Szybkie Menu

Róg Namysłowskiej i Karola Darwina
avatar

PisanieTemat: Róg Namysłowskiej i Karola Darwina   Sro Lis 07, 2018 8:21 pm


avatar

PisanieTemat: Re: Róg Namysłowskiej i Karola Darwina   Sro Lis 07, 2018 9:15 pm

Spoiler:
 

Witomysł w skupieniu przygotowywał kanapki swoim dzieciom. Na blacie leżała drewniana deska do krojenia, na niej składniki pod postacią chudej polędwicy, wczorajszych pomidorów, szczypiorku, cebulki, odrobiny soli, odrobiny pieprzu. Fundamentem na mięso, warzywa, zioła i przyprawy okazał się chleb żytni, również wczorajszy, zakupiony w pobliskiej piekarni. Od znajomego sprzedawcy, zaufanego sprzedawcy. Prochowski był w stanie wymienić imiona i nazwiska także kobiety z warzywniaka, mężczyzny z mięsnego i swojej teściowej od szczypiorku - chociaż o tej ostatniej personie chciałby Proch zapomnieć. Obok deski leżała również szklanka wypełniona cieczą, trzysta pięćdziesiąt mililitrów alkoholu na niecałe dwadzieścia mililitrów wody pod postacią kostki lodu. Dokładnie czterdzieści centymetrów od szklanicy leżała również popielniczka, na której oparty był zapalony papieros. Dokładnie za dwadzieścia pięć sekund Prochowski zamierzał sięgnął po peta i zaciągnąć dym wprost do swoich płuc. Wszystko przebiegało zgodnie z planem.
Element chaosu wkradł się do rutyny Procha. Mężczyzna otrzymał niespodziewaną wiadomość od komendanta. Wiadomość zmuszającą do wybicia się z ustalonej rutyny dnia. Zaburzony porządek zrodził konsekwencje - przygotowanie kanapek opóźniło się o trzy minut, sięgnięcie po drinka spóźniło się o cztery minuty, natomiast papieros zdążył się sam wypalić.
- Hm, niefortunny zbieg okoliczności - mruknął pod nosem Witomysł.
Rodzic zaniósł kolację dzieciom, wytłumaczył sprawę żonie, ucałował rodzinę, przywdział kapelusz oraz płaszcz, wyszedł z domu, wkroczył na warszawskie ulice.
Porucznik nosił na głowie swój najstarszy kapelusz. Pod długim, ciemnym płaszczem ukrywał się zestaw garniturowy składający się z szarej marynarki i kamizelki. Błękitny krawat zaciskał kołnierz wyprasowanej koszuli. Miast pantofli, śledczy założył wypastowane buty jeździeckie. Całokształt eleganckiej prezencji zaburzała torba, natomiast w niej znajdował się zeszyt o formacie a4 oraz zestaw ołówków. W wewnętrznej kieszeni marynarki ukryta została książeczka wojskowa, natomiast w kieszeni płaszcza portfel.
Witomysł, wykorzystawszy usługi komunikacji miejskiej, pierw udał się po wyposażenie pod postacią broni i zaklęć. Następnie wyruszył na róg Namysłowskieji Karola Darwina. Przeczuwał, że problem morderstwa został po części rozwiązany. Przeczuwał, że ktoś musiał porozmawiać ze sprawcą i wyciągnąć od niego informacje. Domyślał się, że należało precyzyjniej zbadać miejsce zbrodni oraz odnaleźć wszelkie poszlaki.
Dotarłszy na miejsce, Witomysł rozejrzałby się za oddziałami policji. Jeżeli odnalazłby je, udałby tam w celu porozmawiania w dowódcą funkcjonariuszy. Mowa ciała Procha była wyjątkowo sztywna, poważna, ewidentnie niezgrabna. Spięty wyraz twarzy mógłby sugerować zdenerwowanie żołnierza, lecz spojrzenie jego oczów był wyjątkowo spokojny. Spojrzenie kogoś, kto przyzwyczaił się do obserwowania wykwitów zepsucia rasy ludzkiej.
Był gotowy.

avatar

PisanieTemat: Re: Róg Namysłowskiej i Karola Darwina   Sro Lis 07, 2018 9:47 pm

Ulica, przy której mieściło się blokowisko, była zablokowana pojazdami wszelkiego rodzaju służb. Mimo że latarnie nie stały tu gęsto, a do tego działała może co druga, wszystko było doskonale oświetlone. Pobliski chodnik, ściany budynków i drzewa zdawały się zimne, biało-niebieskie w świetle policyjnych lamp.
Od grupy rozprawiających o czymś po cichu funkcjonariuszy odłączył się średniego wzrostu mężczyzna. Mundur miał już lekko wysłużony, ale schludnie wyglądający. Uprany, uprasowany, starannie zapięty na ostatni guzik. Wynik działań albo pedantycznej duszy, albo kochającej małżonki.
- Młodszy inspektor Zarębski - przedstawił się krótko detektywowi. - Czekaliśmy na pana.
Po tym wstępie nastąpiła krótka cisza. Mężczyzna nie wiedział, jak przejść dalej do rzeczy.
Albo po prostu nie chciał i starał się odwlec wszystko w czasie.
Za drugą opcją przemawiał fakt, że z bramy do kamienicy, zaklejonej taśmą policyjną, właśnie wyłonił się jeden z policjantów. Blady jak ściana, słaniając się na nogach, odszedł na trawnik i zwymiotował.
Cholerny żółtodziób. Przynajmniej nie zanieczyścił miejsca zbrodni.
Zarębski odkaszlnął.
- Technicy skończyli już pracę, ale jeszcze niczego nie sprzątnęliśmy. Może pan iść... na górę - powiedział sucho. Miał wrażenie, że dzisiaj nie zaśnie. A już na pewno nie bez porządnego ginu. Potarł dłonią twarz i zamrugał. - Ale ostrzegam. To nie będzie przyjemny widok.
Cholera, mógł być nawet nieporządny gin. Zwykły sikacz. Byle dużo.
- Świadek... To znaczy... Podejrzany... - kontynuował policjant. Znów odkaszlnął. - Nie byliśmy w stanie nic wydobyć z pana Łuszczyka. Jeden z lekarzy mówił, że to szok. Drugi twierdził, że katatonia. Nie wiem. Proszę... Proszę się tym zająć. - Zarębski wykonał nieokreślony gest ręką. - To pan tu jest detektywem.


Miejsce zbrodni znajduje się na ostatnim - czwartym - piętrze kamienicy. Policja zebrała zeznania "świadków", ale tak naprawdę nikt nic nie widział. Sąsiedzi zgodnie twierdzą, że Łuszczyk był dobrym człowiekiem. Na miejscu jatki znajduje się dwóch policjantów, pilnujących, by nikt nieproszony nie wszedł do środka. Wszyscy zebrani funkcjonariusze niechętnie mówią o zdarzeniu, ale zapytani o konkretne rzeczy, na pewno udzielą informacji. Może zobaczenie wszystkiego na własne oczy coś wyjaśni.

avatar

PisanieTemat: Re: Róg Namysłowskiej i Karola Darwina   Sro Lis 07, 2018 10:32 pm

- Porucznik Witomysł Prochowski, służba wywiadu królewskiej mości - przedstawił się młodszemu inspektorowi beznamiętnym tonem.
Żołnierz zamienił się w słuch. Słuchał i obserwował Zarębskiego, jakby śledził trybik w dobrze pracującej maszynerii. Detektyw nie rozmawiał z człowiekiem, obcował z maszyną wykonującą polecenia systemu królestwa polskiego. Obudowa pod postacią imienia, munduru, ciała i krwi przekazywała dalsze informacje, a zważywszy na jakość komunikatu dobiegającego z aparatu mowy, funkcjonalność jednostki była niesatysfakcjonująca.
Natomiast ważnym do zapamiętania była reakcja policjanta, który zwymiotował na ziemię. Proch, patrząc na tego biedaka, już nie spodziewał się widoku istnej masakry - on już o tym wiedział.
- Zajmę się tym - stwierdził po chwili bez cienia wątpliwości - Udam się teraz na miejsce zbrodni. Później będę miał do was pytania - dokończył zimnym tonem.
Poprawiając kołnierz płaszcza, członek wywiadu polskiego udał się do centrum tragedii. Nim jednak wkroczył do klatki kamienicy, zerknął na policjanta cierpiącego na dolegliwości żołądkowe. Proch postanowił zapamiętać twarz tego człowieka. Później porucznik wszedł do budynku. Ostrożnie pokonał stopnie prowadzące na czwarte piętro, gdyż wykorzystywał swoje umiejętności śledcze, aby zbadać samą klatkę schodową. Być może tutaj także znajdowały się wskazówki? Obecność wartowników na ostatnim piętrze potwierdziła lokalizację wydarzenia. Detektyw zwrócił uwagę policjantów następującymi słowami:
- Nazywam się Witomysł Prochowski, porucznik wywiadu polskiego. Przysyła mnie Zarębski. Panowie, wpuście mnie do środka.
Po zamienieniu kilku słów z funkcjonariuszami, Witomysł wszedłby do środka i rozpocząłby procedury śledcze.

avatar

PisanieTemat: Re: Róg Namysłowskiej i Karola Darwina   Sro Lis 07, 2018 11:12 pm

Klatka schodowa niczym nie wyróżniała się od innych tego typu miejsc na Pradze. Śmierdziało tam kocim moczem i nie mogły tego faktu zmienić nawet stare, nieszczelne okna zamontowane na każdym półpiętrze. Ściany były upstrzone napisami tak, że nie dało się odgadnąć ich pierwotnego koloru. Zarówno prawdziwe graffiti, jak i nieprzystojne teksty wypisane długopisem i markerem przeplatały się z wyżłobionymi kluczem albo scyzorykiem literami.
Wspaniałe miejsce, by w nim zamieszkać.
Im wyżej Prochowski wchodził, tym bardziej mógł wyczuć smród jatki.
Jeden z funkcjonariuszy sprawdził dokumenty detektywa. Z nic niemówiącą miną odsunął się i podciągnął kawałek taśmy do góry, by przepuścić porucznika.
W środku śmierdziało rzeźnią. Odór odchodów mieszał się z przytłaczającym, metalicznym zapachem krwi. A ponad tym wszystkim - zapach surowych hamburgerów. Każdy, kto pracował w dochodzeniówce wystarczająco długo, dobrze wiedział, co ten zapach oznacza.
Ciało ludzkie zredukowane do roli mięsa.
Drugi funkcjonariusz podał Prochowskiemu odzież ochronną, taką, jaką zakłada się w szpitalu, oraz garść lateksowych rękawiczek. Bynajmniej nie po to, by detektyw nie zanieczyścił miejsca zbrodni. Przecież technicy już swoje odbębnili. Powoli zastygająca krew chlupotała porucznikowi pod wypastowanymi butami jeździeckimi.
Kolejna rzecz, o jakiej się nie mówi w tych wszystkich przedwojennych serialach o rozwiązywaniu kryminalnych zagadek. Kiedy wypatroszysz człowieka, daje to pięć litrów krwi. Kiedy zrobisz to samo z czwórką ludzi... A przecież ta cała ciecz musi gdzieś być. To jakby wylać kilka wiader wody na podłogę.
- Proszę uważać, Prochowski - ostrzegł drugi funkcjonariusz. Wyglądał na niezbyt zadowolonego z faktu, że musi tutaj być. - Na miejscu zbrodni jest ślisko. Proszę przejść przez przedpokój. Tam jest... Tam są pokoje.

Na końcu korytarza znajduje się pokój "dzienny". Kanapa, stół, krzesła, telewizor. Porozrzucane zabawki. Na podłodze w czerwonej kałuży - zadźgana kobieta z brzuchem wskazującym na trzeci trymestr ciąży. Obok niej - chłopiec, na oko pięcioletni. W przedpokoju, po prawej stronie, znajdują się również zamknięte drzwi do pokoju "dziecinnego".

avatar

PisanieTemat: Re: Róg Namysłowskiej i Karola Darwina   Pią Lis 09, 2018 9:05 pm

Witomysł Prochowski przyjrzał się strażnikowi, który sprawdzał jego dokumenty. Detektywa zainteresowały oczy funkcjonariusza, jego spojrzenie było wyjątkowo mętne, niezabarwione niczym szczególnym. Widocznym było jak na dłoni, że ta konkretna robota policjantów odciśnie na nich piętno. Powinni dumnie reprezentować swoje stanowisko, z uśmiechem na ustach czynić swoje powinności, a po powrocie do domu uścisnąć swoje żony i opowiedzieć im o wspaniałym dniu w służbie prawa polskiego. Prawda była inna, zbyt oczywista i prosta, aby ją tak po prostu zaakceptować. Panowie z policji zostali skażeni widokiem okrucieństwa wychodzącego poza przyjęte normy postępowania człowieka. Ich powrót do domu zwiastować będzie smutek, natomiast interakcje z rodziną będą miały za cel odwrócenie uwagi od wspomnień. Miast służyć prawu, odsłużyli złu - policjanci stali się tykającymi bombami. Jeżeli nie uporządkują swych myśli, nie odnajdą światła w sercu, pochłonie ich mrok. Pozostała kwestia czasu - dni, tygodnie, miesiące. Prochowski do nich powróci.
Detektyw, zanim wszedł do środka mieszkania, powitał go odór zmasakrowanych ciał. Ohydny zapach wwiercał się w nozdrza, przemocą wdarł się do żołądka, przekręcił kichy niczym palce przestawiające wskazówki zegara. Odruch wymiotny, pomimo doświadczenia Procha, rychło go dopadł. Jedynie wysoka samokontrola uratowała śledczego od zabarwienia podłogi wymiocinami. Blada karnacja wywiadowcy stała się teraz biała jak kości - rumieńcie na policzkach zanikły, czoło i kark zalały się potem, ramiona spięły się jak sprężyny.
- Dziękuję - wyszeptał z ledwością detektyw, gdy przekazano mu odzież ochronną.
Prochowski zdjął kapelusz i płaszcz, swój strój oddał policjantowi na przechowanie. Mężczyzna zaczerpnął powietrza przez usta, tlenem wypełnianie płuca gwałtownie się powiększyły. Ból dał o sobie znać na plecach. Wydech. Żołnierz ponownie zaczerpnął powietrza, uspokajał się. Przyzwyczajał. Jego oczy przypominały odbicie pustki, bowiem blask na dobre opuścił wejrzenie, odstępując mrokowi. Coś umarło w detektywie - na dobre.
Proch, założywszy podarowaną mu odzież, przekroczył próg mieszkania. Rozpoczął śledztwo na korytarzu. Wykorzystując swoje umiejętności, przeszukiwał pierwsze pomieszczenie. Gdy Prochowski postawił stopę w pokoju dziennym, zacisnął zęby. Widok zmasakrowanej kobiety wewnętrznie go poruszył, mimowolnie przekształcił widziany obraz ofiary na podobiznę własnej żony. Znów zaczerpnął powietrza. Zamknął oczy. Na długo, dobre trzydzieści odbić serca. Kiedy Witomysł otworzył powieki, wmówił sobie, że widział wyłącznie mięso - nic innego. Odebrał człowieczeństwo temu, co ujrzał, aby nie oszaleć. Rozpoczął swoje procedury, postanowił zbadać pokój dzienny wraz z zamordowanymi. Najważniejszym zadaniem było ustalenie, jakiej broni konkretnie użyto do popełnienia zbrodni. Jakie ślady nosiły ciała poza oczywistymi ranami kłutymi? Czy z pokoju znajdowały się rzeczy ułatwiające ustalenie tożsamości ofiar? Dokumenty? Czy ofiary były na coś chore? Jeśli tak, czy w pokoju znajdowały się leki, recepty, zaświadczenia? Czy ofiary posiadały przedmioty szczególne? Symboliczne medaliki, symbole religijne, tatuaże na matce pozwalające określić jej poglądy? Czy na meblach znajdowały się uszkodzenia czy ślady ułatwiające odtworzenia sceny morderstwa? Czy ofiary walczyły? Proch posiadał wiele pytań i szukałby odpowiedzi.  
Ciemność, mająca swe źródło w sercu, zalała gałki oczne. Magia natchnęła ciało detektywa, a jego czarne oczy wejrzały w pokój dzienny, aby wykryć i zidentyfikować aury zasiane w tym pomieszczeniu. Prochowski, wtulając się w towarzyszące mu uczucie zepsucia, zamierzał zasmakować tych aur. Jakie intencje zapamiętały? Jaki posiadały charakter? Jakie przedmioty emanowały najbardziej? Jaką pieśń nuciły? A przede wszystkim - jakie emocje poddane były entropii? Bowiem wkrótce świat pochłonie aury, a fakt ich istnienia zastąpi cień zawodnej pamięci.
Po długim czasie przeszukiwania pokoju dziennego, detektyw postanowił wejść do pokoju dziecięcego.

Spoiler:
 

avatar

PisanieTemat: Re: Róg Namysłowskiej i Karola Darwina   Pią Lis 09, 2018 10:51 pm

Tego dnia coś umarło we wszystkich funkcjonariuszach dochodzeniówki, którzy pełnili służbę na Pradze. Większość z nich widziała już wiele naprawdę paskudnych miejsc zbrodni. Kleszcze nie oszczędzały nikogo. Jednak żaden z nich nie widział dotąd poczwórnego - a może nawet i pięciokrotnego - morderstwa w warunkach absolutnie domowych.
Mieszkanie było typową mieszanką stylów, na jaką w tych czasach mogła sobie pozwolić niezbyt zamożna rodzina. Meblościanka ze sklejki, pamiętająca być może nawet zamierzchłe czasy peerelu, przyozdobiona była białymi serwetkami, zapewne własnoręcznie wyszydełkowanymi przez samą panią domu czy jej teściową. Na półkach wysłużony radioodbiornik i cała masa bibelotów: ulepiona z masy solnej i krzywo pomalowana (prawdopodobnie przez najstarszą latorośl) biedronka, wazon, który całkiem umiejętnie udawał, że jest z kryształu, ludziki z żołędzi i zapałek. Cała masa nikomu niepotrzebnego śmiecia, która i tak jakimś znanym tylko sobie sposobem zawsze ląduje w widocznym miejscu. W szufladach bielizna i proszki: dla niej witaminy dla ciężarnych, dla niego apap na ból głowy. Jakaś latarka bez baterii, mały pluszowy miś z dziurą na brzuszku. Na dobrą sprawę nic przydatnego dla śledczych. Na samym środku pokoju, na podłodze, leżał wysłużony dywanik. Niewielki, okrągły i teraz aż czarny od wsiąkającej weń krwi. Na nim zaś stały cztery sosnowe krzesła - jedno z zupełnie innego kompletu - oraz przykryty białym obrusikiem stół. Prosty, solidny, sosnowy. Widać, że porządna robota.
Kawałek dalej znajdowała się postrzępiona na bokach kanapa, nieśmiało przytulona do ściany, na której wisiały oprawione zdjęcia. Uśmiechnięci pan i pani Łuszczyk - on w garniturze, ona cała w bieli i z bukietem stokrotek w dłoni. Zmęczona pani Łuszczyk z podkrążonymi oczami, najpewniej jeszcze na szpitalnym łóżku, trzymająca w objęciach małe zawiniątko. Mały chłopczyk na huśtawce. Mały chłopczyk na kolanach starszej pani. Pan Łuszczyk z ogromnie zdziwioną miną i niemowlakiem na każdej z rąk.
Każdy, kto chciał zachować wszystkie zmysły, odwracał wzrok od widoku pomalowanych na biało ramek ze zdjęciami.
A ponieważ w pokoju nie było wiele więcej do zobaczenia, może poza starym, dużym telewizorem, nadchodził czas na przyjrzenie się temu.
Bo każdy, kto chciał zachować względny spokój ducha, nie myślał o ofiarach jak o ludziach, a jedynie jak o rzeczach. O ciałach. O tym.
Mniejsze ciało leżało na plecach. Na szyi widać było ciętą ranę zadaną nożem - technicy twierdzili, że tym samym, którym pan domu zaczął spożywać kolację, wciąż jeszcze znajdującą się na stole - tępym, zdecydowanie nie przeznaczonym do krojenia żywego mięsa. Innych śladów nie było, co sugerowało, że poderżnięte gardło stanowiło pierwszą i ostatnią próbę zadania śmierci. Twarz chłopca zastygła w wyrazie niedowierzania.
Ciało numer dwa to już była zupełnie inna para kaloszy.
Kobieta leżała skulona na boku, z rękoma oplatającymi wielki brzuch, jakby próbowała za wszelką cenę go ochronić. Nie dało się jej odgiąć nawet palca u dłoni - stężenie pośmiertne nastąpiło niemal natychmiast; widomy znak, że denatka wykonywała gwałtowne ruchy w chwili zgonu. Całe jej ciało było pocięte i pokaleczone, a pomiary ran wskazywały, że i w tym przypadku narzędziem zbrodni był ten nieszczęsny nóż, którym pan Łuszczyk jeszcze nie tak dawno odkrajał sobie kawałki wędzonej makreli. Twarz ofiary była tak skatowana, że stanowiła jedną krwawą miazgę. Koroner z góry zapowiedział, że albo Zarębski załatwi mu wgląd do kartoteki dentystycznej, albo ma sobie szukać kogoś innego do tej roboty.
W rogu pokoju leżał płód.
Zakrwawiony i wciąż połączony pępowiną ze swoją matką.
Ktoś bardziej przytomny chciał przykryć go czymś, choćby i workiem na zwłoki. Zarębski nie pozwolił. Wszystko miało czekać na detektywa ze służb wywiadu.
Więc czekało. Czekało, aż Prochowski dokładnie wszystko obejrzy. Czekało, aż spojrzy na nie tak, jak tylko Witomysł to potrafił. Jak wtedy, gdy jego oczy pochłaniała nieustępliwa czerń, potrafiąca odkryć przed porucznikiem rzeczy innym umysłom niedostępne.
Uszy detektywa zalała symfonia strachu, bólu i przemocy. Zmasakrowane ciało matki i żony wibrowało fioletem i czerwienią, wołając o pomstę do nieba, o sprawiedliwość, o ukojenie. Nad nim unosiła się granatowa chmura. Patrzenie na nią wywoływało psychiczne cierpienie. Proszę, nie, nie, nie. Im bardziej Prochowski próbował na nią patrzeć, tym bardziej zmysły płatały mu figle. Dopiero po dłuższej chwili był w stanie zdać sobie sprawę, że odchodzi od niej sieć migoczących na granatowo linek. Proszę, Adamie. Adasiu. Tylko nie dzieci. Oplatały ciała ofiar jak misterne węzły kinbaku i ciągnęły się aż do pozostawionej na stole wędzonej ryby. Jedna z granatowych nici prowadziła do pokoju dziecinnego.
Tam trop się urywał.
Małe ciała leżały na podłodze, lśniąc neonową zielenią. Zdezorientowane, przerażone, płaczące. Proszę, nie. Bliźnięta nawet nie wiedziały, co się dzieje. Odeszły szybko i prawie bez bólu. Sieć granatowych pasm była na nich zdecydowanie rzadsza.
A ponad tym wszystkim unosił się Żal.
Lodowato niebieski, pachnący miętą, nieskończony Żal. Żal, który dławił gardło swoją siłą i wmuszał na język smak gorzki niby piołun. I w tym momencie Witomysł musiał zdać sobie sprawę z jednej rzeczy: cokolwiek kierowało Łuszczykiem, odeszło, gdy tylko mężczyzna wypełnił swoje zadanie.

avatar

PisanieTemat: Re: Róg Namysłowskiej i Karola Darwina   Wto Lis 13, 2018 1:54 am

Spoiler:
 
Detektyw Prochowski nie lubił przeżywać aur.
Rzeczywistość stała się wszechogarniającym mrokiem, pierwotnym pożeraczem wszelkich istnień - wszak nic, co Bóg stworzył, nie mogło istnieć w absolutnej ciemności. Była ona zimna, cicha, bezkresna. Nie pusta. Pustka była przestrzenią, którą dało się pomierzyć, określić, oszacować. Człowiek w mroku nigdy nie czuł pustki, jak gdyby wydobywała ona z człowieka wszystko to, co przypominałoby mu o świetle. Samotność, strach, tęsknotę, panikę, zdenerwowanie, wątpliwości, być może ból. Człowiek, który odczułby pustkę w mroku, niechybnie zmierzałby ku ostatecznej tajemnicy.
Świadectwo śmierci zatrzymały emanujące aury. Jedyne one przyciągały zmysły detektywa w mroku. Ich melodia wystawiała psychikę śledczego na próbę, zgniatając żalem bijące, ludzkie serce. Aura otulająca ciało zapachniała krwią, gniewem, fizycznym bólem. Dopełniona fioletową bezsilnością niema doprowadziła Prochowskiego do płaczu. Granatowe połączenia zaprowadziły żołnierza do pokoju dziecinnego.
Żal i mięta odcisnęły  swoje piętno na duszy Procha. Kiedy przekroczył próg pokoju bliźniąt, upadł gwałtownie na kolana. Jego serce i ciało trwały w wewnętrznym spokoju, więc dlaczego oczy zapłakały?

Spoiler:
 

Witomysł Prochowski opuścił aurowizję, ponieważ wiedział, że osiągnął swój limit. Dalsze obcowanie z duchami przeszłości doprowadziłoby go do szaleństwa. Raz jeszcze wziął głęboki oddech. Drugi. Trzeci.
Powstał na równe nogi, zerknął na swoje odzienie ochronne. Cieszył się, że je posiadał - inaczej zapaskudziłby sobie garnitur. Odrobina humoru była istnym lekarstwem na panującą tutaj beznadzieję. Mężczyzna wyciągnął ze swojej torby zeszyt oraz ołówek. Zaczął sporządzać notatkę osobistą.

Spoiler:
 

Przelanie myśli na papier nieco ukoiło strudzone nerwy detektywa. Racjonalne myślenie, poszukiwanie związków przyczynowo-skutkowych ułatwiało doprowadzenie się do porządku.
Oficer zamierzał zbadać ciała bliźniaków oraz sam pokój. Czy zostały one zamordowane za pomocą tego samego noża? Dlaczego odeszły bez bólu? Zostały uszkodzone ich najważniejsze punkty witalne? Szyja? Czy w samym pokoju były uwidocznione dodatkowe poszlaki? Być może technicy coś oznaczyli. Nawet jeśli panowie nie uczynili tego, Prochowski postanowił zbadać na własną rękę pomieszczenie, a dzięki nagromadzonemu przez lata doświadczeniu i kompetencjach, być może zdołałby coś odnaleźć.
Po zakończonych oględzinach udałby się do pozostałych pokojów. Cel poszukiwań był istotny: subiektywne określenie stanu zamożności rodziny. Próba odgadnięcia stylu życia pana Łuszczyka, jego zainteresowań, śladów pozostawionych w tym domu. Być może coś zwiastowało narodziny mordercy? Proch przeczuwał, że podejrzany działał pod wpływem impulsu oraz sił, które zawładnęły jego umysł. Niemniej - warto byłoby się upewnić.
Później detektyw opuściłby mieszkanie. Stwierdził jedno.
Nabył obrzydzenia do mięty.

avatar

PisanieTemat: Re: Róg Namysłowskiej i Karola Darwina   Wto Lis 13, 2018 9:23 pm

Funkcjonariusz, który podał Prochowskiemu odzież ochronną, nie podszedł do detektywa, żeby zapytać, czy coś się stało albo czy mu przypadkiem nie pomóc. Każdy, kto tu wszedł, reagował w inny sposób. A w świecie twardych gliniarzy, zwłaszcza z tego konkretnego wydziału, pewnych rzeczy się nie robiło. Po pierwsze, nie rzygało się na miejscu zbrodni. Ani w jego okolicach. Jeśli ci się jednak zdarzyło - miałeś przesrane na wiele długich miesięcy, o ile nawet nie lat. Mogłeś być pewien, że dobroduszni koledzy nie pozwolą ci o tym zdarzeniu zapomnieć.
Po drugie zaś - należało nie zauważyć, jeśli kolega po fachu płakał. Należało odwrócić wzrok i udawać, że wszystko jest w porządku. Nie dopytywać.
Prochowski znany był w środowisku ze swojej skuteczności, wielokrotnie rozwiązywał sprawy, które w innych rękach dawno już stanęły w martwym punkcie, dlatego policjant, mimo że osobiście spotkał Witomysła po raz pierwszy, postanowił postąpić z nim jak z jednym ze "swoich". Odwrócił się w drugą stronę, udając, że pasiasty wzór tapety w przedpokoju strasznie go fascynuje. Zresztą, zaraz i tak odezwała się jego krótkofalówka, trzeszcząc przeraźliwie, i z odbiornika dobiegł zniekształcony głos dyspozytorki, kierujący wszystkie patrole w okolicy do kościoła znajdującego się ledwie kilka ulic dalej. Mężczyzna tylko westchnął głośno. Zastanowił się przelotnie, czy starcie z potencjalnym kleszczem nie byłoby znacznie mniej dołujące, niż pilnowanie tego całego majdanu.
- Cała Praga dziś powariowała, jak Boga kocham - skwitował pod nosem.
W pokoju dziecinnym było jednocześnie i mniej, i bardziej makabrycznie, niż w poprzednim pomieszczeniu. Mniej - bo nie trzeba było brodzić w kałużach krwi, a z kąta nie spozierał na ciebie z wyrzutem siny, zakrwawiony noworodek.
Bardziej natomiast, ponieważ już na pierwszy rzut oka było widać, że to sypialnia małych dzieci.
Ściany pomalowane były na jasnoniebieski kolor, który ładnie komponował się z bladoszarą wykładziną. Z białych półek i regału spoglądały pluszowe misie, drewniane klocki, kilka małych samochodzików, zaczytane - zapewne przez poprzednie pokolenia - książeczki z bajkami, jeszcze więcej ludzików z żołędzi i zapałek. Na meblach i suficie poprzyklejano gwiazdki, starannie wycięte ze sreberek po czekoladzie. Na wprost drzwi stały stołeczek i małe, dziecinne biurko. Na jego blacie leżał niemal w całości zapełniony dziecinnymi bazgrołami blok rysunkowy i kilka kredek. Za oknem suszyło się pranie.
Po prawej stronie biurka stał pościelony do snu tapczan. W sam raz dla pięcioletniego chłopca. Natomiast po lewej znajdowało się duże łóżeczko ze szczebelkami.
Gorzkie, pachnące miętą łóżeczko.
Bliźnięta wyglądały jakby spały. O ile przymknęło się oko na fakt, że obie tłuściutkie szyje chłopców przecinają grube, ciemnoczerwone linie. Prawie cała krew zdążyła już wsiąknąć w pościel i materac, gdzieniegdzie tylko pojedyncze jej krople skapywały na podłogę. Technicy byli zdania, że chłopcy zostali zabici we śnie i że w gruncie rzeczy mieli tu najwięcej szczęścia. Czy mieli rację - miał ocenić później koroner. Ślady na ich maleńkich ciałkach odpowiadały jednak temu znalezionemu na pięciolatku.
Nie było wiele więcej do zobaczenia w mieszkaniu. Pokój dzienny służył jednocześnie za bawialnię, jadalnię i sypialnię rodziców. Już samo to świadczyło, że rodzina nie była zamożna. W niewielkiej łazience przylegającej do pokoju dziecinnego brakowało umywalki; była natomiast wanna, sedes, kilka półek i niewielkich rozmiarów lustro. Kuchnia też nie robiła dużego wrażenia. Była wąska, długa i dość ciemna - okna z tej strony wychodziły na kolejną, zdecydowanie zbyt blisko postawioną kamienicę. Nadrabiała przytulnością i schludnością. Pani Łuszczyk, choć nie miała wielkich funduszy do dyspozycji, dbała nie tylko o porządek w domu, ale też i o to, by każdy czuł się w nim jak najlepiej.
Zwłaszcza ciężko pracujący w fabryce pan domu.


Sponsored content

PisanieTemat: Re: Róg Namysłowskiej i Karola Darwina   


 
Róg Namysłowskiej i Karola Darwina
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Skocz do: