Szybkie Menu

Konstruktorska 10B/23
Idź do strony : 1, 2  Next
avatar

PisanieTemat: Konstruktorska 10B/23    Pon Lip 02, 2018 10:22 pm


avatar

PisanieTemat: Re: Konstruktorska 10B/23    Pon Lip 02, 2018 10:58 pm

To była obrona własna i ani Januszowi, ani Hani nic nie groziło – za to tym trzem panom już owszem. Trochę by się tego nazbierało, więc lepiej było dla nich, że po prostu dostali wpierdol, a Hanka była na tyle łaskawa, że nie użyła azymuletu, żeby powiadomić stosowne służby. Miała jednak nadzieję, że wyciągną wnioski i już będą się zachowywać jak na porządnych obywateli przystało – patriosfera musiała zostać zachowana, a takie zachowania jak ich tylko ją naruszało, co niezmiernie Han’lynn denerwowało. Był spokój od Czarnych i miała nadzieję, że taki stan rzeczy utrzyma się jak najdłużej. Aczkolwiek zdawała sobie sprawę z tego, że wojna wciąż trwała, a ludzie dalej walczyli na frontach. Na zachodzie problem stanowiły jegry, na wschodzie zaś Mgła, która dorzucała problemów w postaci różnorakiego szkaradztwa.
– Okej. Dziękuję, Janku – odpowiedziała, uśmiechając się do Cichockiego, pokazując przy tym rządek białych ząbków. Gdy była podporucznik Zapolską trzymała się sztywno reguł i zapewne, gdy znajdą się w zupełnie innych okolicznościach, znów wróci do „pana Cichockiego”, ale skoro oboje byli w cywilu i ich spotkanie nijak było związane ze sprawami służbowymi, nie widziała problemu by mówić sobie na „ty”.
Zdecydowanie wolała mierzyć się z grupą takich patałachów jak Ci tutaj leżący na ziemi, niżeli chociażby z jednym jegrem, nie wspominając o balrogach. Nie miała „szczęścia” się z nimi spotkać, ale nieraz słyszała o nich opowieści, które sprawiały, że po plecach przechodziły jej ciarki. Wolała nie spotkać żadnego balroga twarzą w twarz. Grunt, że miała okazję walczyć z jergami i leczyć ludzi (i nie tylko) po spotkaniu z nimi. Domyślała się, że po kontakcie z balrogiem z człowieka nie byłoby nawet co zbierać.
Janusz nie sądził, żeby interwencja medyka była tu potrzebna, zaś Hanka miała zupełnie inne zdanie w tym temacie i nawet nie zamierzała się pytać go o pozwolenie. Miał rozwaloną wargę z jej powodu, więc czuła się w obowiązku mu pomóc – a błogosławione dłonie są zaklęciem stosunkowo prostym i nie mającym większego wpływu na jej organizm, więc tym bardziej nie widziała żadnych przeszkód.
– Było – odpowiedziała stanowczo. I nie miał co się z nią spierać, bo i tak by nie wygrał. Hanka była starsza, ma się więc jej słuchać, ot co.
Zapraszanie kawalerów późnym wieczorem do mieszkania mogło uchodzić za niestosowne, ale prawdę powiedziawszy Han’lynn na to tak nie patrzyła – chciała się mu po prostu odwdzięczyć, a że akurat była trochę głodna, to pomyślała o wspólnej kolacji. Do tego może lampka wina, wspólne ploteczki i tym podobne. Nic niestosownego. Skąd jednak panna Zapolska mogła wiedzieć, co się kryło w Januszowej głowie?
Hania mieszkała na Mokotowie, na jednym z bardziej zamożnych osiedli. Po śmierci ojca odziedziczyła mieszkanie po nim i jakoś nie widziała sensu sprzedawania go, choć było dla niej ciut za duże. Po jakiego kija były jej dwie sypialnie? Nawet jak się dorobi w przyszłości męża, to raczej dzieci z tego nie będzie – biologia jest okrutna i mieszanki rasowe (a taką zdecydowanie była) zwykle potomstwa nie miały prawa mieć.
– Rozgość się – powiedziała, gdy już weszli do mieszkania. Hania zdjęła buty. Jak Janusz chciał wziąć sobie kapciuszki, to mógł śmiało się częstować, bowiem w przedpokoju wisiał taki duży papuć a w nim kilka par kapci. Hania wolała chodzenie na bosaka. – Lubisz szakszukę? – zapytała. Robiło się to stosunkowo szybko, fajnie się prezentowało na talerzu i było o wiele lepszą opcją niżeli zwykła jajecznica.

avatar

PisanieTemat: Re: Konstruktorska 10B/23    Pon Lip 02, 2018 11:33 pm

Mokotów zawsze kojarzyło się Jankowi z dzieciństwem. Mieszkał tam przez dwadzieścia lat swojego życia, póki nie postanowił się bezczelnie usamodzielnić i nie wynajął swojego pierwszego mieszkania na Pradze. Zawsze, ilekroć tamtędy przejeżdżał bądź z różnych powodów znajdował się w tej dzielnicy, przypominał sobie, jak bujał się w wieku czternastu czy tam piętnastu lat po Polach Mokotowskich ze swoimi rówieśnikami i zafascynowani starymi polskimi filmami - głównie Pitbullem - udawali przed całym światem, że są poważni, dorośli, a tak w ogóle to są tutejszą mafią mokotowską. Sterczeli w ciemnych bramach, popijając bimber domowej roboty, który Maniek podprowadzał notorycznie swojemu ojcu, by koniec końców iść na piechotę przez pół miasta - w wyjątkowych przypadkach jadąc tramwajem - prosto na Pragę, bo byli umówieni na ustawkę z tamtejszym gangiem przekonanych o swojej potędze i zajebistości gówniarzy.
Ech, to były czasy.
Kto by wtedy pomyślał, że ten bezczelny i krnąbrny szczeniak Cichocki, nad którym ojciec i matka załamywali ręce, w przyszłości zostanie Geografem. W gruncie rzeczy to sam był czasami zaskoczony tym, w jaki sposób wszystko się potoczyło i że naprawdę znalazł się w miejscu, w którym teraz był.
I nie chodziło nawet już tylko o jego pracę. Rozchodziło się też o to, że właśnie szedł sobie z podporucznik Zapolską do jej mieszkania późnym wieczorem po tym, jak heroicznie bronił jej przed pragową dresiarnią, bo przypadkiem był świadkiem próby napaści i gwałtu, ponieważ siedział w okolicznym śmietniku, by znaleźć chusteczkę, w którą zawinął ostatnią pamiątkę po ojcu, którą sześć lat temu wysłała mu matka. Pamiątkę. Nie chusteczkę.
W każdym razie - dotarli. I nie, Janusz naprawdę nie spodziewał się żadnych tam ploteczek na kanapie. Ale czy można go winić w jakikolwiek sposób? Był po prostu facetem zaproszonym po zmroku do mieszkania niezamężnej kobiety - a o tym Janek wiedział, bo już przy pierwszym spotkaniu zgrabnie zdążył zauważyć ten brak obrączki czy pierścionka zaręczynowego na palcu.
Zsunął ze stóp buty i postanowił jednak wziąć sobie parę kapci. Wybrał największe, lecz i tak były trochę za krótkie. Sam do siebie westchnął, bo na diabły wobec tego mu one? Zdjął, odłożył i faktycznie postanowił się rozgościć. Żadnego skrępowania, nic z tych rzeczy. Bluzę zdjął, powiesił na wieszaku, po czym bezceremonialnie ruszył w kierunku kanapy.
- Żartujesz? - parsknął i pokręcił głową, siadając sobie na meblu. Ot co. - Nie ma rzeczy, której bym nie zjadł. Zwłaszcza że jeszcze tydzień temu jadłem konserwy z sucharami. Przez dwa miesiące codziennie.
Toż on dopiero co wrócił. Jeszcze się na dobre nie zdążył najeść normalnego jedzenia, jeszcze nawet dobrze nie odpoczął. Może i już za parę dni sprzykrzy mu się spokojne życie w mieście i zatęskni za niestabilną geografią, grzbietem konia i gołym niebem nad głową, ale teraz? Czerpał z luksusów normalnej i względnie spokojnej egzystencji ile wlezie.
- Poza tym w domu zawsze mi powtarzali, że jedzenie zrobione przez kobietę zawsze jest smaczniejsze.

avatar

PisanieTemat: Re: Konstruktorska 10B/23    Wto Lip 03, 2018 12:31 am

Han’lynn wychowała się w zupełnie innym mieście, a mianowicie w Gdańsku. To tam spędziła pierwsze dziesięć lat swojego życia. Jak tylko mogła odwiedzała tamte rejony, kochała polskie morze, aczkolwiek ostatnimi czasy coraz rzadziej się to zdarzało – miała naprawdę dużo pracy, nawet jeśli akurat nie pracowała w terenie. Może teraz była odpowiednia pora na to, żeby wrócić w rodzinne strony, usiąść na brzegu i patrzeć w bezkresny horyzont? Kiedy znowu będą mogli pocieszyć się takim spokojem i jak długo on jeszcze potrawa? Hanka czuła, że to była tylko cisza przed naprawdę wielką burzą. Wracając jednak do tematu. Gdy ojciec został przeniesiony do jednostki w Warszawie, zamieszkali właśnie na Mokotowie. Więc kto wie, może ich drogi się skrzyżowały znacznie wcześniej? Tylko w przeciwieństwie do Janusza, Han’lynn nigdy nie wyprowadziła się z rodzinnego domu. Dbała o mieszkanie pod nieobecność ojca – wojskowego, który większość czasu spędzał jednak na froncie, by ostatecznie też tam zginąć. Miała trzydzieści siedem lat, gdy umarł. Jej kariera w prywatnej klinice się rozwijała, zaczęła cieszyć się dosyć dobrą renomą – bliską tej, którą cieszyła się jej matka. Wizyta jednak w szpitalu wojskowym zmieniła zupełnie wszystko. Zamierzała się nieco przebranżowić, w ten sposób lądując w szkole oficerskiej. Nie spodziewała się, że jej życie potoczy się w taki sposób. Była jednak pewna, że to była ingerencja boska i nie zamierzała w żaden sposób się upierać. Prawdę powiedziawszy, praca na froncie dawała jej znacznie większą satysfakcję niżeli ta w klinice. Choć miała nadzieję, że wojna kiedyś się skończy. Wierzyła w to całym swoim sercem.
Faktem było to, że Han’lynn była niezamężna, ba! Była singielką pełną gębą. Tak się poświęciła karierze, że nie miała czasu na takie coś jak życie osobiste, zakładanie rodziny i tak dalej, i tak dalej. I jakoś specjalnie źle się z tym nie czuła. Było jej dobrze tak, jak było. Nie szukała niczego na siłę, tylko i wyłącznie dlatego, że jej koleżanki ze studiów już dawno się hajtnęły i dorobiły się dzieci. Hania miała więcej życia przed nimi – elfie geny robiły swoje. Czterdzieści pięć lat, a na więcej niż trzydzieści nie wyglądała. Plus miała misję, która była dla Hani ważniejsza niż cokolwiek innego.
Oboje postrzegali tę sytuację zupełnie inaczej. Zapolska nie miała w stosunku do Cichockiego żadnych dwuznacznych intencji, ten jednak rozumiał to kompletnie na odwrót. Z takiego stanu rzeczy mogą wyjść naprawdę… różne sytuacje.
– No tak, Geografowie wiecznie w drodze – odpowiedziała, uśmiechając się pod nosem. Gdy jest na froncie, to wcale lepiej się nie jadało. Nawet chleb był z puszki. Będąc w Warszawie, w domu, czerpała jak najwięcej z normalnego życia, ciesząc się przyziemnymi rzeczami jak normalne jedzenie. – Zdecydowanie. Mój ojciec nie potrafił gotować, dlatego zatrudnił gosposię. – Zwykle nie rozmawiała o swojej przeszłości. Nie lubiła się nią dzielić, ale teraz jakoś tak samo wyszło.
Aneks kuchenny był połączony z salonem, więc gdy Janusz siedział na kanapie, mógł bez problemu obserwować poczynania Han’lynn w kuchni. Najpierw sparzyła pomidora, pokroiła cebulę, paprykę, wszystko to podsmażyła, a pod koniec dodała jajka. W międzyczasie, gdy wszystko, hehe, dochodziło, nakryła do stołu (wraz z kieliszkami do wina, które zostały napełnione półwytrawnym trunkiem), by po chwili podać do stołu…
– Musisz ruszyć tyłek i podejść do stołu, zjemy jak ludzie – zażartowała, siadając na swoim miejscu. Janusz był centralnie naprzeciwko, tak by mogli siebie widzieć. – Jak to jest… podróżować między Planami? – zapytała. Była ciekawa. Nigdy nie odwiedziła żadnego innego Planu, całe swoje życie spędziła na tym ziemskim. Zastanawiała się więc, jak to jest. Znała teorię, wiedziała co nieco – ale chciała konkretów. A kogo o nie pytać, jak nie samego Geografa Królewskiego?

avatar

PisanieTemat: Re: Konstruktorska 10B/23    Wto Lip 03, 2018 6:50 am

Każdemu funkcjonariuszowi działającemu bezpośrednio na froncie trudno było o życie prywatne. Janusz wiedział o tym bardzo dobrze, jeszcze zanim podjął się służby wojskowej. Nie musiał nawet daleko szukać - wystarczyło, że przypomniał sobie swojego ojca. Pół swojego życia spędził na walce, gdzieś na granicy Polski, w domu bywał rzadko i krótko, bo był zwyczajnie potrzebny gdzie indziej. Janek długo - jako dzieciak i nastolatek - nie rozumiał całej tej sytuacji i miał to ojcu za złe, bo ciężko było mu pojąć tak abstrakcyjne pojęcia jak "wyższe dobro", o które starszy Cichocki tak zaciekle walczył. Wiedział jedynie, że gdy inni ojcowie przychodzili na denne przedstawienia z okazji Dnia Ojca, to nie musiał nawet się starać, bo przecież i tak nie będzie dla kogo.
Im więcej czasu Janusz spędzał w wojsku, tym bardziej rozumiał i ojcu ostatecznie te wszystkie miesiące nieobecności wybaczył. Jeszcze przed swoją wielką nominacją na geografa być może nawet chciał założyć rodzinę. Ustatkować się, przypuszczalnie wypuścić na świat jakieś małe Janusze. Nowa posada zmieniła jego podejście zupełnie. Jak miałby związać się z kimkolwiek, skoro znikał niekiedy na całe miesiące, nie dawał znaku życia, by po tym wrócić na chwilę? Na parę dni czy tygodni. Wydawało mu się oczywiste, że taki układ nie miał racji bytu ani za bardzo sensu. Wolał przelotne romanse, chwile krótkich uniesień, by później w zgodzie się pożegnać i nie angażować. Myśl, że ktoś gdzieś tam się o niego martwi, sprowadzałaby na niego wyrzuty sumienia. A za Horyzontem podobne uczucia bywały dosłownie zabójcze.
Ale. Należało żyć chwilą obecną - taką jak ta. Hania nie miała żadnych dwuznacznych intencji, Janusz z kolei był święcie przekonany, że owszem, więc z miejsca sam takie też przyjął. Bo dlaczego by nie? Stan rzeczy mu odpowiadał, wszak Han'lynn była kobietą atrakcyjną, szczupłą i sprawną - a czego więcej można było oczekiwać?
- Gdzie hetman nie może, tam geografa pośle - parsknął z krótkim śmiechem i pokręcił głową nad trafnością tego sparafrazowanego przysłowia. Zastanowiła go druga część słów Zapolskiej. Jej ojciec też uważał, że kobieta gotuje lepiej, dlatego zatrudnił gosposię. Co więc z matką? Janusz założył, że albo nie żyje, albo została w Planie Elfów. Ostatecznie nie potrafił wyłapać tych subtelnych różnic między pełnym elfem a takim połowicznym. - Strasznie mądry człowiek, też bym tak zrobił. - Pokusił się więc o taki zdawkowy komentarz, który ani niczego nie wniósł, ani tematu nie ucinał ostatecznie, ani też nie dociekał w żaden sposób. Będzie chciała - wyjaśni. Nie będzie chciała - pominie. Doskonale rozumiał, że nie każdy lubi dzielić się swoją przeszłością - sam tego zresztą nie robił.
Przyglądał się procesowi przygotowywania posiłku, zawsze wydawało mu się to w pewnym sensie niepojęte i fascynujące. Sam niby coś tam ugotować potrafił - z naciskiem na to "coś" - jak na trzydziestoletniego kawalera przystało, ale były to raczej dana nieskomplikowane i szybkie. Dlatego podwójnie doceniał umiejętności gastronomiczne u innych. Zwłaszcza gdy mu gotowali.
Gdy wszystko już doszło do siebie, to i Janusz postanowił po słowach Haneczki dojść. Do stołu, oczywiście. Podniósł się z kanapy z ciężkim westchnieniem, zupełnie jakby to była strasznie ciężka praca, po czym zrobił coś, co już takie normalne do końca nie było. Właściwie to mogłoby nawet zostać odebrane jako coś absolutnie nie na miejscu. Co zrobił Cichocki? Rozpiął pasek od spodni. Wbrew pozorom wcale nie po to, żeby się obnażać - cóż, jak na razie (dop. autora: XDXDXDXD kurła Hanka, nie mogę tego pisać XD) - ale żeby zwyczajnie się go pozbyć i odłożyć na stolik przy kanapie. Bo były do niego przepięknie przypięte dwie zwykłe kabury z czarnej skóry z Kargulem i Pawlakiem. A kto to widział siadać do stołu pod bronią? Niemniej Janek najpierw pozwolił sobie umyć ręce w kuchennym zlewie przy pomocy płynu do mycia naczyń, bo co tam, i wytrzeć je jeszcze grzecznie w ściereczkę. Miał się rozgościć? No to się, cholera, rozgaszczał. Dopiero po tych wszystkich procedurach mógł usiąść do stołu.
Ale zanim odpowiedział, sięgnął po kieliszek z winem, przez chwilę na niego patrząc. Przeciągał moment, w którym zacznie o tym mówić.
- Pytasz, jak to wygląda czy jakie to uczucie? - spytał najpierw. - Bo wszystko zaczyna się od rytuału, który zajmuje najczęściej mnóstwo czasu, przygotowania się żmudne, niepojęte i pracochłonne. A gdy już ci się uda i wejdziesz do Planu, czasami zatyka ci uszy, a później... cóż, wszystko mija i możesz cieszyć się widokami, jeśli akurat nic nie chce cię zabić. Mnie osobiście po paru pierwszych przejściach bolała głowa - zakończył i wzruszył ramionami. Między jego brwiami zatańczyła drobna zmarszczka. O swojej pracy mówić nie lubił. Ba, część jego znajomych nadal nie wiedziała, że jest w ogóle geografem i żyli w błogiej nieświadomości, uważając, że Cichocki nadal pracuje w wojsku. - I to nie jest takie, jak sobie to zapewne wyobrażasz, nie wchodzisz w wielkie świetliste wrota jak w starych filmach. Po prostu przenikasz przez barierę między jednym Planem a drugim. A to że wcześniej musisz, na przykład, tańczyć, to szczegóły - I po tych słowach napił się wina. Teoria była teorią. Praktyka praktyką. Janusz, tak dla odmiany, dopóki Geografem nie został, nie miał za bardzo pojęcia, jak wygląda to wszystko w teorii. Coś tam słyszał, ale były to głównie plotki bądź informacje niepotwierdzone. - Smaczne. - Odstawił kieliszek i posłał Zapolskiej badawcze spojrzenie. - I wiesz, że niekoniecznie mogę o tym mówić, prawda?
Koniec końców nie bez powodów Geografowie Królewscy podlegali tylko jednej osobie - El-Galadowi. Ich praca i to, czym się zajmowali, było w gruncie rzeczy zwyczajnie i po ludzku tajne. Nawet starsi oficerowie nie wiedzieli tak naprawdę, co ta banda wyrabia w tych obcych Planach, co robią w Przebiciach i czego tam szukają. Co przynoszą do Planu Ziemi. Co zawierają ich raporty, które składali osobiście hetmanowi po każdym powrocie.

Żołnierz konkursowy!

avatar

PisanieTemat: Re: Konstruktorska 10B/23    Wto Lip 03, 2018 2:50 pm

Mała Hania też długo nie rozumiała, dlaczego ojca w domu więcej nie było niż był i tak naprawdę wychowywała ją niania Anna, która jednocześnie była wcześniej wspomnianą gosposią. A chociaż do czasu, gdy mieszkali w Gdańsku. Po przeprowadzce do Warszawy, następna zatrudniona pani nie została przez Hankę obdarzona zbyt dużą sympatią, przez co czasami sprawiała trochę problemów – no ale koniec końców wyszła na ludzi. Zapolska zaczęła ojca doskonale rozumieć po tym, jak sama na froncie wylądowała, czyli po jego śmierci. Wtedy dowiedziała się, czym było to „wyższe dobro”, o którym Tadeusz wiele razy jej wspominał. Sama takowym zaczęła się kierować – kochała Polskę całym swoim sercem i wierzyła, że uda się jej wygrać ze złem, które atakowało ich z każdej niemalże strony. Choć trzeba przyznać, że zastanawiała się wiele razy, jak tam, w Planie Elfów, jest. I jakaś mała cząstka jej chciała kiedyś odwiedzić tamte, nazwijmy to, strony. W jej żyłach płynęła elficka krew, więc to naturalne, że pragnęła poznać swoje korzenie, prawda? Zwłaszcza, że jednak większość swojego życia spędziła w otoczeniu ludzi i w dużej mierze nie była aż tak specyficzna jak „uszatki”. Choć miała swoje dziwactwa – honor przede wszystkim, dane słowo było dla niej świętością. Zawisza zwykła o niej myśleć jako „pieprzonej służbistce”, co nie było wcale takim kłamstwem. Zawsze punktualna. Będąc w szkole oficerskiej, nigdy nie spóźniła się na żadną zbiórkę, zawsze była punktualna. Ważną rzeczą dla Zapolskiej były też rozkazy, którym się podporządkowywała bez najmniejszego gadania. I tego też oczekiwała od osób o niższym stopniu, którym wydawała polecenia.
Han’lynn nie zamierzała się angażować w żadne związki z podobnych powodów co Janusz. Jadąc na front, nigdy nie mogła być pewna, że z niego wróci – różne przypadki się zdarzały. Nie chciała, by w domu ktoś na nią wyczekiwał z nadzieją, by pewnego dnia dostać wiadomość, że niestety, ale podporucznik Zapolska odeszła na wieczną wartę. Ona sama przez to przeszła – co prawda po śmierci ojca nie uroniła ani jednej łzy. I nie dlatego, że nie było jej z tego powodu smutno. Odkąd stała się dorosłą kobietą, ojciec wiele razy powtarzał jej, że jak umrze, to na froncie, a nie ze starości. I po prostu się z tym pogodziła.
Uśmiechnęła się pod nosem na wspomnienie o ojcu. Był mądrym człowiekiem, to prawda. Robił wszystko, co tylko mógł, by wychować córkę na „ludzi”. A to nie było łatwe zadanie, biorąc pod uwagę, że w połowie jednak była elfem. Pojawiały się pewne pytania, których ludzkie dziecko nigdy by nie zdało. Swego czasu Han’lynn miała okropne kompleksy z powodu swoich szpiczastych uszu, które przez długi okres chowała pod długimi włosami. A najcięższe było jednak to, że Hania była bardzo podobna do matki. Wystarczyło, by Janusz trochę się rozejrzał, by czarno – białe zdjęcie ślubne jej rodziców. Ojciec Han’lynn, Tadeusz Zapolski, wtedy o stopniu porucznika, był oczywiście w wojskowym mundurze. Zaś jej matka, po której Hania odziedziczyła imię, stała obok niego w białej sukni i welonie, z bukietem róż w dłoni. Po tym zdjęciu Janek mógł wywnioskować, że Zapolska nie była czystej krwi elfem. Tadeusz nawet w najmniejszym stopniu nie przypominał tych istot. Oprócz tego, w salonie było kilka zdjęć Han’lynn z ojcem, z różnych lat, a także kilka Tadeusza z żoną. Nigdzie nie było rodzinnego zdjęcia, na których byłaby cała trójka… Bo takowe nigdy nie powstało.
– Tak czy inaczej musiałby ją zatrudnić. Nie miałby się mną kto zająć, gdy był na froncie – odpowiedziała, nieco naokoło, choć łatwo dało się domyślić, co chciała przez to powiedzieć.
Nie zareagowała w żaden specjalny sposób na to, że Janusz odpinał swój pasek – w przeciwieństwie do niego nie miała żadnych grzesznych intencji – domyśliła się, że chodziło o broń. Choć trzeba przyznać, że ona sama zapomniała się rozbroić, No ale na to przyjdzie odpowiednia pora, tak myślę.
Zapytała, bo była po prostu ciekawa – jakby Janusz jej odpowiedział, że to ścisła tajemnica i nie może o tym opowiadać, przytaknęłaby głową, nie mając do niego żadnych pretensji. Prawdę powiedziawszy, nie interesowało ją to, co spotykał w Planach, jakie rzeczy stamtąd przynosił z powrotem na Ziemię i tak dalej. Chodziło po prostu o samo uczucie, jakie temu towarzyszyło – ekscytacja, może strach?
– Prawdę powiedziawszy, nie wyobrażałam sobie tego w żaden sposób, dlatego pytam – powiedziała, chwytając za kieliszek i upijając łyk wina. Nie wiedziała ilu letnie ono było, ale trzeba przyznać, że było całkiem niezłe. Słuchając opowieści, podjadała trochę kolacji, ale prawdę powiedziawszy to, co mówił, był na tyle interesujące, że odciągało ją skutecznie od jedzenia. – Nie pytam Cię o rzeczy, które zdajesz w raportach hetmanowi, a o Twoje osobiste uczucia. To chyba nie jest nic złego? – zapytała, jednocześnie opierając podbródek o dłoń. – Byłeś w Planie Oceanu? Słyszałam, że można tam się wybrać w ramach, nazwijmy to, wakacji dla bogaczy? – zapytała, upijając zaraz po tym łyk wina.

avatar

PisanieTemat: Re: Konstruktorska 10B/23    Sro Lip 04, 2018 8:56 pm

Koniec końców każdy zaczynał rozumieć, o co toczyła się walka. Dlaczego warto było stawać na froncie, walczyć z najeźdźcą, czemu oddanie własnego życia wcale nie było tak potworne, jak mogłoby się wydawać. Każde dziecko ostatecznie dorastało, a każdy dorosły dojrzewał do tej myśli - że nie istnieje szansa, że cały problem nagle zniknie i że złapanie za broń to najczęściej najrozsądniejsze wyjście, by przywrócić dawny porządek i stan rzeczy. By zapewnić pokój i spokój przyszłym pokoleniom, aby te nie musiały żyć w strachu przed napastnikiem.
Wszystko dla wyższego dobra. Dla króla. Dla ojczyzny. Polacy umieli się jednoczyć w czasach zagrożenia i wtedy potrafili dokonywać niemożliwego.
Gdy Janusz był młodszy - i był wtedy tylko Jankiem, a nie panem Cichockim - kompletnie tego nie rozumiał. Jakim cudem ktoś mógł przekładać cudze dobro i cudzą przyszłość nad własną teraźniejszość? Jako dzieciak nie interesował się balrogami i tym, co ze sobą przyniosły, wiedział tylko, że gdzieś tam istnieją i są bardzo złe, na tym kończyła się jego wiedza. Z wiekiem przychodziła świadomość, jak niepojęte jest ich okrucieństwo, jak obrzydza ich wszystko, co dobre, jak niezrozumiałe jest ich dążenie do zdeptania wszystkich wyższych wartości i jak ważne jest niedopuszczenie do tego. Zasadzone gdzieś wewnątrz przez ojca ziarno patriotyzmu ostatecznie padło na żyzny grunt i teraz przychodził czas zbiorów. Cichocki sam przed sobą się pewnie nie przyznawał, jak wiele potrafiłby poświęcić dla tej jednej sprawy. O wiele prościej było zgrywać przed światem cwaniaka, a faktycznie troski czy rozterki ukrywać pod płaszczem niewybrednych żarcików. To, że nazywał zmienioną w soggotha dziewczynkę Pippi Pończoszanką w wersji dla dorosłych, nie znaczyło, że jej nie współczuł. Że nie litował się nad nią czy jej rodziną. Wszystko, co zostało splamione magią Czarnych, zasługiwało na współczucie.
Rozglądał się w międzyczasie po mieszkaniu, lecz nie robił tego nachalnie, wypatrując wszystkich szczegółów. Osobiście nie był zbyt sentymentalny, w swoim mieszkaniu nie miał nawet jednej oprawionej w ramki fotografii, a półki były zadziwiająco puste. Dlatego zdjęciom w mieszkaniu Hani również nie poświęcał zbyt wiele swoich spojrzeń - ani tym bardziej myśli. Z pewnością gdyby się na nich skupił, zauważyłby podobieństwo Zapolskiej do matki.
Kusiło go, żeby zapytać. Ale tylko przez moment.
- Skądś to znam - odparł z westchnieniem. - Ojca na froncie. Nie wychowywanie przez gosposię.
Należało wyprostować, wszak jego wychowywała matka. Częściowo przynajmniej. Po pojawieniu się na świecie jego młodszego rodzeństwa zszedł na dalszy plan i jako ten najstarszy musiał później pomagać w wychowywaniu i ich.
Chodziło o osobiste odczucia. Skinął głową na początku, zajmując się przez chwilę jedzeniem. Tak, każda kobieta zdecydowanie gotowała lepiej niż. A może było to subiektywne odczucie, skoro wmawiano mu to od dawna?
- Raczej nie. - Pomijając jego ogólną niechęć do mówienia o sobie. Ot co. - I, no cóż, jestem geografem od jakichś czterech lat, jak na razie perspektywa wchodzenia do Przebić wzbudza we mnie dziecięcą ekscytację. - Z lekka hiperbolizował, ale tylko trochę. Jeszcze nie zdążyło mu to ani zbrzydnąć, ani się znudzić i zwykle dłuższe pobyty w Warszawie zaczynały go nudzić i znowu ciągnęło go do niestabilnej geografii, do samotności i dzikich miejsc. Chyba ducha miał zbyt niespokojnego, aby usiedzieć w jednym miejscu. - To był mój pierwszy Plan - Wzruszył ramionami. - Głównie dlatego, że nawet cywile mogą wybrać się tam na te właśnie nowobogackie wakacje. Ciążenie jest tam mniejsze niż tutaj, a powietrze gęściejsze. Chociaż nie nazywałbym tego nawet do końca powietrzem... jeśli kiedyś staniesz się obrzydliwie bogata, polecam, czemu nie.
I na nowo zajmował się przez chwilę to talerzem, to winem.
- Może to będzie wścibskie... ale co robiłaś w takim miejscu o takiej porze? Piękne kobiety nie powinny zapuszczać się na Pragę.

avatar

PisanieTemat: Re: Konstruktorska 10B/23    Sro Lip 04, 2018 10:14 pm

Walka stała się częścią ich życia. Prędzej czy później każdy dochodziło do takich wniosków, nawet jeżeli ich życie nie było związane z wojskiem. Wojna wciąż trwała, kraj był wręcz otoczony niebezpieczeństwem i każdy obywatel to w mniejszy lub większy sposób odczuwał. Wystarczyło dorosnąć, tudzież stać się nieco bardziej świadomym człowiekiem, żeby wiedzieć, że czekając bezczynnie niczego nie zdziałają. Rzeczpospolita była wolnym krajem, bo stawiała opór, dosyć zaciekły, to trzeba przyznać. Bez tego już dawno Czarni i paskudztwo ze wschodu by zainfekowały resztę kraju. Historia ich nauczyła, że bez oporu niczego się nie osiągnie – kto jak kto, ale naród polski winien o tym wiedzieć. Han’lynn miała nadzieję, że uda się pokonać wroga jeszcze za jej życia, by następne pokolenia mogły żyć w bezpiecznym świecie. Będzie trzeba ustabilizować sytuację pomiędzy poszczególnymi Planami, tak by przenikanie ich nie było takie łatwe, jakie jest teraz…
Balrogi. Jegrzy. Czarni. Soggothy – te nazwy w domu Hanki wiele razy się przewijały z ust ojca, który nigdy przed córką nie krył prawdy, nawet jeżeli była małą dziewczynką. Tadeusz chciał, by ta była świadoma niebezpieczeństw, które na nią czyhały. W głowie miała zakodowane, że pewnych rzeczy się nie robi – gdy po raz pierwszy wylądowała na froncie wschodnim, nawet przez myśl jej nie przeszło, żeby zjeść okoliczne jagody. Mimo że wyglądały przepysznie. Ludzi, którzy tam się osiedlali, uważała za szaleńców. I cóż z tego, że ziemia była tania jak barszcz? Nie wyobrażała sobie wychowywać dzieci w takich warunkach… idealnym przykładem była na to Pipi Pończoszanka… Była tylko dzieckiem, które miało ogromnego pecha. Kto wie, co sprawiło, że stała się soggothem? Może woda z okolicznego źródełka, a może maliny zebrane przy drodze? Han’lynn czuła wobec niej żal, a także i wobec jej rodziny – ale dla niej nie było już nadziei i stanowiła zagrożenie dla okolicznej ludności, dlatego musiała zostać zneutralizowana. Taka kolej rzeczy. Nie ona pierwsza, nie ostatnia…
Zapolska, w przeciwieństwie do Janusza, była bardzo sentymentalna. W portfelu nosiła dwie czarno – białe fotografie. Jedna przedstawiała jej ojca, druga zaś matkę. Matkę, której nie miała okazji poznać, którą jednak kochała całym sercem. Tadeusz wiele razy opowiadał jej historię o tym, jak długo musiał zabiegać o jej względy, że ta zgodziła się z nim umówić na randkę, by mieć w końcu święty spokój, a skończyło się ślubem. Co prawda na szybko, bez hucznego wesela – bo Tadeusz szedł na front – ale jednak.
Trzeba przyznać, że Han’lynn była wdzięczna Januszowi, że nie drążył tematu matki. Był on dla niej stosunkowo delikatny i bardzo prywatny. Wolała go unikać.
– Nie zdziwiłabym się, gdyby nasi ojcowie się znali – odpowiedziała… tak po prostu. Wojsko, wbrew pozorom, było „małe”, tak jak to się mówiło o świecie i czasem się okazywało, że ma się wspólnych znajomych w innym korpusie.
Na chwilę zapanowała cisza, podczas której zajęli się jedzeniem. Szakszuka nie była niczym skomplikowanym, byle głupi był w stanie ją zrobić, ale lepsze to niż wojskowe suchary i konserwy, które dosyć szybko brzydną. Domowe jedzenie, nawet jeżeli było proste, zawsze smakowało lepiej niż puszkowane żarcie, które dostawało się w ramach wiktu.
– Może gdybym nie poczuła powołania i dalej pracowała w prywatnej klinice to by mnie było na takie wakacje stać. – Zaśmiała się, aczkolwiek w jej słowach nie można było wyczuć chociażby nuty żalu z podjętej decyzji. Może w wojsku zarabiała mniej niż tam, ale… wyższe dobro było dla niej po prostu ważniejsze.
Han’lynn upiła łyk wina (zostawiając przy tym na szkle kieliszka odrobinę czerwonej pomadki, którą miała na ustach), by następnie spojrzeć znów na Janusza.
– W kościele na Pradze była msza trydencka. Mam słabość do łaciny, nie mogłam sobie odpuścić. Potem poszłam na spacer… i nim się obejrzałam, było ciemno. – Komentarz o tym, że piękne kobiety nie powinny na Pragę się zapuszczać, puściła mimo uszu, aczkolwiek gdzieś tam z tyłu głowy zapaliła się czerwona lampka. Jednakże na razie się nią nie przejmowała.

avatar

PisanieTemat: Re: Konstruktorska 10B/23    Sro Lip 04, 2018 11:58 pm

W starych wojnach zwykle najbardziej cierpieli ci, którzy mieli z nimi wspólnego najmniej. W bitwach ginęli żołnierze, których nierzadko zmuszał do walki przymusowy nabór lub nagonka do wojska. Zdarzały się przypadki, w których żołdacy podzielali wizje swoich wielkich przywódców, lecz najczęściej jednak zwykli szeregowi mieli je głęboko w poważaniu i podejmowali się walki z przymusu. Wojna z balrogami jednak znacząco różniła się od jakiejkolwiek innej - we wszystkich starciach udział brali żołnierze, którzy musieli wierzyć we własną sprawę, bo bronili swojego domu i swoich bliskich przed czymś znacznie gorszym niż zwykły podbój.
Tylko najniższa krajowa i umowy na zlecenie, nic więcej.
Rozumiał, że pewne tematy bywają bardziej drażliwe - on starał się unikać swojego tematu, jak tylko potrafił. Znało go wiele osób, ale niewiele spośród nich miało okazję usłyszeć co nieco o jego przeszłości i wyjątkiem pozostawali ci, których znał od dawna. Pomijając takie detale jak to, że Cichocki niemal w ogóle o sobie nie opowiadał i zwykle trzeba było solidnie naciągnąć się go za język, żeby dało się coś z niego wyciągnąć.
No, chyba że się z nim piło. Po pijaku wyłączał mu się ten tryb i na tym gruncie stawał się łatwiejszy niż triówka przy drodze, bo czasem nawet nie trzeba było o nic pytać, żeby zaczął opowiadać sam z siebie.
- Nie zdziwiłbym się. Armia może i jest duża, ale to bardzo hermetyczne środowisko. Nawet jeśli kogoś nie znasz, to znasz kogoś, kto tego kogoś zna. Pomijając starszych oficerów czy generałów. - Znacznie zabawniej byłoby, gdyby służyli w tej samej jednostce. Ba, albo walczyli ramię w ramię, ale takiego zbiegu okoliczności Janek już nie przepuszczał. Bo już bez przesady.
Wszystko smakowało lepiej niż puszkowane żarcie. Wszystko smakowało lepiej niż konserwy, zwłaszcza gdy te zdążyły już człowiekowi zbrzydnąć do szczętu. Januszowi smakowały nawet jego własne dania po powrocie z dzikich zachodnich czy wschodnich kresów i już samo to powinno obrazować dokładnie, w jakiej był desperacji. Kucharzem, bądź co bądź, był jednak dość kiepskim, nawet jeśli starał się uchodzić za innego.
- Gdy ojczyzna wzywa, trudno jej odmówić. - Powołanie. Piękna sprawa, no proszę. Panna Zapolska wolała porzucić wygodne życie w mieście na rzecz tułania się po Polsce, by jak najlepiej się jej przysłużyć, niż pracować jak przykłady obywatel. Za nieprzykładne i chorobliwie wysokie pieniądze. Leczyła magią, jak wielu ludzi nie chciałoby z tego skorzystać? - Wojna kiedyś się skończy, nie wszystko jeszcze stracone.
Znowu sięgnął po wino, bo mimo wszystko dziwnym trafem pasowało do tego dania, nawet jeśli Cichockiemu w pierwszej chwili wydawało się nieco zbyt... hm, wyrafinowane na taką okazję. Bo tu właściwie nie było żadnej okazji. Mimochodem, gdy już odstawiał swój kieliszek z powrotem na stół, na chwilę zatrzymał wzrok na śladzie czerwonej szminki. Najpierw na szkle, później na ustach, by ostatecznie powrócić spojrzeniem do oczu panny Zapolskiej. Rozmówcy zawsze należało patrzeć w oczy, te rzeczy.
Chyba że akurat ktoś nosił znamiona introwertycyzmu, wtedy wszystko wychodziło trochę inaczej.
- Rozumiem. Ale i tak radzę uważać. Tak, wiesz, kiedyś. - Chwila przerwy, w czasie której odłożył sztućce i uniósł dłonie do góry w obronnym geście. - I tak, tak, jesteś oficerem i pewnie sama dałabyś radę ich skopać. Uczulam. Bo teraz było tylko trzech chłopców z baraków.

avatar

PisanieTemat: Re: Konstruktorska 10B/23    Czw Lip 05, 2018 1:17 am

Wojna miała to do siebie, że większość ofiar, to byli ludzie, którzy wcale na polu bitwy zginąć nie chcieli i wcale tego powołania nie posiadali – zwykli szeregowi, którzy czasem służyli jako mięso armatnie, bo przecież wysoce postawieni generałowie nie będą ramię w ramię walczyć przeciwko najeźdźcy, prawda? Część z nich zaciąga się do wojska, bo to zawsze jakieś pewne pieniądze, czasem nawet lepsze niżeli w jakiejś mieścinie. Albo kontynuuje rodzinną tradycję, choć zdecydowanie bardziej wolałby zostać artystą. Byli jednak tacy ludzie, którzy do wojska poszli z własnej, nieprzymuszonej woli. Jedną z takich osób była właśnie Han’lynn. Życie w Warszawie miała tak naprawdę ustawione – bardzo dobra posada w prywatnej klinice, rosnąca z miesiąca na miesiąc reputacja. Bądź co bądź, ale niewiele osób było zdolnych do leczenia przy pomocy magii. A w swoim zanadrzu miała zaklęcie, które było w stanie wyleczyć rzeczy, z którymi tradycyjna medycyna nie miała prawa sobie poradzić. Magia Zapolskiej była wstanie zmienić błędy genetyczne. Ile rodziców byłoby w stanie zapłacić jej krocie za to, by usunęła dodatkowy chromosom ich dziecka, by było normalne? Albo nowotwory – dla niej nawet te najgorzej rokujące nie stanowiły problemu. Mogła opływać w luksusie, mieć dosłownie to, czego by chciała… A jednak wybrała pracę na froncie. Wystarczył tydzień spędzony w szpitalu polowym na froncie zachodnim, by poczuła, że to właśnie było jej powołanie. I choć magii nie używała tak często – bądź co bądź, ale uleczenie totalne kosztowało ją naprawdę bardzo dużo wysiłku – to i tak czuła ogromną satysfakcję z tego, co robiła. A to było warte więcej niżeli wszelkie pieniądze…
Ojciec Han’lynn umarł na polu bitwy, będąc kompletnie pokiereszowanym przez jegrów. Ilość fag była zbyt duża, by ten mógł sobie poradzić, Zapolska przybyła zbyt późno, by mu pomoc. Pośmiertnie z rotmistrza został awansowany na majora, za zasługi dla Wojska Polskiego. Pamiętała jego pogrzeb nazbyt dobrze. Z należytymi honorami i tak dalej… Miała wrażenie, jakby to było wczoraj.
– Cieszę się, że mnie wezwała. Dopiero na służbie poczułam pełną satysfakcję z tego, co robię – przyznała szczerze, po raz kolejny upijając łyk wina, którego było coraz mniej. – Myślę, że gdy wojna się skończy, wszystko wróci do normalności i nie będzie już możliwości podróżowania pomiędzy Planami. – Taką miała teorię. Bo to nadejście balrogów naruszyło cały porządek i jak tylko pozbędą się problemu, Plany przestaną się przenikać. A chociaż zostaną podjęte działania, by to zrobić, by znowu nie mieć na Ziemi ataku istot z wrogich Planów. Może się myliła, ale jej teoria miała w sobie trochę sensu.
Nie było żadnej okazji, to prawda. Po prostu pomyślała, że jak naleje im wina, to będzie się lepiej gawędziło. Bądź co bądź, ale dotychczas z Cichockim łączyły ją jedynie kontakty zawodowe i nie pozwalali sobie na spoufalanie się. Ba, Han’lynn odrzuciła nawet jego końskie zaloty (o czym, swoją drogą, zapomniała). Nawet w niewielkich ilościach. A jak już o wino się rozchodzi – powoli brakowało go zarówno w kieliszku Zapolskiej, jak i Cichockiego. Całe szczęście butelka stała tuż obok, więc pani podporucznik polała zarówno sobie, jak i Jankowi.
– Jasne, będę uważać. Dzięki za troskę – odpowiedziała, uśmiechając się do Janusza. Co mogła powiedzieć innego? Na niektóre rzeczy nie ma się po prostu wpływu. – Niejeden Czarny dostał ode mnie wpierdol, to co się będę jakimiś dresami z Pragi przejmować? – rzuciła półżartem, półserio. Tak naprawdę, to nawet cały gang czy mafia mokotowska brzmiała jak błahostka w porównaniu z walką z jegrem.
O balrogach nie wspominając…
– Jakby ktoś mi wtedy, w Stojanowicach, powiedział, że pewnego dnia będziesz moim księciem na białym koniu, który uratuje mnie przed grupką dresów i będziemy razem jeść kolację i popijać zapewne drogie wino, parsknęłabym śmiechem. – Nawet teraz, na ustach Hanki pojawił się lekki uśmiech. Delikatne uniesienie kącika ust, by następnie upić kolejny łyk wina i wziąć ostatni kęs szakszuki. – Los bywa przekorny, nieprawdaż, panie Cichocki? – zapytała, choć teraz wydawała się być bardziej poważna…

avatar

PisanieTemat: Re: Konstruktorska 10B/23    Pią Lip 06, 2018 1:39 pm

W normalnych wojnach zwykle cierpieli ci, którzy najmniej powinni. Ale wojna z balrogami w niczym nie przypominała normalnej, takiej jak dawniej. Kiedyś nie było miejsca na enpisy czy egidy bojowe, w powietrzu nie fruwały karteczki z czarami, żołnierze nie posługiwali się bronią taumaturgiczną, a najeźdźca w tym wypadku nawet nie był człowiekiem. Ta wojna miała zupełnie nowy, niespotykany na tym Planie wymiar.
Do Cichockiego w pierwszym momencie ojczyzna wcale nie śpiewała. Zwyczajnie nie wiedział za bardzo, co ze sobą począć - i jakoś wydawało mu się od zawsze oczywiste, że koniec końców pójdzie w ślady ojca, do wojska. Brakowało mu pomysłu i chciał złapać się czegoś, co było w pewnym sensie uniwersalne i łatwo dostępne dla każdego normalnego człowieka. Miał szczęście, bo w wojskowości ostatecznie odnalazł swoje powołanie i teraz nie potrafił sobie wyobrazić innego życia. Mieszkać spokojnie w mieście? Mieć zwykłą pracę, do której wychodziłby codziennie rano o siódmej czy tam ósmej? Niewyobrażalne.
- Chcesz mi powiedzieć, że zostanę bezrobotny? - sarknął, aczkolwiek nadal beztrosko i wciąż z uśmieszkiem, co od razu powinno sygnalizować, że był to zwykły żart. Przypuszczał, że w takim wypadku musiałby zadowolić się pracą w wojsku, ale wolał nie myśleć o takiej ewentualności. Pojawienie się balrogów zaburzyło struktury między Planami, ale kto powiedział, że nie było zaburzenie stałe? Co z artefaktami, które pozwalały na przejścia? Co z rytuałami? Czy w ogóle istniało prawdopodobieństwo, że ludzie porzuciliby te podróże i nie otwieraliby Przebić sami?
Ciężko powiedzieć w gruncie rzeczy. Cichocki zresztą nigdy się nad tym nie zastanawiał, należał do tych ludzi, którzy do przyszłości wybiegają tylko wtedy, gdy muszą planować swoje poczynania w sytuacjach zagrożenia życia, teraźniejszość była mu znacznie bliższa i jej poświęcał zwykle więcej swojej uwagi. - Ja poszedłem do wojska, bo nie widziałem innej drogi, ale przy okazji byłem szczęściarzem i znalazłem tam swoje miejsce.
Wina nadal było za mało, żeby rozwiązać doszczętnie język Janka - ale toż on był najprawdziwszym polakiem pod tym względem, w jego żyłach krążył swojski bimber z odrobiną krwi, żeby organizm mógł prosperować względnie normalnie. Co to dla niego taki kieliszek? Na szczęście panna Zapolska postanowiła braki w szkle nadrobić, w przeciwnym wypadku Janek musiałby robić to samemu. A skąd miał wiedzieć, jaką ilość preferowała Hania? Może była jedną z tych osób, które upijają się po dwóch lampkach, a toż on nieprzytomnej zdecydowanie wolał tu nie mieć.
Zaśmiał się. Co tam dresy z Pragi, skoro gdzieś tam na zachodzie czekała banda Czarnych.
- No tak, racja.
Ach, troska od razu... zwyczajnie rzucił czymś, co właściwie każdy zwykły człowiek by rzucił w takiej sytuacji. Powinnaś uważać, bla bla, następnym razem może być gorzej, bla bla. Klasyka.
Natomiast na jej kolejne słowa w pierwszej chwili przybrał śmiertelnie poważną minę.
- Tym zajmuję się w Warszawie, czekam w dziwnych miejscach na damy w opresji i pojawiam się, Bóg wie skąd. Dzięki temu nie muszę gotować, ani trochę - wszystko to wyartykułował wciąż z tą samą miną i tym samym tonem, zupełnie jakby właśnie zdawał swojemu dowódcy raport. Dłonią sięgnął po kieliszek, napił się i gdy już do ostawił na swoje miejsce, oparł się przedramionami o kant stołu i nachylił nad nim, zupełnie jakby właśnie zamierzał zdradzić Hani wielką tajemnicę. - Znacznie bardziej, niż sobie pani wyobraża, panno Zapolska - oznajmił to miękkim szeptem, by kompletnie nikt inny nie mógł tego usłyszeć. Pomijając to, że byli tam kompletnie sami.
Po tych słowach wyprostował się i popełnił zbrodnię przeciwko wszystkim prawom gospodarza i gościa, albowiem podniósł się ze swojego miejsca i bezczelnie zebrał talerze, by odstawić je na blat. Taki był z niego Janusz.

avatar

PisanieTemat: Re: Konstruktorska 10B/23    Pon Lip 09, 2018 12:22 am

Prawdę powiedziawszy to Han’lynn było ciężko sobie wyobrazić, co będzie po wojnie. Chciała wierzyć, że wyjdą z niej zwycięsko… Nawet jeżeli pokonają balrogów, mgłę i świat znów stanie się wolny – jak będzie on wyglądać? W przeciwieństwie do dawnych czasów, ludzie pozostawali ludźmi, a po kontakcie czy to z Czarnymi czy też z mgłą, człowiek zamieniał się w potwora… Jak długo świat będzie musiał radzić sobie radzić z bezprizornymi, którzy w każdej chwili mogli stać się urka-hai, według tego, co się mawia… Te i wiele innych pytań rodziło się w głowie Zapolskiej od dawna. I dopóki wojna trwa, zapewne nie uzyska na nie odpowiedzi. Miała jednak nadzieję, że dożyje dnia, w którym Król powie, że w kraju panuje już pokój. Takie małe – wielkie marzenie.
– Mam nadzieję, że się mylę. Chciałabym kiedyś odwiedzić Plan Elfów. Jakby nie patrzeć, połowa moich korzeni jest ściśle związana z tamtymi, nazwijmy to, rejonami – powiedziała, całkiem serio. Gdyby miała wybierać między życiem na Ziemi, a w Planie Elfów, nie zastanawiałaby się i zostałaby tutaj. Bo to było jej miejsce tak naprawdę. Miała tu przyjaciół, tu się wychowała i nie chciała tego zmieniać. I jakby nie patrzeć… Czasem czuła się bardziej człowiekiem. Wychowywał ją ojciec, bez matki, nie miała takiej okazji by być aż tak… ekscentryczna jak jej uszaci przodkowie i wielu kwestiach zachowywała się bardzo ludzko. Nie licząc momentów w które wchodził honor, dotrzymanie obietnicy i poczucie obowiązku. Wtedy elfickie geny mocno dają o sobie znać.
Przyszłość w kontekście trwającej wojny brzmi bardzo… nierealnie. Ciężko było zaplanować cokolwiek, będąc niepewnym nawet jutra. Panna Zapolska już wiele razy na swojej skórze poczuła, że gdy powie się losowi o swoich planach, ten bezczelnie zaśmieje się nam w twarz. Czasami pozwalała sobie na odrobinę fantazji, aczkolwiek zwykle stąpała dosyć twardo po ziemi.
– Czyli robisz to z egoistycznych pobudek. Nieładnie – odpowiedziała, uśmiechając się pod nosem. Upiła łyk wina, którego przed chwilą im dolała. A ona głupia dała się złapać na taką marną sztuczkę! Jednakże, nie żałowała. Bardzo miło się jej z Jankiem siedziało i z wielką chęcią jeszcze posiedzi i pogawędzi na różne tematy.
Gdy Janusz się nachylił, Hania poczuła… właśnie sama nie wiedziała do końca co. Może to serce zabiło kilka razy nieco szybciej niż powinno, może to był niepokój, że Janek przekraczał bezpieczną granicę wyznaczoną przez blat, a może to coś innego? Było to jednak dziwne, tak samo jak dziwny był jego szept i cała ta powaga, w którą były ubrane słowa Cichockiego. Lampka z tyłu głowy zaczęła się świecić jeszcze mocniej, aczkolwiek wciąż to ignorowała.
Hania już miała zebrać talerze, gdy Janusz zrobił to za nią. Spojrzała na niego z widocznym niezadowoleniem, aczkolwiek nie powiedziała ani słowa. Miał się czuć jak u siebie w domu, to posprzątał. Tudzież pewnie włożył do zmywaka, a Zapolska już sobie pozmywa sama.
– Za chwilkę wrócę– oznajmiła, znikając z pola widzenia Janka. Poszła najpierw do swojego pokoju, by pozbyć się sprzętu sprytnie ukrytego pod sukienką (choć chciałabym zobaczyć reakcję Janusza na dwa noże, gdy już się do Hanki dobierze), by potem pójść do łazienki. Dotychczas Cichocki miał okazję widzieć Hanię tylko w spiętych włosach i zwykle był to warkocz. Teraz to się zmieni. Panna Zapolska postanowiła je rozpuścić, pozwalając blond falom opaść swobodnie na plecy i ramiona. Przeczesała je kilka razy szczotką. Włosy Hanki były długie, bo sięgały prawie że do samych bioder. Gdyby Cichocki je dotknął, poczułby, że są gęste i jedwabiście gładkie… Dbała o nie jak szalona. Mimo że zdecydowanie wygodniej byłoby jej pracować z krótkimi, upierała się przy swoich długich, bo były po prostu ładne.
Wróciła do salonu po jakiś czterech minutach. Wzięła swój kieliszek, który stał na stole i podeszła do Janka.
– To może jakiś toaścik za dzisiejszy wieczór? – zaproponowała, uśmiechając się do niego.

avatar

PisanieTemat: Re: Konstruktorska 10B/23    Nie Lip 15, 2018 2:01 pm

Ten świat nie potrafiłby sprawnie działać bez magii. Ludzie przywykli do niej, była na każdym kroku. Ba, wykładano ją nawet na uniwersytetach, uczono teorii i co zdolniejsi w tej sztuce podejmowali się pracy przy tworzeniu nowych czarów i osadzaniu ich na karteczkach. Wojna z balrogami odmieniła oblicze wojny i świata. Całej ziemi.
Tej ziemi.
- Też mam taką nadzieję. - Bo cóż on by ze sobą począł? Nie usiedziałby na miejscu, w Warszawie. Nie mógłby też pracować dalej w wojsku, gdyby ostatecznie zapanował pokój. Był tym typem człowieka, któremu do szczęścia potrzebny był ciągły ruch, zastrzyki adrenaliny. Z jednej strony pragnął jeszcze za swojego życia zobaczyć spokojną i wolną Polskę. Z drugiej jednak nie potrafiłby znaleźć się w pozbawionym tego wszystkiego świecie. - Elfy nawet opowiadać o tym nie mogą... Ale też chciałbym zobaczyć. Nazwijmy to ciekawością.
Plan Elfów był owiany największą tajemnicą, mimo że same elfy, które przybyły do Polski, już nie były tak wielką zagadką. Dlaczego król zakazał opowiadania ludziom, jak wygląda elfia ojczyzna? Czy ich świat został zniszczony? Czy był od Ziemi znacznie piękniejszy, lepszy? Czy to z obawy, że ludzie chcieliby się tam przenieść i zabraliby ze sobą wszystkie wynaturzenia i zbrodnie, których się dopuszczali, że zniszczyliby ich świat tak, jak zrobili to ze swoim? Tylko oni o tym wiedzieli.
Należało myśleć o teraźniejszości, dlatego właśnie Janusz szybko wrócił do niej myślami, porzucając elfy, ich Plan i ich motywy. To wszystko nijak miało się do kolacji z Zapolską, winem czy czymkolwiek innym, z czym Cichocki miał teraz do czynienia. Wolał skupić się na tym drugim, po co mu czcze rozważania, skoro przed z kieliszkiem wina siedziała piękna kobieta - tudzież półelfka, naprawdę, to nie miało żadnego znaczenia.
- Tylko częściowo. Wszystkie ocalone przeze mnie damy w opresji finalnie były bardzo usatysfakcjonowane.
Cichocki, co ty pierdolisz i czy nie pozwalasz sobie przypadkiem za dużo?
Może jednak to wino było mocniejsze, a on sam był nieco bardziej zmęczony niż zakładał i dodatkowo odzwyczajony od alkoholu organizm postanowił odjebać jakiś szajs?
Poczuł się jak u siebie w domu. No kurwa. Jakim był dobrym gościem - nawet naczynia po sobie bezproblemowo sprzątał i nie widział w tym ani niczego dziwnego, niewłaściwego czy jakiegokolwiek. Osobiście uważał, że to taka tam małą uprzejmość, rzecz normalna. I nawet spojrzenie Hani niekoniecznie wiele mu powiedziało, że jego zachowanie zostało odebrane jako nietaktowne.
No i prośba. Oczywiście, że włożył je do zmywaka, naczyń nawet u siebie w domu nie lubił zmywać i wiecznie to odkładał na sam koniec dnia.
- Jasne.
Napił się tylko wina i grzecznie czekał. Położył dłoń na stół i wystukiwał palcami tylko sobie znaną melodię, rozglądając się dookoła bez większego zainteresowania - głównie dlatego że główny obiekt, który wzbudzał największą ciekawość, zwyczajnie na chwilę postanowił opuścić pomieszczenie.
Czekał, czekał i... no i wróciła. Tylko że Cichocki przez chwilę tylko jej się przyglądał w milczeniu z miną trochę dziwną. Ot, jakby zobaczył ją pierwszy raz w życiu, albo jakby właśnie delikatnie prąd go pierdolnął i właśnie się zastanawiał, dlaczego, jak i co się właśnie stało.
Bo nigdy nie widział Zapolskiej z rozpuszczonymi włosami. Kobiety w mundurach zawsze wydawały mu się poniekąd... bezpłciowe, bez względu na ich kształty czy urodę. Przez spięte włosy, delikatny lub zupełny brak makijażu, przez tę prostotę. Zobaczenie choć jednej po cywilu było czymś trochę dziwnym. Jakby właśnie oglądał kogoś trochę innego.
Podniósł się ze swojego miejsca i spoglądał na Zapolską z góry. Bo przecież był, bądź co bądź, drabem, co to mierzył dobre dwa metry.
- Mhm. Za łobuzów z Pragi, gdyby nie oni, nie byłoby tego toastu.
Stał pewnie trochę bliżej, niż z pewnością życzyłaby sobie tego dobra, katolicka kobieta. No ale. Przecież on był święcie przekonany, że kolacja to ledwo przystawka, wino to danie główne, a deser to już w ogóle. Ot, stał przed nim. Hani brakowało wisienki na czubku głowy. wtf
Niemniej dzielnie kieliszkiem o kieliszek stuknął - delikatnie, cichutko, żeby przypadkiem nie rozjebać - i się tego wina napił. A co.

Saszka gdzie jesteś

avatar

PisanieTemat: Re: Konstruktorska 10B/23    Nie Lip 15, 2018 7:02 pm

Prawdą jest to, że świat stał się kompletnie uzależniony od magii… Stała się ona integralną częścią ziemskiej egzystencji i ludzie nie potrafili sobie wyobrazić życia bez niej. Jednakże, przed atakiem balrogów, ludzie nie widzieli świata bez smartphonów, Internetu i tym podobnych rzeczy… To wszystko zmieniało się naprawdę bardzo szybko. Han’lynn jednak się zastanawiała, co będzie po tym, jak już wojna się skończy – czy elfy wrócą do swojej ojczyzny, czy znów zostanie wprowadzona demokracja? Z iloma elfimi przyjaciółmi przyjdzie się jej pożegnać… choć czy ona, jako pół elfka, będzie miała prawo dalej żyć w tym kraju? To wszystko było tylko gdybaniem, aczkolwiek w jakiś sposób niepokoiło Zapolską.
– Wiem, że nie mogą. I sam jeden król wie, dlaczego. Możemy się tylko zastanawiać. Co nie zmienia faktu, że chciałabym Plan Elfów odwiedzić. Kiedyś tam. – Prawdę powiedziawszy, Hania też nie potrafiła sobie wyobrazić swojego życia po wojnie. Wrócić do spokojnej pracy w prywatnej klinice, gdzie będzie zarabiała kupę szmalu, ale nie będzie nic to miało wspólnego z powołaniem, które odnalazła w wojsku? Kolejna niewiadoma w jej życiu… Jedna z wielu tak naprawdę.
Han’lynn, mimo że w połowie płynęła w niej elficka krew, z zachowania była bardziej ludzka. Zapewne to była kwestia wychowywania ojca oraz opiekunki, brak elfickich wzorców w dzieciństwie. Co nie zmieniało faktu, że także miała swoje dziwactwa i czasem było ciężko ją zrozumieć. Z doświadczenia wiedziała, że elfy są prawe, szczere i bardzo, ale to bardzo uczciwe. W przeciwieństwie do ludzi, którzy potrafili być potworami… Może właśnie dlatego elfy nie chcieli homo sapiens w swoim świecie, by nie splugawili go tak, jak splugawili ziemię?
Przyszłość była zagadką, życie wciąż płynęło i trzeba się skupić na teraźniejszości. A tą teraźniejszością dla Zapolskiej było towarzystwo Cichockiego, lampka dobrego wina (na dwóch się zapewne nie skończy) i rozmowa z nim. Słowa Janka wprawiły ją w chwilową konsternację, a alarm z tyłu głowy dawał o sobie coraz to bardziej znać. Jednak Han’lynn, z niewiadomych powodów, wciąż go ignorowała, zapijając kolejnym łykiem wina.
– Czyli obydwie strony są zadowolone. – Uśmiechnęła się delikatnie. To zdecydowanie alkohol płynący w żyłach Zapolskiej sprawiał, że pozwalała sobie na takie spoufalanie się. Dobrze, że była pieprzoną służbistką, jak to zwykła Zawisza mawiać, i jak przyjdzie co do czego, to będzie potrafiła zachować się profesjonalnie.
Wojsko miało to do siebie, że wszystkich traktowało po równo. Niezależnie od tego, czy było się zwykłym szeregowym, czy najwyższej rangi generałem, regulamin mundurowy był regulaminem i Hania trzymała się każdego jego punktu. Włosy zawsze spięte w warkocz, minimalny makijaż, bo i tak takowego nie potrzebowała. Miała naturalnie gładką cerę, długie, ciemne rzęsy i rubinowe usta. Elfickie geny naprawdę robiły tutaj dużo roboty, maskując ludzkie ułomności.
Mówiąc, że Hania była kimś kompletnie innym po cywilnemu, nie mijało się bardzo z prawdą. Podporucznik Zapolska, a Han’lynn to dwie różne osoby. Teraz pozwalała sobie na nieco luzu, brak większej spiny, omijanie formalności, czego nie zrobiłaby, gdyby byli wspólnie na jakiejś akcji.
Nie była wcale taka niska, bo miała, bez jednego centymetra, metr osiemdziesiąt, jednakże wciąż te dwadzieścia centymetrów różnicy między nimi było.
– Za łobuzów z Pragi – powtórzyła po Cichockim, by następnie stuknąć swoim kieliszkiem o jego i upić łyk wina.
Janek był blisko. Bliżej niżeli przyzwoitość pozwalała. Czuła na swojej skórze jego oddech, miała wrażenie, że wręcz przeszywał ją wzrokiem. I nie wiedzieć czemu, zrobiło się jej dziwnie gorąco. Hania opuściła wzrok, nie będąc w stanie patrzeć prosto na Janka. Nie była zbyt doświadczona w relacjach damsko – męskich. W sumie to nie miała żadnego doświadczenia. By uspokoić swoje nerwy i wyłączyć te cholerne czerwone światełko z tyłu głowy, wypiła duszkiem całe wino, jakie miała w kieliszku i odłożyła go na blat.
Stary, mechaniczny zegar wybił jedenastą.
– Już tak późno? – powiedziała bardziej do siebie, niż do Janka. Zerknęła w stronę zegara, upewniając się czy się nie przesłyszała. – Jak ten czas szybko leci.

Ratuj dziewictwo Hani.

avatar

PisanieTemat: Re: Konstruktorska 10B/23    Nie Lip 15, 2018 11:34 pm

- Będę trzymał kciuki.
Oczywiście, bo przecież sam chciałby zobaczyć, jak tam to wszystko wygląda. Miał okazję przedzierać się przez kilka Przebić, w kilku Planach był, więc zdawał sobie sprawę z odmienności wymiarów. Początkowo wydawało mu się nieprawdopodobne, by różnice były tak duże, ale z czasem każdy człowiek przyzwyczajał się do tej nienormalności i wszelakie cuda na kiju przestawały robić tak kolosalne wrażenie - bo, mimo wszystko, i tak pewne wywierały.
Biedny alarm, był notorycznie ignorowany, choć dzwonił w podświadomości Zapolskiej absolutnie słusznie. Gdyby Hania posłuchała brzęczącej intuicji, przypuszczalnie by się w całą tę sytuację nie ładowała i bardzo szybko - brutalnie uprzejmie - by Cichockiego spławiła i kazała się pierdolić na ryj, nawet jeśli jej słowa zostałyby ubrane w kompletnie inne piórka. Jego intencje łatwo dało się rozszyfrować. Po tym, w jaki sposób się Han'lynn przyglądał, po jego słowach, po tym nonszalanckim, tylko odrobinę bezczelnym, uśmieszku pałętającym się po mordzie.
- I to bardzo. - Poczuł się zobowiązany do dodania jeszcze tych trzech słów. Bo musiał.
A Janusz... cóż, słynął z tego, że zachowywał się nieprofesjonalnie. Przeważnie. W sytuacjach kryzysowych bądź wymagających w szczególności zawodowego zaangażowania - jak choćby wszystkie spotkania z El-Galadem - potrafił zachować powagę, ale żadne inne opcje nie wchodziły w grę. Za tę swoją bezczelność w słowach długo miał w wojsku zwyczajnie przejebane, gdy był jeszcze głupim kotem, bo notorycznie pyskował dowódcom, kpił im w żywe oczy i zachowywał się tak, jakby pozjadał wszystkie rozumy, a przynajmniej bardzo starał się je zeżreć. Uratowały go umiejętności i awanse. Mało kto wydzierał się później na chorążego Cichockiego, zastępce rotmistrza 7. Pułku Kawalerii. A już kompletnie nikt nie piłował się na geografa królewskiego, bo zwyczajnie nie można było. Mniejsza.
Elfie geny naprawdę robiły kawał dobrej roboty. Mundur polowy zabierał kobiecość, ale przecież w żaden sposób nie deformował twarzy. Nie ujmował urody, uroku. Nie wygaszał barw ust, nie zmieniał policzków czy oczu. Cywilne ubrania i rozpuszczone włosy były z kolei dopełnieniem, cały obraz zyskiwał dodatkowych walorów i stawał się bardziej przystępny i zachęcający.
No i teraz Janek patrzył właśnie na taki obraz jak ciele w malowane wrota. No, prawie.
W odróżnieniu do Zapolskiej ani nie opróżnił kieliszka - nawet jeśli po części kusiło go, żeby to zrobić - ani nie oderwał od niej spojrzenia. Ale poszedł jej śladem i odstawił wino na stół. Właściwie czemu odwrócił wzrok? Speszyła ją ta sytuacja? Ot, taka? Przecież nawet jeszcze niczego na dobrą sprawę nie zrobił, tylko był grzecznym chłopcem i na razie badał, na jak wiele może sobie jeszcze pozwolić.
Był i tak święcie przekonany, że Hania zapaliła gdzieś tam zielone światło. Albo że było zapalone od samego początku, odkąd tylko wszedł do środka. Albo gdy tylko zaproponowała mu kolację.
Machinalnie odwrócił głowę w stronę zegara. Łopanie, wybiła dwudziesta trzecia? Zamiast jednak oznajmić, jak normalny człowiek, że wobec tego on może już sobie pójdzie, bo jest późno, co zrobił Cichocki? Skierował spojrzenie z powrotem na biedną panią podporucznik i się uśmiechnął.
- W dobrym towarzystwie zawsze ucieka szybciej - oznajmił na dobry początek. Bo toż wcale nie zamierzał kończyć na tych paru słowach, skądże znowu. - Cóż, cała noc przed nami.
Mhm.

Zanim będzie za późno.

avatar

PisanieTemat: Re: Konstruktorska 10B/23    Pon Lip 16, 2018 11:29 am

Sęk w tym, że Han’lynn coraz bardziej zdawała sobie sprawę z tego, że chyba ich zamierzenia się trochę minęły i ona wcale nie zamierzała z nim spędzić upojnej nocy. Tylko nie wiedzieć czemu, postanowiła puszczać to wszystko mimo uszu, ignorować tę czerwoną lampkę, która jarzyła się od momentu, w którym przekroczyli próg jej mieszkania. Może to przez te wino, które wypili? Hanka nigdy nie była posiadaczką mocnej głowy, więc to mogło być przyczyną, że zamiast grzecznie, ale stanowczo, wyprosić Cichockiego, to wciąż pozwalała mu na ciągnięcie, nazwijmy to, gierki.
Zapolska musiałaby być głupia, żeby nie wiedzieć, o co mu chodziło. W tym momencie dotarło do niej, że Janek chciał, by ona była jedną z tych zadowolonych kobiet. I nie miała pojęcia co powinna zrobić. Nie chciała być dla niego niemiła, z drugiej powinna postawić go do pionu i pokazać, gdzie jest granica. A z trzeciej, coś ją kusiło, żeby spróbować. Nigdy nie miała czasu na zdobywanie „doświadczenia” w relacjach damsko – męskich. Jak nie studia, to praca, jak nie praca, to jeszcze coś innego. I w ten oto sposób mamy Hanię, lat czterdzieści pięć, której najbardziej bezpruderyjną rzeczą, jaką miała okazję robić to całowanie się. I to bez języczka.
W sytuacjach czysto zawodowych budziła się w Hance jej elfia natura. Choćby z kimś była naprawdę blisko, niezależnie od tego, praca była pracą i zachowywałaby się w stu procentach profesjonalnie. Gdyby miała męża w wojsku, to pewnie, gdy sytuacja by tego wymagała, nie miałaby oporów, żeby mówić do niego stopniem, a nie po imieniu, czy – broń Boże! – per „kochanie”. Nie ma miejsca na prywatę, gdy miała na sobie mundur i z uroczej Haneczki stawała się podporucznik Zapolską.
Jak już o słodkiej Han’lynn mówimy – czuła się speszona tą sytuacją, a przede wszystkim odległością pomiędzy nią, a Januszem. Tak naprawdę nie miała gdzie uciec. Czuła się trochę otoczona przez Cichockiego, a to sprawiało, że serce biło nieco szybciej, zrobiło się jej dziwnie gorąco (aż musiała odpiąć górny guziczek swojej koszuli, tuż przy szyi, bo oddychać nie potrafiła), a zwykle nieskazitelnie jasna cera przybrała rumianego koloru na policzkach. Nie patrzyła na niego, uciekała wzrokiem jak tylko się dało.
Słowa Janusza wcale nie poprawiały sytuacji. Postanowiła jednak w końcu na niego spojrzeć. I pożałowała tego niemalże momentalnie, widząc jak na nią patrzy. Bycie po cywilnemu odbierało jej pewność siebie. Gdyby miała mundur na sobie, w życiu nie pozwoliłaby na taki obrót spraw. Zastanawiała się, jak z tego wybrnąć, co zrobić… nic jednak do głowy jej nie przychodziło. A gdy usłyszała kolejne słowa Cichockiego, nogi niemalże same się pod nią ugięły.
– Noc? – Tylko tyle udało się jej powiedzieć, patrząc na Janusza z niedowierzaniem w oczach. Naprawdę źle ją zrozumiał. Ona chciała tylko się odwdzięczyć za pomoc, której jej udzielił, bo tak po prostu wypadało. Wzięła głęboki wdech, starając się uspokoić. Zaczesała niesforny kosmyk włosów za ucho. – Janek, wiesz, bo ja… – przygryzła wargę – jeszcze nigdy nie byłam z mężczyzną – wydusiła z siebie.
Boże, co ja wyrabiam?, przeszło jej jedynie przez myśl. To było jakieś szaleństwo… Oj będzie miała się z czego spowiadać, mimo tego, że jeszcze do niczego nie doszło. Nieczyste myśli to też grzech.

Kisnę xD

avatar

PisanieTemat: Re: Konstruktorska 10B/23    Pon Lip 16, 2018 7:56 pm

To był maj, pachniała Saska Kępa, ale zgoła nie szalonym, zielonym bzem. Albo może i bzem, skąd niby Saszka miał to wiedzieć, skoro go tam dzisiaj nie było (chyba), bo był (prawdopodobnie) na Mokotowie. Albo tak mu się przynajmniej wydawało. A ściślej rzecz biorąc - na Nowym Mokotowie.
A żeby być jeszcze bardziej precyzyjnym - stał właśnie przed drzwiami podporucznik Zapolskiej i kapał jej na wycieraczkę.
W każdym razie, miał nadzieję, że to są jednak drzwi Han'lynn.
Gdyby ktoś teraz na niego spojrzał, nie doszukałby się w elfie ani geografa królewskiego, ani w ogóle nikogo związanego z wojskiem.
No, chyba że starego trepa po nocy spędzonej na hulankach i mordobiciu w jakiejś knajpie nieopodal koszar.
Morda zakrwawiona całkowicie, koszula zakrwawiona całkowicie, spodnie zakrwawione tak do połowy i kilka kropel na butach. Modowa policja byłaby zadowolona, bo to przecież nie wypada, żeby być ubranym w całości w jeden kolor. Tak przynajmniej Saszka kiedyś słyszał w jakimś programie w radiu śniadaniowym.
Porucznik Erkh'iaan w sumie chętnie zjadłby teraz śniadanie. Czy tam kolację. Mniejsza o nomenklaturę, był po prostu głodny. Ale to nie dlatego stał teraz i kapał półelfce na wycieraczkę. Miał rozwalony łuk brwiowy, trochę obdarty nos i całkowicie obtarty policzek, tak, że wspomnieć w jego kontekście o wierzchniej warstwie skóry można by chyba tylko przez grzeczność.
Zapukał.
To znaczy, chciał zapukać. A wyszło tak, jakby ktoś młotem walił w drzwi.

kilka godzin wcześniej
Już z samego rana wparowała mu do mieszkania ciocia Halinka, która jego ciocią wcale nie była. Ale jako że mieszkała po sąsiedzku, była w jego wieku, a wyglądała na starszą (w sam raz w wieku cioci), uwielbiała uszatki, nie miała własnych dzieci i zawsze uważała, że Saszka jakoś tak mizernie wygląda, to kazała mu mówić na siebie ciocia i koniec.
Ciocia Halinka urządzała Rysiowi imieniny.
Imieniny to ważna sprawa. Wielka polska tradycja, od której niejednokrotnie zależały losy całej patriosfery. Na takie prawdziwie polskie imieniny trzeba było mieć koniecznie przygotowane ciasto (najlepiej serniczek), śledzika, sałatkę, jakąś wędlinkę. I dużo, dużo wódki. Broń Panie Boże, niechrzczonej. W dobrym guście było także przyprowadzić jakiegoś młodego kawalera, najlepiej takiego, co to w wojsku robił, żeby móc się nim chwalić przed rodziną i innymi sąsiadkami. Albo może nawet wyswatać go z córcią Grażynki, przecież to taka miła dziewczyna, i nawet na studia poszła, na bibliotekoznawstwo, bo przecież lubiła te swoje książki, ależ nie, co też opowiadasz, normalna, miła dziewczyna, i obiad ugotuje, i posprząta, i jeszcze by takiemu mężowi koszulę ładnie uprasowała.
Saszka właściwie nie miał wyjścia, po prostu musiał tam być.
A jak już tam był, to przez większość wieczoru sprawnie unikał picia tej obrzydliwie gorzkiej wódki (co ci wszyscy ludzie i nieludzie w niej widzą?), cały czas się wymawiając tym, że niedawno wrócił zza Horyzontu i organizm jeszcze nie przywykł. Była to prawda, ale tylko częściowa. O czym zebrane towarzystwo Wieśków, Zdziśków, Katarzynek i Elżuń mogło się przekonać zaraz po tym, jak tylko na stół wjechała wręcz obrzydliwie słodka Malinowa Nalewka Cioci Halinki™️, którą Saszka ojebał niemalże sam. Elf schlał się, aż miło.
To znaczy, aż miło było sobie z niego stroić żarty. Zwłaszcza takie z przysłowiami. Saszka ich nie rozumiał i robił to bardzo, z przemądrzałą miną próbując udowodnić, że jednak jest inaczej.
Po dziesiątej goście porozchodzili się do domów. I Erkh'iaan nie był tu wyjątkiem.
Stojąc na klatce schodowej, po ciemku wymacał klucze w kieszeni, robiąc przy tym raban tak wielki, że aż Pimpuś, pies sąsiadów z dołu, koszmarnie się rozszczekał. Saszka przyłożył sobie palec wskazujący do ust.
- Szszszszsz, bo szyzkich obuzisz - pouczył samego siebie.
Nic to jednak nie dało. Jako że klucze trzymał w ręce, którą się uciszał, to normalną koleją rzeczy było, że mu po prostu spadły na podłogę. Elf schylił się po nie, prawie pocałował się ze schodami, odzyskał klucze, odzyskał odrobinę równowagi i wtedy wpadł na genialny plan.
Zadecydował, że pójdzie do sklepu kupić sobie torcik wedlowski.
Wędrując od jednego sklepu do następnego (niedziela handlowa, proszę państwa, życzymy szczęścia w poszukiwaniu czegoś, co będzie otwarte), zaszedł z Żoliborza aż na Mokotów. Przez Wolę. I Ochotę. A następnie Śródmieście.
Torcika wedlowskiego, co prawda, nigdzie nie znalazł, wytrzeźwieć też nie wytrzeźwiał, ale za to na Nowym Mokotowie potknął się o porzuconą butelkę po jakiejś nalewce, dzięki czemu upadł i sobie ten głupi ryj rozwalił.

avatar

PisanieTemat: Re: Konstruktorska 10B/23    Pon Lip 16, 2018 11:06 pm

Ignorowała, dlatego Cichocki jak stał, tak stał. Przy stole, osaczając pannę Zapolską swoimi nieprzyzwoitymi intencjami i świdrując ją wzrokiem. Nie, żeby nigdy po pysku nie dostał - bo jednak zdarzało się, jasne - niemniej w takich sytuacjach to nigdy.
Nie umiem pisać totalnie, Jezu.
W każdym razie, pomijając całe to pierdolenie o niczym - tym razem wrzucając do tego również wszystkie mało przyzwoite myśli Cichockiego, który to podziwiał urodę Zapolskiej, kontemplował nad różnicami czy zwyczajnie zagapił się jak głupi na ten nieszczęsny odpięty guzik (ale tylko na chwilę, bo toż nie wypada gapić się kobiecie w ledwo odsłonięty kawałek skóry, zwłaszcza gdy ta stoi tak blisko) - Janusz się takiego obrotu spraw nie spodziewał. Skąd miałby wiedzieć, że nagle zostanie powiernikiem takiej ogromnej tajemnicy? Że spadnie na niego brzemię świadomości, że ta stojąca przed nim kobieta była świątynią nieskalaną cudzą stopą? W przenośni, oczywiście.
Z tego względu przez chwilę milczał, patrząc tylko na Hanię bez cienia wyrazu w ślepiach.
- Łał, naprawdę? - wypalił w pierwszej chwili. - Dlaczego?
Musiał dociekać. Toż to było niewiarygodne i niepojęte dla niego, by kobieta, która prawdopodobnie urodą grzeszyła, jeszcze nie znalazła się w sytuacji intymnej, w sytuacji erotycznej. Zdziwiła go na amen.
Chociaż może nie tak bardzo jak walenie do drzwi. Głowę obrócił w tamtą stronę, by jednak już za moment powrócić spojrzeniem do Hani.
- Spodziewasz się kogoś? - spytał jeszcze, lecz tym razem w jego głosie zabrzmiała czujność. Nie podejrzewał, aby faktycznie miała zaplanowane jeszcze jakieś inne spotkania na ten wieczór. Może któryś z tych łebków z Pragi za nimi pojechał? Może uznał, że Zapolska będzie w domu sama? Między brwiami Cichockiego pojawiła się dorodna zmarszczka.
I poszedł za Hanią, gdy ta ruszyła do drzwi. Wiadomo, w ramach asekuracji. Pomocy. Te rzeczy. Ale prędzej by się balroga z pierogami tam spodziewał niż najebanego Saszki.

avatar

PisanieTemat: Re: Konstruktorska 10B/23    Wto Lip 17, 2018 1:40 pm

Han’lynn stała jak zaczarowana, wpatrując się w każdy najmniejszy ruch Janka. Nie wiedzieć czemu, ale serce biło jak szalone, oddech miała lekko przyśpieszony, a w buchu czuła motyle. Dziwne uczucie, dawno się tak nie czuła. Miała wrażenie, że znów jest w liceum, tuż przed swoim pierwszym pocałunkiem z chłopakiem, który się jej tak podobał. Nigdy nie przyglądała się uważnie Cichockiemu – aż do teraz. Szeroka szczęka, nieco kwadratowa. Długi, wąski nos – który nosił jednak znamiona złamania, mogła w sumie to bez problemu naprawić – i te szaroniebieskie oczy. Janusz miał w sobie coś, to trzeba było przyznać. I te coś Hani bardzo się podobało.
W sumie to Zapolska spodziewała się nieco innej reakcji niżeli pytania, dlaczego jeszcze nie wylądowała z żadnym mężczyzną w łóżku. Wzięła głęboki wdech, po raz kolejny nerwowo zakładając włosy za ucho. Znów przygryzła też wargę, jakby nie była pewna, czy powinna to mówić. Z drugiej strony, właśnie mu się przyznała do bycia dziewicą, co jej szkodziło?
– Ojciec wojskowy skutecznie odstraszał potencjalnych kandydatów… Skupiałam się na nauce, potem na pracy, nie miałam czasu na życie prywatne… i tak wyszło – odpowiedziała, wzruszając ramionami. To nie tak, że nie było chętnych, bo pewnie byli. Jednak Han’lynn zwykle ich spławiała lub odstraszała swoim pracoholizmem.
Walenie do drzwi ją zdziwiło, bo nikogo się nie spodziewała. Chyba z Jankiem myśleli o tym samym, bo też wpadła na pomysł, że panowie z Pragi mogli za nimi pójść i chcieć się zemścić wraz z kolegami. Z drugiej strony, czy byliby na tyle głupi, żeby atakować osoby, które posługiwały się magią i miały pozwolenie na broń?
– Nie – powiedziała, od razu ruszając w stronę drzwi, będąc jednak odpowiednio czujną. Nim je otworzyła, zajrzała przez wizjer… To co w nim zobaczyła zdziwiło ją i niemal od razu otworzyła drzwi. – Słodki Boże, Sasz… poruczniku Erkh’iaan, co się stało? – zapytała, od razu biorąc go pod ramię (raptem dziesięć centymetrów różnicy między nimi było, co to jest!) i prowadząc do salonu, gdzie posadziła go na kanapie. Zapach alkoholu dosyć mocno od niego bił. – On jest kompletnie pijany – powiedziała z niedowierzaniem. Nie zamierzała bawić się w tradycyjną medycynę, strata czasu. Wzięła głęboki wdech i nie bacząc na to, czy Saszka będzie protestował czy nie, położyła swoje łapki na twarzy Saszki, by następnie użyć błogosławionych dłoni. Ból pewnie alkohol łagodził w wystarczającym stopniu, aczkolwiek zaklęcie miało na celu zatamowanie krwawienia, zaleczenie powstałej rany i dowiedzenie się – pobieżnie, bo te zaklęcie, w przeciwieństwie do prześwietlenia, nie dawało jej pełnego obrazu – co mu dolegało. Jak informacje nie będą dla niej wystarczające, to pójdzie krok dalej, ale to później.
W duchu była wdzięczna, że Saszka przyszedł. Przerwał niezręczną sytuację między nią, a Januszem. Dziewictwo Hani zostało uratowne.

Błogosławione dłonie

avatar

PisanieTemat: Re: Konstruktorska 10B/23    Wto Lip 17, 2018 2:39 pm

Przepis na sukces był banalnie prosty. Wystarczyło tylko uchlać się jak nieboskie stworzenie i przeszlajać przez pół Warszawy w celu znalezienia jakiegoś niedorzecznego łakocia, a następnie przeokrutnie obić sobie ryj i wtargnąć z buciorami między wódkę a zakąskę, by udaremnić mroczny atak seksualnego predatora na niewinną półelfkę. Proszę państwa, tak się w tym kraju zostaje bohaterem.
Nieświadomy swojego bohaterstwa - czy może raczej w ogóle mało świadomy czegokolwiek - Saszka zatoczył się malowniczo w nicość, która się nagle przed nim otwarła (Htoooo stont zabrał tę ścianę, pomyślał błyskotliwie porucznik), prosto w objęcia najpiękniejszej istoty na Planie Ziemi. A w każdym razie, najpiękniejszej, jaką widział w tym miesiącu.
- Wystarszy Szaszka, nie ma poszeby od razu bogiem nazywaś - objaśnił łaskawie elf i oparł się na porucznik Zapolskiej, z wdzięcznością kiwając głową. - I hestem tylko troszke pihjany, wypraszam hsobie - dodał po chwili, jednak trochę własnym stanem zawstydzony. - Hik. - Doprecyzował.
Jako że zazwyczaj był elfem bardzo grzecznym i uprzejmym, to dał się grzecznie i uprzejmie posadzić na kanapie. Nie robił żadnej burdy ani nic, przecież on nie z takich, co to się po pijaku awanturują. Nawet udało mu się na tej kanapie usiedzieć bez trzymanki.
W każdym razie, do momentu, kiedy Han'lynn położyła na nim swoje ręce.
Biedny elf zarumienił się, chociaż przecież już wcześniej widział, w jaki sposób działają moce Zapolskiej. Nic nie mógł na to poradzić. Pani podporucznik w cywilnym ubraniu z bardzo ponętnie rozpiętym guziczkiem i w rozpuszczonych włosach robiła na Erkh'iaanie piorunujące wrażenie. I pachniała tak łaaaadnie. Saszka uśmiechał się nieco głupkowato. Błogosławić geny elfów, nawet z głupkowatym uśmiechem na tej zapitej mordzie wyglądał w miarę przyzwoicie. Prawą dłoń uniósł do twarzy i przytrzymał na ręce Han'lynn, kompletnie nie zdając sobie sprawy z tego, jakie to niegrzeczne z jego strony.
Ale czego innego można się spodziewać po kimś, kto z hukiem wbija ci na chatę o północy?
- Ae jakie ty maższsz oszy, ziewszyno - wygadał się, zapatrzony w nie totalnie. - W tfoich ożach szszszaleje sztorm - zakomunikował grafomańsko, po czym skrzywił się odrobinę, kiedy moc półelfki zaczęła działać. Trochę bolało, trochę łaskotało. Dało się wytrzymać, pewnie faktycznie dzięki taktycznemu znieczuleniu alkoholem. Podporucznik już przy tym pobieżnym badaniu mogła zauważyć, że elf dorobił się lekkiego wstrząśnienia mózgu.
I może to właśnie przez to lekkie wstrząśnienie mózgu był nagle taki rozmowny i odkrywczy, choć pewnie nie, pewnie jednak przez nalewkę. Nagle jakby się bardziej wyprostował. Z miną pełną skupienia, jak u pięciolatka, który próbuje ogarnąć ile to jest dwa plus dwa, chwiejnie wskazał palcem na jednego z czterech Januszy. Miał nadzieję, że na właściwego.
- O, Śśśśśsichoski. A so ty tu robisz. Dhaszego przehszkadasz Hani.

avatar

PisanieTemat: Re: Konstruktorska 10B/23    Wto Lip 17, 2018 8:51 pm

A to była taka piękna chwila. Nosiła w sobie znamiona intymności, otoczyła ich dwójkę na chwilę barierą odgradzającą od świata rzeczywistego. Gdzieś tam czas płynął dalej, wskazówka kreśliła okrąg, a oni zostali uwięzieni.
Do czasu, oczywiście.
Cichocki wysłuchał słów Han'lynn, lecz już nie zdążył właściwie niczego odpowiedzieć - bo przecież walenie do drzwi. I, tak szczerze mówiąc, w pierwszej chwili poczuł dotkliwą iskierkę irytacji, że ktoś się właśnie z buciorami wpierdala na kwadrat. Był pewien, że jeśli to którykolwiek z tych dzbanów z Pragi - czy nawet wszyscy na raz - to tym razem już nie będzie tak delikatny, skopie im mordy i odstawi do szpitala. Przy pomocy karetki pewnie.
To co jednak stało za drzwiami przerosło wszelkie oczekiwania. Zalany w szmatę porucznik Erkh'iaan, zakrwawiony i zeszmacony.
Janusz westchnął i, gdy Hania przechodziła, prowadząc elfa pod ramię, sam przezornie złapał go z drugiej strony.
- Mhm, jak meserszmit - skwitował powoli, jeszcze do końca nie wiedząc, czy to na tyle zabawne, żeby się śmiać. Czy może jednak denerwujące.
Myśl, że jednak to trochę bardziej drażniące przyszła w czasie badania. Januszowi nawet brew drgnęła, gdy przyglądał się temu z dystansu. Nie, żeby to była szczeniacka zazdrość, że zainteresowanie nie spoczywa na nim, tylko się, dzban jeden, wpierdolił na krzywą mordę między wódkę a zakąskę. Wiadomo, pewnie bez śladu świadomości, że to właściwie robi, no ale. Alealealeale niesmak jednak pozostawał.
- Ja? Ja przeszkadzam? - spytał z czymś na wzór niedowierzania jeden z czterech Januszy. - To ty nachodzisz ludzi w środku nocy i to jeszcze narąbany jak bela.

avatar

PisanieTemat: Re: Konstruktorska 10B/23    Wto Lip 17, 2018 9:39 pm

Nie spodziewała się takiego obrotu spraw, jeżeli mam być szczera. Podejrzewałaby każdego o dobijanie się do jej drzwi w środku nocy, ale nie Saszkę, na dodatek nawalonego jak meserszmit… to się kompletnie gryzło z jego wizerunkiem, który miała w swojej głowie wykreowana Hania. No ale na razie nie mogła nic na to poradzić, tylko spróbować się skupić na tym, co pan porucznik sobie zrobił. A trochę kuku miał. Wystarczyło krótkie badanie, by Zapolska wiedziała o wstrząśnieniu mózgu. Niewielkim, ale jednak. Jak jutro się obudzi, jeszcze z kacem na dodatek, to będzie biedny miał naprawdę mocne combo. Nie wspominając o moralniaku, bo takowy też zapewne się pojawi.
– Tak, tak. Tylko odrobinkę – zapewniła Saszkę, bo z pijanymi nie było co się kłócić. Spojrzała też na Janusza ukradkiem. Jej wzrok mówił więcej niż tysiąc słów. Nie dowierzała w to, co się właśnie działo. A może byli już na tyle sami pijani, że zaczynając mieć halucynacje z upojenia alkoholowego? Nie… to raczej nie było możliwe. Nie po kilku łykach wina. Owszem, Hanka miała słabą głowę. W sumie dla niej dwa kieliszki to całkiem sporo i lekko wstawiona już była… szum w głowie, te błogie poczucie upojenia. Ale do stanu, w którym aktualnie był Saszka, jednak było jej daleko.
Nie zareagowała na to dotyk Saszki. Skupiała się aktualnie na leczeniu jego kuku. No i był pijany, więc była w stanie mu naprawdę wiele wybaczyć. A to tylko niewinne dotknięcie dłoni, a nie klepnięcie po tyłku czy coś. Nie miała prawa o nic być zła.
– Dziękuję za komplement. Mój ojciec mówił to samo – mruknęła pod nosem. Wiele razy wspominał, że jej oczy są jak wzburzone morze nad którym się wychowała. Jeżeli być szczerym, to Hania trochę tęskniła za Gdańskiem… Z chęcią by tam pojechała na jakiś urlop czy coś.
Gdy już krwawienie zostało opanowane, a rana zaleczona, przyszła pora trochę ogarnąć Saszkę, co by wyglądał jak Królewski Geograf, a nie ostatni menel. Wstała na nogi (co spowodowało, że elf był zmuszony puścić jej dłoń).
– Miej na niego oko, zaraz wrócę – powiedziała, znikając po raz kolejny tego wieczoru. Wróciła do salonu z mokrym ręcznikiem. Usiadła koło Erkh’iaana. – Nie powinno boleć. – Bądź co bądź, ale rany powinny być zaleczone. Zaschnięta krew jednak została, ale do czasu, gdy raz po raz Hania nie zmyła jej z pięknej, elfickiej buźki Saszki. – Janek niczym nie przeszkadza. Jest tutaj na moje zaproszenie. – I mimo że to Saszka wpadł tu kompletnie nieproszonym, była naprawdę zadowolona z takiego obrotu spraw. Wolała nie wiedzieć, jakby się to skończyło, gdyby nie on. – Co z nim zrobimy? – zapytała, spoglądając na Cichockiego, jednocześnie wycierając resztki krwi z twarzy elfa.

avatar

PisanieTemat: Re: Konstruktorska 10B/23    Wto Lip 17, 2018 10:44 pm

Saszka, żeby być całkowicie szczerym, kiedy wychodził do cioci Halinki na imieniny też się nie spodziewał takiego obrotu wydarzeń. Czy obrotów w ogóle. Kiedy Han'lynn tak zupełnie nagle odeszła, mózg porucznika stracił jedyny punkt zaczepienia, w związku z czym elf już do reszty stracił równowagę (resztki godności zresztą też) i wziął się zjebał z kanapy na podłogę. Jeśli w pobliżu były jakieś przedmioty, jak choćby lampka nocna czy inne bibeloty, to pewnie też się wzięły i porozsypywały po podłodze.
- Szeraszam - wybłąkał gdzieś w przestrzeń i zaczął się gramolić z powrotem na sofę. Tak go to zaabsorbowało, że nawet zapomniał zapytać, czy to trzymanie oka Janusza na nim jest naprawdę konieczne, bo to trochę niehigieniczne i w ogóle. Nie zapomniał za to się oburzyć na tak jawne szkalowanie jego osoby przez porucznika Cichockiego.
- Jahi narąbany, soooo ty za bzdury plesiesz - powiedział w geście wątpliwej samoobrony, tak właściwie bardziej dla samej zasady niezgadzania się z Januszem, niż dlatego, żeby faktycznie uważał się za nienarąbanego.
Zanim Zapolska zdążyła wrócić z ręcznikiem, już siedział jak gdyby nigdy nic na swoim miejscu. Przez chwilę nawet poddawał się ablucjom w sposób pokorny i spokojny, zupełnie nie jak na najebanego jak szmata elfa przystało.
Ale nie trwało to długo.
- Ae jah to na zaproszenieeee - zdziwił się niepomiernie, próbując skupić wzrok na półelfce. - Dhaszego ty go tu zaprosiłaśśśś. Szecież to kawał su... su... kawał syna psiej hobiety jest. Hik. - Przemowę przerwało głośne burknięcie z niezadowolonego żołądka elfa.
Co też rzeczonemu elfowi przypomniało, po co w ogóle wychodził w miasto.
- Nie masz szypatkiem tohcika wedloskiego? - zapytał czarująco.

avatar

PisanieTemat: Re: Konstruktorska 10B/23    Sro Lip 18, 2018 9:09 am

Tu to już nie było miejsca na godność. Od teraz - pewnie aż po wieki, albo chociaż do śmierci - Janusz nie pozbędzie się widoku zeszmaconego nalewką cioci Halinki Saszki. A ta krótka animacja z królewskim geografem, który spierdala się z kanapy to już na pewno będzie go prześladować w wizjach sennych.
Skinął tylko głową, gdy Hania opuszczała pomieszczenie i po prostu na elfa patrzył. W ciężkiej ciszy. Ot, wybrał sobie moment. Bo on - tak w przeciwieństwie do podporucznik Zapolskiej - aż tak się nie cieszył, że Erkh’iaan się tutaj pojawił. Co zabawne, powody miał dokładnie takie same do biedna gospodyni tego przybytku.
- Jasne, ani trochę. Gdybyś był narąbany trochę bardziej, to ktoś mógłby cię z rozpałką pomylić - parsknął, krzywiąc się trochę. Co to w ogóle za pomysł, żeby szukać o takiej porze jakichś torcików wedlowskich i to jeszcze u innych ludzi? A ludzie to niby mieli poronione pomysły po alkoholu.
- Odeskortuję go do domu - mruknął i wzruszył ramionami, totalnie ignorując burczenie elfiego żołądka. Niech cierpi na głód, gnida jedna. Może i Janek nakarmić go nie chciał, ale mimo wszystko nie uważał, żeby porzucenie go w takim stanie cokolwiek dało. No i aż żal było patrzeć na ten obraz nieszczęścia i pijaństwa. Przez chwilę. Bo później Janek okazał się kawałem syna psiej kobiety, co pewnie znaczyło skurwysyna tak po prostu, na co główny zainteresowany uniósł brwi. - Albo utopię w Wiśle. Jeszcze nie zdecydowałem.
Torcika wedlowskiego, no ja pierdolę. Jeśli mina Cichockiego z jakiegoś powodu nie wyrażała jeszcze totalnego niedowierzania tym, co się właśnie odpierdalało, to chyba właśnie nastąpił moment, w którym dopuszczalna dawka absurdu została chyba przekroczona na te parę minut.

avatar

PisanieTemat: Re: Konstruktorska 10B/23    Sro Lip 18, 2018 2:24 pm

Każdy robił głupie rzeczy po pijaku – niech pierwszy rzuci kamieniem ten, komu jeszcze nigdy się firm nie urwał. Hania była osobą, która nigdy mocnej głowy nie miała i raczej mieć nie będzie. Przez co nawet kilka kolejek wystarczyło, żeby Han’lynn traciła kontakt z rzeczywistością. Więc nie patrzyła na Saszkę pod kątem stracenia „dumy” czy czegokolwiek. Znając jego, to pewnie wylądował na jakiejś imprezie i po prostu nie potrafił, z grzeczności, odmówić. Te elfy już tak czasem mają, nic na to nie da się poradzić. Grunt, żeby doprowadzić go do względnego porządku, żeby wyglądał jak na Geografa Królewskiego przystało. Nawet jeżeli był najebany w trzy dupy, to jakoś prezentować się musiał.
Zapolska wróciła z zamiarem wytarcia krwi z twarzy Saszki, jednocześnie przesłuchując się jego przekomarzaniom z Januszem. W sumie to było całkiem urocze. Hania spojrzała na Janka, gdy ten stwierdził, że zaprowadzi go do domu. Potem zerknęła na zegar.
– Nie wydaje mi się, żeby chodzenie z nim po Warszawie w tym stanie, o tej godzinie to był dobry pomysł. Niezbyt to bezpieczne. Obydwoje zostajecie tu do rana. – I Janek nie miał nic tu do powiedzenia. Saszkę się rzuci do pokoju gościnnego, Cichockiemu rozłoży kanapę w salonie i będzie dobrze. Następnie skupiła całą swoją uwagę na elfie. – Takie słownictwo nie przystoi elfowi – pouczyła go, niczym jakby był dzieckiem. – Janek mi pomógł, gdy trójka dresów się do mnie przyczepiła, więc go zaprosiłam na kolację w ramach podziękowań. – Była cierpliwa, mówiła stosunkowo powoli, by mózg Saszki był w stanie zrozumieć to, co do niego się mówiło.
Torcik wedlowski? Oczywiście, że miała. Hania kochała czekoladę z całego swojego serduszka i bardzo bolało ją to, że jest na kartki. A że torcik wedlowski był polany czekoladą, to on też się do tego zaliczał. I w sumie trochę egoistycznie nie chciała się nim z Saszką dzielić. Bo jedzenie po alkoholu to jak z przeszczepem. Przyjmie się, albo się nie przyjmie. Niestety, Zapolska kłamać nie potrafiła.
– Mam – odpowiedziała, znowu wstając z kanapy, by pójść do kuchni i jednej z szafek wyciągnąć wcześniej wspomniany torcik. Ukroiła trzy kawałki. Dla siebie, Saszki i Janusza, co by nikt nie był pokrzywdzony. – Proszę – powiedziała, wręczając chłopcom talerzyki z widelczykiem.

Sponsored content

PisanieTemat: Re: Konstruktorska 10B/23    


 
Konstruktorska 10B/23
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

Skocz do: