynków i drzewa zdawały się zimne, biało-niebieskie w świetle policyjnych lamp.
Od grupy rozprawiających o czymś po cichu funkcjonariuszy odłączył się średniego wzrostu mężczyzna. Mundur miał już lekko wysłużony, ale schludnie wyglądający. Uprany, uprasowany, starannie zapięty na ostatni guzik. Wynik działań albo pedantycznej duszy, albo kochającej małżonki.
- Młodszy inspektor Zarębski - przedstawił się krótko detektywowi. - Czekaliśmy na pana.
Po tym wstępie nastąpiła krótka cisza. Mężczyzna nie wiedział, jak przejść dalej do rzeczy.
Albo po prostu nie chciał i starał się odwlec wszystko w czasie.
Za drugą opcją przemawiał fakt, że z bramy do kamienicy, zaklejonej taśmą policyjną, właśnie wyłonił się jeden z policjantów. Blady jak ściana, słaniając się na nogach, odszedł na trawnik i zwymiotował.
Cholerny żółtodziób. Przynajmniej nie zanieczyścił miejsca zbrodni.
Zarębski odkaszlnął.
- Technicy skończyli już pracę, ale jeszcze niczego nie sprzątnęliśmy. Może pan iść... na górę - powiedział sucho. Miał wrażenie, że dzisiaj nie zaśnie. A już na pewno nie bez porządnego ginu. Potarł dłonią twarz i zamrugał. - Ale ostrzegam. To nie będzie przyjemny widok.
Cholera, mógł być nawet nieporządny gin. Zwykły sikacz. Byle dużo.
- Świadek... To znaczy... Podejrzany... - kontynuował policjant. Znów odkaszlnął. - Nie byliśmy w stanie nic wydobyć z pana Łuszczyka. Jeden z lekarzy mówił, że to szok. Drugi twierdził, że katatonia. Nie wiem. Proszę... Proszę się tym zająć. - Zarębski wykonał nieokreślony gest ręką. - To pan tu jest detektywem.


Miejsce zbrodni znajduje się na ostatnim - czwartym - piętrze kamienicy. Policja zebrała zeznania "świadków", ale tak naprawdę nikt nic nie widział. Sąsiedzi zgodnie twierdzą, że Łuszczyk był dobrym człowiekiem. Na miejscu jatki znajduje się dwóch policjantów, pilnujących, by nikt nieproszony nie wszedł do środka. Wszyscy zebrani funkcjonariusze niechętnie mówią o zdarzeniu, ale zapytani o konkretne rzeczy, na pewno udzielą informacji. Może zobaczenie wszystkiego na własne oczy coś wyjaśni.

Proch
Proch
Róg Namysłowskiej i Karola Darwina Empty

PisanieTemat: Re: Róg Namysłowskiej i Karola Darwina   Róg Namysłowskiej i Karola Darwina EmptySro Lis 07, 2018 10:32 pm

- Porucznik Witomysł Prochowski, służba wywiadu królewskiej mości - przedstawił się młodszemu inspektorowi beznamiętnym tonem.
Żołnierz zamienił się w słuch. Słuchał i obserwował Zarębskiego, jakby śledził trybik w dobrze pracującej maszynerii. Detektyw nie rozmawiał z człowiekiem, obcował z maszyną wykonującą polecenia systemu królestwa polskiego. Obudowa pod postacią imienia, munduru, ciała i krwi przekazywała dalsze informacje, a zważywszy na jakość komunikatu dobiegającego z aparatu mowy, funkcjonalność jednostki była niesatysfakcjonująca.
Natomiast ważnym do zapamiętania była reakcja policjanta, który zwymiotował na ziemię. Proch, patrząc na tego biedaka, już nie spodziewał się widoku istnej masakry - on już o tym wiedział.
- Zajmę się tym - stwierdził po chwili bez cienia wątpliwości - Udam się teraz na miejsce zbrodni. Później będę miał do was pytania - dokończył zimnym tonem.
Poprawiając kołnierz płaszcza, członek wywiadu polskiego udał się do centrum tragedii. Nim jednak wkroczył do klatki kamienicy, zerknął na policjanta cierpiącego na dolegliwości żołądkowe. Proch postanowił zapamiętać twarz tego człowieka. Później porucznik wszedł do budynku. Ostrożnie pokonał stopnie prowadzące na czwarte piętro, gdyż wykorzystywał swoje umiejętności śledcze, aby zbadać samą klatkę schodową. Być może tutaj także znajdowały się wskazówki? Obecność wartowników na ostatnim piętrze potwierdziła lokalizację wydarzenia. Detektyw zwrócił uwagę policjantów następującymi słowami:
- Nazywam się Witomysł Prochowski, porucznik wywiadu polskiego. Przysyła mnie Zarębski. Panowie, wpuście mnie do środka.
Po zamienieniu kilku słów z funkcjonariuszami, Witomysł wszedłby do środka i rozpocząłby procedury śledcze.

Mistrz Gry
Mistrz Gry
Róg Namysłowskiej i Karola Darwina Empty

PisanieTemat: Re: Róg Namysłowskiej i Karola Darwina   Róg Namysłowskiej i Karola Darwina EmptySro Lis 07, 2018 11:12 pm

Klatka schodowa niczym nie wyróżniała się od innych tego typu miejsc na Pradze. Śmierdziało tam kocim moczem i nie mogły tego faktu zmienić nawet stare, nieszczelne okna zamontowane na każdym półpiętrze. Ściany były upstrzone napisami tak, że nie dało się odgadnąć ich pierwotnego koloru. Zarówno prawdziwe graffiti, jak i nieprzystojne teksty wypisane długopisem i markerem przeplatały się z wyżłobionymi kluczem albo scyzorykiem literami.
Wspaniałe miejsce, by w nim zamieszkać.
Im wyżej Prochowski wchodził, tym bardziej mógł wyczuć smród jatki.
Jeden z funkcjonariuszy sprawdził dokumenty detektywa. Z nic niemówiącą miną odsunął się i podciągnął kawałek taśmy do góry, by przepuścić porucznika.
W środku śmierdziało rzeźnią. Odór odchodów mieszał się z przytłaczającym, metalicznym zapachem krwi. A ponad tym wszystkim - zapach surowych hamburgerów. Każdy, kto pracował w dochodzeniówce wystarczająco długo, dobrze wiedział, co ten zapach oznacza.
Ciało ludzkie zredukowane do roli mięsa.
Drugi funkcjonariusz podał Prochowskiemu odzież ochronną, taką, jaką zakłada się w szpitalu, oraz garść lateksowych rękawiczek. Bynajmniej nie po to, by detektyw nie zanieczyścił miejsca zbrodni. Przecież technicy już swoje odbębnili. Powoli zastygająca krew chlupotała porucznikowi pod wypastowanymi butami jeździeckimi.
Kolejna rzecz, o jakiej się nie mówi w tych wszystkich przedwojennych serialach o rozwiązywaniu kryminalnych zagadek. Kiedy wypatroszysz człowieka, daje to pięć litrów krwi. Kiedy zrobisz to samo z czwórką ludzi... A przecież ta cała ciecz musi gdzieś być. To jakby wylać kilka wiader wody na podłogę.
- Proszę uważać, Prochowski - ostrzegł drugi funkcjonariusz. Wyglądał na niezbyt zadowolonego z faktu, że musi tutaj być. - Na miejscu zbrodni jest ślisko. Proszę przejść przez przedpokój. Tam jest... Tam są pokoje.

Na końcu korytarza znajduje się pokój "dzienny". Kanapa, stół, krzesła, telewizor. Porozrzucane zabawki. Na podłodze w czerwonej kałuży - zadźgana kobieta z brzuchem wskazującym na trzeci trymestr ciąży. Obok niej - chłopiec, na oko pięcioletni. W przedpokoju, po prawej stronie, znajdują się również zamknięte drzwi do pokoju "dziecinnego".

Proch
Proch
Róg Namysłowskiej i Karola Darwina Empty

PisanieTemat: Re: Róg Namysłowskiej i Karola Darwina   Róg Namysłowskiej i Karola Darwina EmptyPią Lis 09, 2018 9:05 pm

Witomysł Prochowski przyjrzał się strażnikowi, który sprawdzał jego dokumenty. Detektywa zainteresowały oczy funkcjonariusza, jego spojrzenie było wyjątkowo mętne, niezabarwione niczym szczególnym. Widocznym było jak na dłoni, że ta konkretna robota policjantów odciśnie na nich piętno. Powinni dumnie reprezentować swoje stanowisko, z uśmiechem na ustach czynić swoje powinności, a po powrocie do domu uścisnąć swoje żony i opowiedzieć im o wspaniałym dniu w służbie prawa polskiego. Prawda była inna, zbyt oczywista i prosta, aby ją tak po prostu zaakceptować. Panowie z policji zostali skażeni widokiem okrucieństwa wychodzącego poza przyjęte normy postępowania człowieka. Ich powrót do domu zwiastować będzie smutek, natomiast interakcje z rodziną będą miały za cel odwrócenie uwagi od wspomnień. Miast służyć prawu, odsłużyli złu - policjanci stali się tykającymi bombami. Jeżeli nie uporządkują swych myśli, nie odnajdą światła w sercu, pochłonie ich mrok. Pozostała kwestia czasu - dni, tygodnie, miesiące. Prochowski do nich powróci.
Detektyw, zanim wszedł do środka mieszkania, powitał go odór zmasakrowanych ciał. Ohydny zapach wwiercał się w nozdrza, przemocą wdarł się do żołądka, przekręcił kichy niczym palce przestawiające wskazówki zegara. Odruch wymiotny, pomimo doświadczenia Procha, rychło go dopadł. Jedynie wysoka samokontrola uratowała śledczego od zabarwienia podłogi wymiocinami. Blada karnacja wywiadowcy stała się teraz biała jak kości - rumieńcie na policzkach zanikły, czoło i kark zalały się potem, ramiona spięły się jak sprężyny.
- Dziękuję - wyszeptał z ledwością detektyw, gdy przekazano mu odzież ochronną.
Prochowski zdjął kapelusz i płaszcz, swój strój oddał policjantowi na przechowanie. Mężczyzna zaczerpnął powietrza przez usta, tlenem wypełnianie płuca gwałtownie się powiększyły. Ból dał o sobie znać na plecach. Wydech. Żołnierz ponownie zaczerpnął powietrza, uspokajał się. Przyzwyczajał. Jego oczy przypominały odbicie pustki, bowiem blask na dobre opuścił wejrzenie, odstępując mrokowi. Coś umarło w detektywie - na dobre.
Proch, założywszy podarowaną mu odzież, przekroczył próg mieszkania. Rozpoczął śledztwo na korytarzu. Wykorzystując swoje umiejętności, przeszukiwał pierwsze pomieszczenie. Gdy Prochowski postawił stopę w pokoju dziennym, zacisnął zęby. Widok zmasakrowanej kobiety wewnętrznie go poruszył, mimowolnie przekształcił widziany obraz ofiary na podobiznę własnej żony. Znów zaczerpnął powietrza. Zamknął oczy. Na długo, dobre trzydzieści odbić serca. Kiedy Witomysł otworzył powieki, wmówił sobie, że widział wyłącznie mięso - nic innego. Odebrał człowieczeństwo temu, co ujrzał, aby nie oszaleć. Rozpoczął swoje procedury, postanowił zbadać pokój dzienny wraz z zamordowanymi. Najważniejszym zadaniem było ustalenie, jakiej broni konkretnie użyto do popełnienia zbrodni. Jakie ślady nosiły ciała poza oczywistymi ranami kłutymi? Czy z pokoju znajdowały się rzeczy ułatwiające ustalenie tożsamości ofiar? Dokumenty? Czy ofiary były na coś chore? Jeśli tak, czy w pokoju znajdowały się leki, recepty, zaświadczenia? Czy ofiary posiadały przedmioty szczególne? Symboliczne medaliki, symbole religijne, tatuaże na matce pozwalające określić jej poglądy? Czy na meblach znajdowały się uszkodzenia czy ślady ułatwiające odtworzenia sceny morderstwa? Czy ofiary walczyły? Proch posiadał wiele pytań i szukałby odpowiedzi.  
Ciemność, mająca swe źródło w sercu, zalała gałki oczne. Magia natchnęła ciało detektywa, a jego czarne oczy wejrzały w pokój dzienny, aby wykryć i zidentyfikować aury zasiane w tym pomieszczeniu. Prochowski, wtulając się w towarzyszące mu uczucie zepsucia, zamierzał zasmakować tych aur. Jakie intencje zapamiętały? Jaki posiadały charakter? Jakie przedmioty emanowały najbardziej? Jaką pieśń nuciły? A przede wszystkim - jakie emocje poddane były entropii? Bowiem wkrótce świat pochłonie aury, a fakt ich istnienia zastąpi cień zawodnej pamięci.
Po długim czasie przeszukiwania pokoju dziennego, detektyw postanowił wejść do pokoju dziecięcego.

Spoiler:
 

Mistrz Gry
Mistrz Gry
Róg Namysłowskiej i Karola Darwina Empty

PisanieTemat: Re: Róg Namysłowskiej i Karola Darwina   Róg Namysłowskiej i Karola Darwina EmptyPią Lis 09, 2018 10:51 pm

Tego dnia coś umarło we wszystkich funkcjonariuszach dochodzeniówki, którzy pełnili służbę na Pradze. Większość z nich widziała już wiele naprawdę paskudnych miejsc zbrodni. Kleszcze nie oszczędzały nikogo. Jednak żaden z nich nie widział dotąd poczwórnego - a może nawet i pięciokrotnego - morderstwa w warunkach absolutnie domowych.
Mieszkanie było typową mieszanką stylów, na jaką w tych czasach mogła sobie pozwolić niezbyt zamożna rodzina. Meblościanka ze sklejki, pamiętająca być może nawet zamierzchłe czasy peerelu, przyozdobiona była białymi serwetkami, zapewne własnoręcznie wyszydełkowanymi przez samą panią domu czy jej teściową. Na półkach wysłużony radioodbiornik i cała masa bibelotów: ulepiona z masy solnej i krzywo pomalowana (prawdopodobnie przez najstarszą latorośl) biedronka, wazon, który całkiem umiejętnie udawał, że jest z kryształu, ludziki z żołędzi i zapałek. Cała masa nikomu niepotrzebnego śmiecia, która i tak jakimś znanym tylko sobie sposobem zawsze ląduje w widocznym miejscu. W szufladach bielizna i proszki: dla niej witaminy dla ciężarnych, dla niego apap na ból głowy. Jakaś latarka bez baterii, mały pluszowy miś z dziurą na brzuszku. Na dobrą sprawę nic przydatnego dla śledczych. Na samym środku pokoju, na podłodze, leżał wysłużony dywanik. Niewielki, okrągły i teraz aż czarny od wsiąkającej weń krwi. Na nim zaś stały cztery sosnowe krzesła - jedno z zupełnie innego kompletu - oraz przykryty białym obrusikiem stół. Prosty, solidny, sosnowy. Widać, że porządna robota.
Kawałek dalej znajdowała się postrzępiona na bokach kanapa, nieśmiało przytulona do ściany, na której wisiały oprawione zdjęcia. Uśmiechnięci pan i pani Łuszczyk - on w garniturze, ona cała w bieli i z bukietem stokrotek w dłoni. Zmęczona pani Łuszczyk z podkrążonymi oczami, najpewniej jeszcze na szpitalnym łóżku, trzymająca w objęciach małe zawiniątko. Mały chłopczyk na huśtawce. Mały chłopczyk na kolanach starszej pani. Pan Łuszczyk z ogromnie zdziwioną miną i niemowlakiem na każdej z rąk.
Każdy, kto chciał zachować wszystkie zmysły, odwracał wzrok od widoku pomalowanych na biało ramek ze zdjęciami.
A ponieważ w pokoju nie było wiele więcej do zobaczenia, może poza starym, dużym telewizorem, nadchodził czas na przyjrzenie się temu.
Bo każdy, kto chciał zachować względny spokój ducha, nie myślał o ofiarach jak o ludziach, a jedynie jak o rzeczach. O ciałach. O tym.
Mniejsze ciało leżało na plecach. Na szyi widać było ciętą ranę zadaną nożem - technicy twierdzili, że tym samym, którym pan domu zaczął spożywać kolację, wciąż jeszcze znajdującą się na stole - tępym, zdecydowanie nie przeznaczonym do krojenia żywego mięsa. Innych śladów nie było, co sugerowało, że poderżnięte gardło stanowiło pierwszą i ostatnią próbę zadania śmierci. Twarz chłopca zastygła w wyrazie niedowierzania.
Ciało numer dwa to już była zupełnie inna para kaloszy.
Kobieta leżała skulona na boku, z rękoma oplatającymi wielki brzuch, jakby próbowała za wszelką cenę go ochronić. Nie dało się jej odgiąć nawet palca u dłoni - stężenie pośmiertne nastąpiło niemal natychmiast; widomy znak, że denatka wykonywała gwałtowne ruchy w chwili zgonu. Całe jej ciało było pocięte i pokaleczone, a pomiary ran wskazywały, że i w tym przypadku narzędziem zbrodni był ten nieszczęsny nóż, którym pan Łuszczyk jeszcze nie tak dawno odkrajał sobie kawałki wędzonej makreli. Twarz ofiary była tak skatowana, że stanowiła jedną krwawą miazgę. Koroner z góry zapowiedział, że albo Zarębski załatwi mu wgląd do kartoteki dentystycznej, albo ma sobie szukać kogoś innego do tej roboty.
W rogu pokoju leżał płód.
Zakrwawiony i wciąż połączony pępowiną ze swoją matką.
Ktoś bardziej przytomny chciał przykryć go czymś, choćby i workiem na zwłoki. Zarębski nie pozwolił. Wszystko miało czekać na detektywa ze służb wywiadu.
Więc czekało. Czekało, aż Prochowski dokładnie wszystko obejrzy. Czekało, aż spojrzy na nie tak, jak tylko Witomysł to potrafił. Jak wtedy, gdy jego oczy pochłaniała nieustępliwa czerń, potrafiąca odkryć przed porucznikiem rzeczy innym umysłom niedostępne.
Uszy detektywa zalała symfonia strachu, bólu i przemocy. Zmasakrowane ciało matki i żony wibrowało fioletem i czerwienią, wołając o pomstę do nieba, o sprawiedliwość, o ukojenie. Nad nim unosiła się granatowa chmura. Patrzenie na nią wywoływało psychiczne cierpienie. Proszę, nie, nie, nie. Im bardziej Prochowski próbował na nią patrzeć, tym bardziej zmysły płatały mu figle. Dopiero po dłuższej chwili był w stanie zdać sobie sprawę, że odchodzi od niej sieć migoczących na granatowo linek. Proszę, Adamie. Adasiu. Tylko nie dzieci. Oplatały ciała ofiar jak misterne węzły kinbaku i ciągnęły się aż do pozostawionej na stole wędzonej ryby. Jedna z granatowych nici prowadziła do pokoju dziecinnego.
Tam trop się urywał.
Małe ciała leżały na podłodze, lśniąc neonową zielenią. Zdezorientowane, przerażone, płaczące. Proszę, nie. Bliźnięta nawet nie wiedziały, co się dzieje. Odeszły szybko i prawie bez bólu. Sieć granatowych pasm była na nich zdecydowanie rzadsza.
A ponad tym wszystkim unosił się Żal.
Lodowato niebieski, pachnący miętą, nieskończony Żal. Żal, który dławił gardło swoją siłą i wmuszał na język smak gorzki niby piołun. I w tym momencie Witomysł musiał zdać sobie sprawę z jednej rzeczy: cokolwiek kierowało Łuszczykiem, odeszło, gdy tylko mężczyzna wypełnił swoje zadanie.

Proch
Proch
Róg Namysłowskiej i Karola Darwina Empty

PisanieTemat: Re: Róg Namysłowskiej i Karola Darwina   Róg Namysłowskiej i Karola Darwina EmptyWto Lis 13, 2018 1:54 am

Spoiler:
 
Detektyw Prochowski nie lubił przeżywać aur.
Rzeczywistość stała się wszechogarniającym mrokiem, pierwotnym pożeraczem wszelkich istnień - wszak nic, co Bóg stworzył, nie mogło istnieć w absolutnej ciemności. Była ona zimna, cicha, bezkresna. Nie pusta. Pustka była przestrzenią, którą dało się pomierzyć, określić, oszacować. Człowiek w mroku nigdy nie czuł pustki, jak gdyby wydobywała ona z człowieka wszystko to, co przypominałoby mu o świetle. Samotność, strach, tęsknotę, panikę, zdenerwowanie, wątpliwości, być może ból. Człowiek, który odczułby pustkę w mroku, niechybnie zmierzałby ku ostatecznej tajemnicy.
Świadectwo śmierci zatrzymały emanujące aury. Jedyne one przyciągały zmysły detektywa w mroku. Ich melodia wystawiała psychikę śledczego na próbę, zgniatając żalem bijące, ludzkie serce. Aura otulająca ciało zapachniała krwią, gniewem, fizycznym bólem. Dopełniona fioletową bezsilnością niema doprowadziła Prochowskiego do płaczu. Granatowe połączenia zaprowadziły żołnierza do pokoju dziecinnego.
Żal i mięta odcisnęły  swoje piętno na duszy Procha. Kiedy przekroczył próg pokoju bliźniąt, upadł gwałtownie na kolana. Jego serce i ciało trwały w wewnętrznym spokoju, więc dlaczego oczy zapłakały?

Spoiler:
 

Witomysł Prochowski opuścił aurowizję, ponieważ wiedział, że osiągnął swój limit. Dalsze obcowanie z duchami przeszłości doprowadziłoby go do szaleństwa. Raz jeszcze wziął głęboki oddech. Drugi. Trzeci.
Powstał na równe nogi, zerknął na swoje odzienie ochronne. Cieszył się, że je posiadał - inaczej zapaskudziłby sobie garnitur. Odrobina humoru była istnym lekarstwem na panującą tutaj beznadzieję. Mężczyzna wyciągnął ze swojej torby zeszyt oraz ołówek. Zaczął sporządzać notatkę osobistą.

Spoiler:
 

Przelanie myśli na papier nieco ukoiło strudzone nerwy detektywa. Racjonalne myślenie, poszukiwanie związków przyczynowo-skutkowych ułatwiało doprowadzenie się do porządku.
Oficer zamierzał zbadać ciała bliźniaków oraz sam pokój. Czy zostały one zamordowane za pomocą tego samego noża? Dlaczego odeszły bez bólu? Zostały uszkodzone ich najważniejsze punkty witalne? Szyja? Czy w samym pokoju były uwidocznione dodatkowe poszlaki? Być może technicy coś oznaczyli. Nawet jeśli panowie nie uczynili tego, Prochowski postanowił zbadać na własną rękę pomieszczenie, a dzięki nagromadzonemu przez lata doświadczeniu i kompetencjach, być może zdołałby coś odnaleźć.
Po zakończonych oględzinach udałby się do pozostałych pokojów. Cel poszukiwań był istotny: subiektywne określenie stanu zamożności rodziny. Próba odgadnięcia stylu życia pana Łuszczyka, jego zainteresowań, śladów pozostawionych w tym domu. Być może coś zwiastowało narodziny mordercy? Proch przeczuwał, że podejrzany działał pod wpływem impulsu oraz sił, które zawładnęły jego umysł. Niemniej - warto byłoby się upewnić.
Później detektyw opuściłby mieszkanie. Stwierdził jedno.
Nabył obrzydzenia do mięty.

Mistrz Gry
Mistrz Gry
Róg Namysłowskiej i Karola Darwina Empty

PisanieTemat: Re: Róg Namysłowskiej i Karola Darwina   Róg Namysłowskiej i Karola Darwina EmptyWto Lis 13, 2018 9:23 pm

Funkcjonariusz, który podał Prochowskiemu odzież ochronną, nie podszedł do detektywa, żeby zapytać, czy coś się stało albo czy mu przypadkiem nie pomóc. Każdy, kto tu wszedł, reagował w inny sposób. A w świecie twardych gliniarzy, zwłaszcza z tego konkretnego wydziału, pewnych rzeczy się nie robiło. Po pierwsze, nie rzygało się na miejscu zbrodni. Ani w jego okolicach. Jeśli ci się jednak zdarzyło - miałeś przesrane na wiele długich miesięcy, o ile nawet nie lat. Mogłeś być pewien, że dobroduszni koledzy nie pozwolą ci o tym zdarzeniu zapomnieć.
Po drugie zaś - należało nie zauważyć, jeśli kolega po fachu płakał. Należało odwrócić wzrok i udawać, że wszystko jest w porządku. Nie dopytywać.
Prochowski znany był w środowisku ze swojej skuteczności, wielokrotnie rozwiązywał sprawy, które w innych rękach dawno już stanęły w martwym punkcie, dlatego policjant, mimo że osobiście spotkał Witomysła po raz pierwszy, postanowił postąpić z nim jak z jednym ze "swoich". Odwrócił się w drugą stronę, udając, że pasiasty wzór tapety w przedpokoju strasznie go fascynuje. Zresztą, zaraz i tak odezwała się jego krótkofalówka, trzeszcząc przeraźliwie, i z odbiornika dobiegł zniekształcony głos dyspozytorki, kierujący wszystkie patrole w okolicy do kościoła znajdującego się ledwie kilka ulic dalej. Mężczyzna tylko westchnął głośno. Zastanowił się przelotnie, czy starcie z potencjalnym kleszczem nie byłoby znacznie mniej dołujące, niż pilnowanie tego całego majdanu.
- Cała Praga dziś powariowała, jak Boga kocham - skwitował pod nosem.
W pokoju dziecinnym było jednocześnie i mniej, i bardziej makabrycznie, niż w poprzednim pomieszczeniu. Mniej - bo nie trzeba było brodzić w kałużach krwi, a z kąta nie spozierał na ciebie z wyrzutem siny, zakrwawiony noworodek.
Bardziej natomiast, ponieważ już na pierwszy rzut oka było widać, że to sypialnia małych dzieci.
Ściany pomalowane były na jasnoniebieski kolor, który ładnie komponował się z bladoszarą wykładziną. Z białych półek i regału spoglądały pluszowe misie, drewniane klocki, kilka małych samochodzików, zaczytane - zapewne przez poprzednie pokolenia - książeczki z bajkami, jeszcze więcej ludzików z żołędzi i zapałek. Na meblach i suficie poprzyklejano gwiazdki, starannie wycięte ze sreberek po czekoladzie. Na wprost drzwi stały stołeczek i małe, dziecinne biurko. Na jego blacie leżał niemal w całości zapełniony dziecinnymi bazgrołami blok rysunkowy i kilka kredek. Za oknem suszyło się pranie.
Po prawej stronie biurka stał pościelony do snu tapczan. W sam raz dla pięcioletniego chłopca. Natomiast po lewej znajdowało się duże łóżeczko ze szczebelkami.
Gorzkie, pachnące miętą łóżeczko.
Bliźnięta wyglądały jakby spały. O ile przymknęło się oko na fakt, że obie tłuściutkie szyje chłopców przecinają grube, ciemnoczerwone linie. Prawie cała krew zdążyła już wsiąknąć w pościel i materac, gdzieniegdzie tylko pojedyncze jej krople skapywały na podłogę. Technicy byli zdania, że chłopcy zostali zabici we śnie i że w gruncie rzeczy mieli tu najwięcej szczęścia. Czy mieli rację - miał ocenić później koroner. Ślady na ich maleńkich ciałkach odpowiadały jednak temu znalezionemu na pięciolatku.
Nie było wiele więcej do zobaczenia w mieszkaniu. Pokój dzienny służył jednocześnie za bawialnię, jadalnię i sypialnię rodziców. Już samo to świadczyło, że rodzina nie była zamożna. W niewielkiej łazience przylegającej do pokoju dziecinnego brakowało umywalki; była natomiast wanna, sedes, kilka półek i niewielkich rozmiarów lustro. Kuchnia też nie robiła dużego wrażenia. Była wąska, długa i dość ciemna - okna z tej strony wychodziły na kolejną, zdecydowanie zbyt blisko postawioną kamienicę. Nadrabiała przytulnością i schludnością. Pani Łuszczyk, choć nie miała wielkich funduszy do dyspozycji, dbała nie tylko o porządek w domu, ale też i o to, by każdy czuł się w nim jak najlepiej.
Zwłaszcza ciężko pracujący w fabryce pan domu.


Proch
Proch
Róg Namysłowskiej i Karola Darwina Empty

PisanieTemat: Re: Róg Namysłowskiej i Karola Darwina   Róg Namysłowskiej i Karola Darwina EmptyNie Lis 25, 2018 9:26 pm

Oględziny samego domu nie przyniosły dodatkowych przesłanek, które wzbogaciłyby bagaż posiadanych wskazówek. Prochowski wiele zobaczył, jednakże trudno było mu ustalić konkretny motyw przestępcy. Zamiast tego w głowie detektywa powstały dwie hipotezy. Pierwsza - najbardziej prawdopodobna - dotyczyła kleszcza. Pan Łuszczyk był nosicielem pasożyta, a jego przebudzenie spowodowało masakrę. Adam, stawszy się marionetką mocy najeźdźców z innego świata, popełnił morderstwa wbrew swojej woli, a po zakończeniu zbrodni kleszcz opuścił go. Śledczemu jednak nie pasowała ta teoria, przeczuwał, że nie posiadał wszystkich elementów układanki, aby scalić je w pełny obraz. Gdyby to była sprawka kleszcza, zapewne funkcjonariusze szybko uporaliby się z robotą. Zatem hipoteza druga - realnym mordercą mógłby się okazać „sprawca X ”. Nieznana persona, zdolna przejąć kontrolę nad człowiekiem, posłużyła się Adamem do zrealizowania swego celu. Brzmiało to niedorzecznie, niemniej w dobie obecnego fenomenu magii trzeba było uwzględnić taki scenariusz. Jeżeli okazałaby się on prawdą, sprawa skomplikowałaby się do takiego stopnia, iże śledztwo wymagałoby zaangażowanych dodatkowych agentów.
Witomysł opuścił mieszkanie. Jego bladą twarz krzywił grymas niezadowolenia, podkrążone oczy zdradzały zirytowanie, na skroni uwypuklone żyłki pulsowały pod skórą. Agent, spokojną pracą rąk, pozbywał się odzienia ochronnego, zerkając na policjanta, który niedawno skomentował na głos otrzymają wiadomość drogą radiową.
- Co się dzieje? - zapytał oschłym tonem.
Wziąwszy swój płaszcz i kapelusz, odziawszy się, detektyw wyciągnął paczkę papierosów. Mechanicznym ruchem palca wskazującego oraz kciuka wyciągnął peta, zęby zacisnęły się na białym filtrze. Proch jeszcze nie odpalił papierowego zawiniątka, utrzymywał w lewej dłoni zapalniczkę.
Usłyszawszy - bądź nie - informacje od policjanta, żołnierz skinięciem głowy pożegnał się z panami. Udał się do Zarębskiego. Gdy stopa detektywa opuściła klatkę kamienicy, ogień zapalniczki podpalił bibułę z tanim tytoniem. Dym śmierdział nałogową biedą - idealny do zabicia posmaku mięty, który nadal gnębił oficera.
Zachciało się Prochowskiemu zwilżyć gardło setką Żubrówki, ale na tę przyjemność musiał jeszcze poczekać.
- Inspektorze Zarębski - Proch zaczepił mężczyznę - Obejrzałem miejsce zbrodni, mam parę pytań. - Powiedział prosto z mostu, a potem spróbował poczęstować inspektora papierosem.
- Proszę mi dokładnie opisać zachowanie Adama Łuszczyka, w chwili zatrzymania go. Chcę wiedzieć, jak reagował i co mówił zanim zaczęliście zadawać pytania. Po drugie, proszę mi powiedzieć, gdzie obecnie znajduje się podejrzany. Po trzecie, czy lekarze nadal tutaj przebywają? Muszę z nimi porozmawiać.
Witomysł, słuchając odpowiedzi inspektora, zerknął na zgromadzonych przed kamienicą. Postanowił wykorzystać kolejny raz magię. Przeczucie podpowiadało mu, że należało w tej chwili ocenić psycholinki obecnych ludzi.
Tęczówki detektywa zmieniły barwę na jasnoniebieską, w mgnieniu oka materializowały się w rzeczywistości połączenia międzyludzkie, jakby istniały tam od zawsze. Zimne oczy Witomysła Prochowskiego poczęły je badać.

Spoiler:
 

Mistrz Gry
Mistrz Gry
Róg Namysłowskiej i Karola Darwina Empty

PisanieTemat: Re: Róg Namysłowskiej i Karola Darwina   Róg Namysłowskiej i Karola Darwina EmptyWto Lis 27, 2018 2:43 am

Policjant usłużnie przytrzymał przed Prochowskim niebieski worek na odpady, na którego dnie leżało kilka ubrudzonych zakrzepłą krwią rękawiczek. Niby technicy odbębnili już swoje, ale lepiej było zapobiegać rujnowaniu miejsca zbrodni śmieciami, niż później tłumaczyć się z tego na setkach formularzy.
- Ech, szkoda gadać - odparł funkcjonariusz. - Cała Praga dziś powariowała. - Powtórzył się i przestąpił z nogi na nogę. Stanowczo tkwił w tym przygnębiającym miejscu już zbyt długo. - Kilka przecznic stąd ktoś odpalił bombę suicydalną. Ma pan pojęcie? Jak, do jasnej cholery, komuś udało się w ogóle przemycić coś takiego, naprawdę - dawał upust niedowierzaniu, lekko podnosząc głos. W pewnym sensie miał do tego prawo. Coś takiego w samym sercu Rzeczpospolitej było wydarzeniem niecodziennym i co najmniej niepokojącym. - A teraz jeszcze chyba jakiś kleszcz w kościele na Jagiellońskiej. W samym środku mszy! - zdenerwował się. Fakt, że atak kleszcza miał miejsce w trakcie nabożeństwa, zdawał się wstrząsać funkcjonariuszem najbardziej.
Mężczyzna pokręcił głową z rezygnacją.
- Powariowali, jak Boga kocham - dodał jeszcze, patrząc tęsknie na trzymanego przez detektywa papierosa.
Tłum gapiów na dworze wyraźnie zmalał, ograniczając się do kilku najbardziej ciekawskich sąsiadów. Policjanci zdążyli już przesłuchać wszystkich potencjalnych świadków, spisać zeznania i odsiać ludzi przydatnych od tych, którzy chcieli tylko nacieszyć się uwagą policji. Efekty były jednak dość mizerne. Nikt niczego nie widział. Sąsiadka z mieszkania naprzeciwko Łuszczyków była w pracy. Tylko sąsiadka z dołu, starsza pani w ciasno upiętym koczku, "coś słyszała". Jakieś krzyki. Myślała, że Łuszczyk się awanturuje i zawiadomiła funkcjonariuszy.
Zarębski stał oparty o ścianę bloku. Uważnie przepatrywał twarze ludzi naokoło, a na widok Prochowskiego skinął mężczyźnie głową.
- Tak myślałem, że będzie miał pan pytania, detektywie.
Inspektor podziękował za papierosa, tłumacząc odmowę tym, że niedawno rzucił. Żona kazała. Wiek już nie ten, ciśnienie za wysokie i w ogóle. Następnie pokierował ich w stronę ambulansu. Snop niebieskiego światła omiótł wymiętą twarz mężczyzny, nadając jej jeszcze bardziej zmęczonego wyrazu. Zmęczenie chyba tylko częściowo było czysto fizyczne.
Prochowski dowiedział się, że do mieszkania Łuszczyków pojechało dwóch policjantów, Mosiecki i Wyłga. Ot, zwykły patrol ściągnięty z okolicy do awantury rodzinnej, jakich na Pradze nie mało. Na ich nawoływania nikt nie odpowiadał, więc zgodnie stwierdzili, że pewnie kłótnia małżeńska się skończyła, a razem z nią - powód interwencji. Wyłdze jednak coś nie pasowało. Chwilę jeszcze postali na klatce schodowej, zapukali kilka razy. I wtedy to poczuł.
Smród odchodów.
Wtedy już nie było żartów. Panowie wezwali posiłki i wyłamali zamek w drzwiach, co, mając na uwadze lichość materiału, z jakiego by zrobiony, nie było specjalnie trudne. W małym pokoju znaleźli Łuszczyka. Klęczał przed łóżkiem, zaciskając zakrwawione dłonie na szczebelkach łóżeczka, a obok niego leżał ten nieszczęsny nóż kuchenny. Łuszczyk cały czas mamrotał pod nosem "przepraszam, przepraszam, przepraszam". Kiedy policjanci mierzyli do niego z broni, nawet na nich nie patrzył. Niewidzące spojrzenie utkwione było w ciałach chłopców. Dopiero gdy powalili go na ziemię i skuli, mężczyzna obdarzył ich swoją uwagą.
- Powiedział: "ryba psuje się od głowy", Prochowski. Mówi to panu coś? Mnie też nie - westchnął inspektor. Uniósł dłoń do ust, jakby chciał zaciągnąć się niewidzialnym papierosem; w połowie tego gestu zdał sobie jednak sprawę, co robi, i schował rękę do kieszeni. Stare nawyki ciężko wyplenić. - I od tego czasu nic. Siedzi, tak jak go lekarze posadzili. Nic nie mówi, nic nie robi, nie rzuca się. Nawet nie patrzy na nikogo. Któryś z doktorków świecił mu tą taką latareczką po oczach, też nic. Warzywko. Ale fizycznie nic mu nie dolega. Zabierzemy go na dołek. - Inspektor znów westchnął. - Może pan do niego zajrzeć, oczywiście. Ale nie wydaje mi się, żeby to coś dało.
Inspektor miał dobre przeczucie. Cokolwiek się działo teraz z Adamem Ł. - szok czy katatonia - w tej chwili nikt nie byłby w stanie do niego dotrzeć.
Prochowski mógł jednak dotrzeć do innych źródeł.
Spojrzenie jasnoniebieskich oczu przeskakiwało po misternie utkanych linkach sieci międzyludzkich relacji. Niektóre łączyły się z osobami tuż obok, było też kilka świeżych, prowadzących wprost do funkcjonariuszy policji. Inne z kolei - ciągnęły się gdzieś daleko w Warszawę, a może nawet i poza nią. Była nawet jedna ogniście czerwona, wskazująca na gorący romans między sąsiadami. Oboje mieli małżonków. I to nie z małżonkami łączyła ich szkarłatna nić.
W natłoku informacji łatwo mogła umknąć jedna mała linka u niskiej dwudziestokilkulatki.
Granatowa, wiła się na wysokości serca i kiedy spojrzało się na nią wprost, zdawało się, że jej nie ma. Trzeba było dopiero przymrużyć oczy, albo zerknąć pod odpowiednim kątem, żeby okazało się, że jednak jest. Już samo to było dość dziwne. Ale, kto wie, może to po prostu sprytny kleszcz?
Inna sprawa, że linka nie prowadziła od kobiety do żadnego człowieka.

Proch
Proch
Róg Namysłowskiej i Karola Darwina Empty

PisanieTemat: Re: Róg Namysłowskiej i Karola Darwina   Róg Namysłowskiej i Karola Darwina EmptyWto Lis 27, 2018 6:30 pm

Witomysł Prochowski słuchał inspektora, przy jednoczesnym obserwowaniu podejrzanej kobiety. Podzielność uwagi była absolutnie niezbędną cechą w polskim wywiadzie, wyćwiczona koncentracja umożliwiała wyłapywanie przydatnych informacji podczas rozmowy. Umysł Prochowskiego nie był tak sprawny jak kiedyś - niezmącony regularnym spożywaniem tanich papierosów, podrzędnym alkoholem i zrzędzeniem ukochanej kobiety.
Wielokrotne obcowanie z dantejskimi scenami wystawiały zdrowy rozsądek na próbę, a Proch był już zmęczony użeraniem się ze przejawami ludzkiego bestialstwa, potwierdzającymi niedoskonałość człowieczego psyche. W mniemaniu detektywa każdy człowiek udawał jedynie dobrą duszę - bo musiał. Bez sztywnych norm moralnych, prawa i oczekiwań w stosunku do innych, ludzkość okazałaby swą prawdziwą naturę: krwiożerczą, zwierzęcą, diabelską. Wyglądało na to, że właśnie dzisiaj nastąpiło swoiste przebudzenie zła. Wydarzenia na Pradze nie mogły być jedynie przypadkiem, w istocie było to konspiracją przeciw polskiej koronie i polskiemu porządkowi. Zwierzęta wyzwolone z cywilizacyjnych okowów poczęły gryźć, a wytresowane psy pokroju Procha musiały ogarnąć ten burdel.
- Nie zabierzecie go na dołek - nagle wtrącił Witomysł. Jego ton stał się twardy, bezwzględny. - Sprawa Adama Łuszczyka podlega teraz pod jurysdykcją wojskową, panie inspektorze. - Prochowski spojrzał wprost w oczy Zarębskiego. Jasnoniebieskie ślepia żołnierza obserwowały funkcjonariusza z nieukrywaną wyższością, zupełnie tak, jakby wilk spoglądał na owcę.
- Pan Łuszczyk dalej stanowi zagrożenie. Panie Zarębski, niech każe pan lekarzom zaaplikowanie podejrzanemu silnych środków uspokajających. Skujcie go i nieustannie obserwujcie do czasu, aż pojawią się przedstawiciele wywiadu. Teraz się z nimi skontaktuję, odbiorą pana Łuszczyka i zabiorą go w stosowniejsze miejsce od komisariatu policji. - Agent przedstawił polecenia rozkazującym głosem, a potem odwrócił się plecami do inspektora.
- Jego królewska mość z całą pewnością to doceni.
Pozostała jeszcze jedna sprawa - podejrzana dwudziestolatka. Prochowski musiał się jej lepiej przyjrzeć, ignorowanie takich jednostek byłoby przejawem głupoty. Postanowił ją zaczepić. Po drodze mężczyzna wyciągnął kolejnego papierosa, ale nie odpalił go.
- Przepraszam panią - odezwał się neutralnie. - Czy posiada pani zapalniczkę? - zapytał udawanym, miłym dla ucha głosem.
W momencie zadania pytania, detektyw zmienił pozycję. Zamierzał stanąć na drodze dziewczyny, aby móc przyjrzeć się jej twarzy. Dystans pomiędzy nimi dzieliła połowa metra.

Spoiler:
 

Mistrz Gry
Mistrz Gry
Róg Namysłowskiej i Karola Darwina Empty

PisanieTemat: Re: Róg Namysłowskiej i Karola Darwina   Róg Namysłowskiej i Karola Darwina EmptyCzw Lis 29, 2018 1:37 am

Oczy inspektora zwęziły się w wąskie szparki na tak obcesowe traktowanie ze strony detektywa. O ile policjant do tej pory miał Prochowskiego za człowieka może nieco zimnego w obejściu, ale za to bardzo rzeczowego i profesjonalnego, o tyle teraz zdawał się całkowicie zmienić zdanie wyrobione w tak krótki sposób. Wyprostował się i niemal strzelił obcasami. Niemal.
- Tak jest, panie poruczniku - odpowiedział chłodno i odprowadził mężczyznę nie do końca przyjaznym wzrokiem. I tylko Bóg raczył wiedzieć, czy zmiana zdania była jedynie reakcją na protekcjonalny ton, czy może funkcjonariusza z równowagi wyprowadziła nagła metamorfoza oczu detektywa. Prochowski mógł być pewien tylko jednego: jeśli przyjdzie mu jeszcze raz pracować z Zarębskim, ten może się już nie okazać tak skory do współpracy.
Dziewczyna drgnęła lekko. Przez chwilę wyglądała na przestraszoną niespodziewanym zjawieniem się kogoś tuż przed nią. Do tej pory przyglądała się policjantom w mundurach. Zamrugała kilka razy i uśmiechnęła się.
Ładnie się uśmiechała. Z dołeczkami w policzkach.
- Nie, przykro mi - odpowiedziała smutniejąc nieco. Chyba była jedną z tych niemożliwie uprzejmych, empatycznych osób, którym szkoda nawet zabijać muchę czy komara. Albo była strasznie fałszywa. Któż to raczy wiedzieć. - Nie palę. - Wyjaśniła i przygryzła wargę. - I pan też nie powinien, to niezdrowe. Ale pewnie pan to wie, na pewno wszyscy to powtarzają, przepraszam - dodała jeszcze szybko.
Teraz, gdy Prochowski stał tak blisko dziewczyny, nie mógł już dostrzec niepokojącej nici oplatającej serce. Trochę jak z obrazem impresjonistycznym: żeby dostrzec całość, musisz się trochę oddalić. Spojrzeć szerzej.
A kiedy spojrzało się szerzej na dziewczynę, w oko wpadało kilka rzeczy, poza takimi oczywistościami, jak całkiem niezła figura i zgrabne kostki.
Przede wszystkim, była ubrana bardzo skromnie. Nie w ten nie-mam-pieniędzy-więc-ubieram-cokolwiek sposób, nie. Biała koszula z wykrochmalonym kołnierzykiem, zielony sweterek w jakimś takim mało konkretnym odcieniu, który na nikim nie wyglądałby dobrze, i brązowa ołówkowa spódnica za kolano. Grube rajstopy i brązowe, starannie wypastowane trzewiki. Całości obrazu dopełniała zawieszona na rzemyku drewniana tauka i całkowity brak makijażu.

Proch
Proch
Róg Namysłowskiej i Karola Darwina Empty

PisanieTemat: Re: Róg Namysłowskiej i Karola Darwina   Róg Namysłowskiej i Karola Darwina EmptySob Gru 01, 2018 7:38 am

Spoiler:
 

Gdyby tylko Witomysł był innym facetem, w innych okolicznościach, potraktowałby pogawędkę z napotkaną dziewczyną jako dobrą okazję do wyskoczenia na herbatę. Uśmiechnąłby się do niej ładnie, ukazując zęby białe jak perły, i powiedziałby coś miłego - w tonie subtelnego flirtu. Później wziąłby kobietę pod ramię, poprowadziłby ją ulicami stolicy, popisałby się znajomością miasta. Zupełnie przypadkiem skręciliby w alejkę z kwiaciarnią, a niby zaskoczony Proch kupiłby towarzyszce żółte tulipany.
W tym pięknym świecie "co by było gdyby", przystojny żołnierz spoglądałby na młódkę spojrzeniem czystym, dobrym, skupionym. Jakby na chwilę odebrałby Bogu sposobność widzenia materii w jej prawdziwej postaci i obdarzyłby wybrankę wzrokiem znającym jej istotę w pełni. Zrozumieniem przekraczającym rozum człowieka, który odwoływał się do czegoś głęboko skrywanego w ludziach...
Papieros upadł na ziemię, zaś chwilę później zabrudzona krwią oraz błotem podeszwa go zgniotła.
Zaklęte magią wejrzenie detektywa obserwowało istotę młodej kobiety - analitycznie, z dystansem. Tu i teraz pies wywiadu polskiego zwietrzył wilka w owczej skórze. Tu i teraz nie było uśmiechów, ładnych słówek i tulipanów. Był pierdolony chłód.
Aura nieprzeniknionego zimna otulająca oficera, sprawiała, że nie patrzył na kobietę w poprawny sposób. Jego wzrok przyciągały krągłości oraz wypuklenia pod materiałem sugerujące obecność ukrywanej broni. Brak makijażu ułatwiał wykrywanie ruchów mimicznych, zatem przewidywanie emocji obserwowanej.
Krzyż zaniepokoił Procha w irracjonalny sposób. Mężczyzna odniósł wrażenie, że drewniany symbol religijny miał pokręcony związek ze słowami młodszego inspektora: "ryba psuje się od głowy".
- Cóż - zaczął Witomysł suchym głosem. Gdy mówił, złapał palcami za rondo kapelusza, aby w następnej chwili nieco zniżyć głowę, jakby w celu niemego przywitania. - Teraz na pewno nie zapalę - ciągnął dalej niby zrezygnowanym głosem. Coraz trudniej wychodziło mu udawanie emocji i wcielenie ich w wygłaszaną mowę. Wypływały na powierzchnię nawyki komunikacyjne detektywa.
- Wygląda pani na nietutejszą, musiała pani przyjechać niedawno do stolicy? Macie tutaj kogoś bliskiego? - zadał bezpośrednie pytanie. Kobieta nadal nie posiadała żadnych psycholinków, co było podejrzane. Witomysł zamierzał wybadać jej reakcje.
Zadający pytania mężczyzna ustawił się niepełnym bokiem do rozmówczyni. Nie chciał być wystawiony jak na talerzu. Przeczuwał, że w tym niepozornym ciałku skrywa się jakaś cholernie niebezpieczna tajemnica.

Spoiler:
 

Sponsored content
Róg Namysłowskiej i Karola Darwina Empty

PisanieTemat: Re: Róg Namysłowskiej i Karola Darwina   Róg Namysłowskiej i Karola Darwina Empty


 
Róg Namysłowskiej i Karola Darwina
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Skocz do: