Szybkie Menu

Gdzie diabeł mówi dobranoc, tam babę pośle
avatar

PisanieTemat: Gdzie diabeł mówi dobranoc, tam babę pośle   Czw Wrz 07, 2017 12:36 am

Warunki w krainach za horyzontem zdarzeń są zmienne jak nastrój kobiety w ciąży, o tym wiedzą już nawet dzieci w przedszkolu. O tym, że jest tam niebezpiecznie, wiedzą także przekupki na bazarku. Ale o tym, że pogoda może tam naprawdę nieźle dać w kość, to wiedzą już chyba tylko geografowie, bo te wszystkie mądre głowy, które czytają raporty, przecież nawet przez chwilę nie pomyślą o tym, żeby tak zatrzymać się na moment  i wczuć w sytuację biednego geografa, który przez trzy dni szedł bez ustanku po czymś na kształt pustyni, gotując się w swoim mundurze niemiłosiernie, by zaraz potem wejść do lasu o klimacie tylko nieco łagodniejszym niż nuklearna zima.
Piździało.
Saszka kucał przy krzaku czegoś, co roboczo nazwał "macką", i marzył o tym, żeby jego wojskowa panterka miała dodatkową podpinkę. Albo nawet i dwie dodatkowe. Dłonie miał wciśnięte pod pachy, bo gdzieś mu się rękawiczki zapodziały, zresztą nawet nie przewidywał, że po istnej Saharze tak od razu wdepnie po kolana w śnieg. Dobre choć tyle, że skórzane buty do kolan stanowiły całkiem niezłą izolację.
Macka była dziwna, ale do dziwnych rzeczy przecież już dawno przywykł. Obserwował roślinę od kilku godzin i póki co wiedział o niej tyle, że tak do końca rośliną jednak nie była. Zamiast łodygi i liści miała mięsiste, niebieskawe macki, które przez większość czasu leżały nieruchomo na ziemi, ale gdy tylko zbliżało się do nich jakieś zwierzę - natychmiast owijały się wokół szyi ofiary. Ze zsiniałych ramion stworzenia wysuwały się drobne przyssawki i dosłownie wysysały życie.
Elf pomyślał przelotnie, że może zamiast macką, powinien to coś nazwać juchociągiem.
- Kici kici, taś taś, purchaweczko - mruknął przez zaciśnięte zęby. Zabrał ręce spod pach i zaczął pocierać dłońmi jedna o drugą, żeby jakoś rozruszać trochę skostniałe palce. Otworzył szczelny pojemnik. Teraz należało wyjąć saperkę, dokonać cudu zręczności podczas omijania rękami macek i wykopać ze skutej lodem ziemi małe ścierwo. Dość już się tego chłeptokrwija w jego naturalnym habitacie naoglądał.

* * *

Saszka był idealnym kandydatem na geografa królewskiego. Oprócz tego, że był ciekawski, obowiązkowy i miał zwyczaj skrzętnie notować każdą najmniejszą nawet rzecz, posiadał jeszcze mniej powszechny talent.
Zajebiście dobrą intuicję.
Przymiot ten niejednokrotnie pomógł elfowi uniknąć tarapatów, i to nie tylko za horyzontem, ale jednak tutaj przydawał się daleko bardziej. Ostatecznie, kiedy chodzisz sobie po Warszawie w tak zwanych godzinach szczytu i masz złe przeczucie, to możesz co najwyżej wdepnąć w psie odchody. Albo zarobić pociskiem od gołębia. Ewentualnie zostać sklętym do trzech pokoleń wstecz przez jakiegoś wąsatego jegomościa na kasztance, gdy nieopatrznie wejdziesz na jezdnię.
W zonie, o, to co innego.
- Prrr, wstrzymaj się trochę, Wedel - Saszka pouczył swojego siwka i przyhamował go nieco. Zmarszczył lekko nos, ale zapach nic mu nie mówił. Bo i też nie było za bardzo co wąchać - ot, mróz, mróz, więcej mrozu. Elf rozglądał się bacznie, ale jakoś nie mógł dostrzec przyczyny swojego niepokoju. Przymknął oczy.
Nie, słuch też mu nic przydatnego nie mówił.
Żaden z głównych zmysłów nic mu nie mówił. A przecież aż czuł ciarki na plecach z tego całego niepokoju. Zniecierpliwiony Wedel parsknął i tupnął przednią nogą.
- No już, już, ćśśś - rzucił Saash'Khaar uspokajająco i znów ruszyli. Zaraz jednak znów się zatrzymali. - Nie tędy droga, mój drogi - wyjaśnił wyrozumiale elf. - Nie podoba mi się tutaj. Pojedziemy sobie naokoło.
Jeździec i jego koń odjechali kawałek dalej, zjeżdżając z czegoś na kształt ścieżki, i wpadli głębiej w śnieg. Saszka zaklął cicho i zsiadł. Nie chciał męczyć wierzchowca bardziej, niż to było absolutnie konieczne. Postanowił go podprowadzić trochę. Przeszli nie więcej jak dwieście metrów, gdy wzrok pana porucznika padł na to coś, co wzbudziło jego niepokój. Roześmiał się cicho z ulgą. Nad ścieżką, z której zboczyli, kłębiło się powietrze. Może nie do końca powietrze, ale Saszka tak to po prostu widział. Trochę jak ta iluzja optyczna, kiedy idziesz szosą w upalny dzień, a nagrzany asfalt daleko przed tobą faluje od gorąca.
Elf pokręcił głową z niedowierzaniem. No fakt, "karuzela" to może i nie takie znowu nic, bo jak wdepniesz, to już po tobie, ale na Boga, przecież zauważyłby to zakłócenie. Szósty zmysł nie musiał mu tak szaleć z powodu jakiejś głupiej anomalii grawitacyjnej. Pociągnął niezadowolonego Wedla i omijając karuzelę szerokim łukiem, zaczęli przeć przez śnieg z powrotem w kierunku traktu.
A jednak dziwne uczucie, które stawiało włoski na karku elfa, nie mijało.

avatar

PisanieTemat: Re: Gdzie diabeł mówi dobranoc, tam babę pośle   Sob Wrz 09, 2017 12:50 am

Podczas gdy Saszka zmierzał się z bezkresnymi pustyniami i śnieżnymi zaspami, Livia miała do czynienia z czymś, co swobodnie można by określić mianem lasu deszczowego. Powietrze było aż ciężkie od wilgoci, a elfka dałaby sobie dodatkowo drugie ucho uciąć, że każdy skrawek jej ubrania i rynsztunku był nasiąknięty już wodą na wskroś, jakby dla zasady. Nie wiedziała, czy oblepiająca jej ciało wilgoć była produkcji własnej, czy może jednak to to cholerne powietrze. Jakby tego mało, zdawało się, że moskity obrały ją sobie za nadrzędny cel, jakby przekładając jej krew nad każdą inną. Matar też nie radził sobie zbyt dobrze: końska sierść i skóra oporządzenia śmierdziała chyba na kilometry, zwabiając co gorsze paskudztwa, gotowe przyssać się, przykleić, przylec czy cokolwiek innego, byle tylko uszczknąć coś z całkiem zdrowego okazu stworzenia z jeszcze zdrowej ziemi.
Elfka robiła co mogła, ale że posiadała tylko dwie ręce, z czego w jednej trzymała wodze, prowadząc za sobą wierzchowca, to wychodziło jej to marnie. Kląc więc pod nosem na czym świat stoi, przedzierała się przez chaszcze i zastanawiała, czemu maczeta nie jest standardowym wyposażeniem każdego geografa. Bo co by nie kłamać - przydałaby się. I nawet nie chodziło o torowanie sobie czasami drogi, ale także o wyżynanie czegokolwiek, co mogło okazać się warte pokazania tam gdzie jeszcze cywilizacja była silna.
Dokonała kolejnego skanu otoczenia, chcąc rozeznać się w sytuacji i zapisać to, co mogło okazać się wartościowe. Pomijając standardowe robactwo czy dwugłowego węża, tym co przykuło jej uwagę okazał się powalony pień, który znajdował się dwie przerośnięte paprotki dalej. Pie ten, porośnięty częściowo mchem i zdawać by się mogło - częściowo już spróchniały, wykazywał na odczytach pewne niepokojące cechy, które świadczyły o inteligencji zbliżonej do muchołówki albo innej drapieżnej rośliny. Elfka puściła wodze i zbliżyła się nieznacznie do cudu natury. Obserwowała go uważnie, ale kłoda, jak na złość, najwyraźniej nie chciała w najbliższej przyszłości pokazać czegokolwiek wartego zapamiętania. Na całe szczęście dla siebie samej, Livia była osobnikiem upartym, a także posiadającym aktualnie dość spore pokłady czasu. Pozwoliła więc sobie na czekanie, podczas to którego przyszło jej leniwie spożyć paczkę jakichś lembasów.
Zbawienie przyszło ze strony przypadkowego przychodnia. Livia na prawdę już sięgała po kij, żeby sprawdzić 'z czym to cholerstwo się je', albo co może zrobić, kiedy je się dźgnie, ale całe szczęście - nie musiała. Na konar wpełzł przerośnięty krocionóg porośnięty czymś, co elfka określiłaby mianem szczeciny w kolorze intensywnej czerwieni. Na prawdę nie chciała wiedzieć do czego służy. Kiedy tylko całość przerośniętego, obrzydliwego bezkręgowca znalazła się na pniu okazało się, że pokrywa go niezwykle lepka, do tego tężejąca... masa. Szybko też wyszło na jaw, że oprócz unieruchomienia ofiary, miała na celu niemal natychmiastowe przetrawienie jej, albo raczej rozpuszczenie do tego stopnia, by zamieniła się w pożywną papkę, którą konsumował mech, poprzez delikatne wibrowanie.
Czarnowłosa zmarszczyła brwi skonsternowana i wyraźnie niechętna do dalszego obcowania z tym zjawiskiem, które po chwili przeskanowała uważnie jeszcze raz nieco dłuższą chwilę, rejestrując jego poczynania, po czym oddaliła się czym prędzej.

***

Parafrazując: Livia była doskonałym materiałem na królewskiego geografa. Oprócz tego, że była ciekawska to bardzo często pchała palce między drzwi - czyli dokładnie tam, gdzie nie powinna. W pewien sposób dawało jej to przewagę - znajdowała się bowiem tak, gdzie inni zupełnie nie chcieli się znaleźć, ale też sprawiało, ze nazbyt często wracała z wypadów pół żywa. Co zaś się tyczyło intuicji - zazwyczaj utrzymywała się ona na poziomie przeciętnego muchomora, który nie uzyskał żadnych specjalnych mocy czy zdolności, co dawało efekt dość przeciętny. Nie było żadnego czerwonego światełka w mózgu, ani też nieprzyjemnego uczucia w żołądku. Było beztroskie, pełne marudzenia pchanie przed siebie i rozglądanie się niczym dziecko w sklepie ze słodyczami, mimo że za tymi niespecjalnie przepadała. W pewien sposób też ufała w instynkt zachowawczy swojego konia, chociaż względem tego też można by mieć pewne dodatkowe życzenia.
Wskoczyła w bagnisko, które najwyraźniej rozpościerało się we wszystkie strony jednakowoż i zaczęła swoją wspaniałą podróż, czując jak kostki grzęzną. Na całe jednak szczęście - mułu nie było dużo i odrobina wysiłku wystarczyła, by wyciągnąć stopy ku wolności. Chyba właśnie to całe skupienie, które poświęcała wydobywaniu władnych odnóży z coraz to nowych pułapek zastawianych przez podłoże sprawiło, że zignorowała pierwsze oznaki zdenerwowania u swojej kobyły. Dopiero kiedy ogier niemal wykonał piruet w miejscu i szarpnął się do przodu, odwróciła głowę przez ramię i na moment zastygła. Podobnie jak stwór znajdujący się na brzegu na którym niedawno sama stała.
- Kurwa. - słowo wymsknęło się spomiędzy jej warg jakby zupełnie niechcący, przypadkowo i bez zastanowienia, jednocześnie pozostając równie bezbarwne jak śnieżna czapa leżąca po drugiej stronie bajora. Livia dość szybko uświadomiła sobie w jak głębokim gównie się znalazła i nie chodziło tutaj o błoto w którym właśnie grzęzła. Był duży. Barczysty, zwalisty niczym najgrubszy pień w tym całym lesie, albo raczej taka na oko była jednak jego łapa. Do tego zdawał jej się pozszywany ze strzępków wszystkiego, chociaż najbardziej w obrazie zafascynowały ją zęby długie jak jej palce i nie mówiła tutaj o kłach.
Zrobiła krok. Obrzydliwe, ciągnące się mlaśnięcie wydobyło się spod jej obutej stopy i to było to, co zdawało się przelać czarę goryczy, albo raczej zwrócić na nią całą uwagę stworzenia, której do tej pory zdawało się zainteresowane nią w raczej miernym stopniu.
Elfka rzuciła się do ucieczki; albo raczej rozpaczliwej próby wypluskania się z bagniska, które na całe szczęście działało tak samo na nią, jak i obrzydliwe potworzysko, które grzęzło nawet bardziej. Złapała za tylny łęk siodła i podciągnęła się, jakimś rozpaczliwym susem przybliżając się do konia, który nie chciał być w tym miejscu jeszcze bardziej jak ona. Drugi chwyt jednak padł na przednią część siodła i był o wiele pewniejszy, dzięki temu o wiele łatwiej sięgnęła strzemion i posadziła się na grzbiecie wierzchowca, który jak na komendę zachlupał w bagnisku i ruszył przed siebie, po coraz bardziej zmarzniętej powierzchni bajora, aż w końcu sięgnął pewnego gruntu i rozwinął pełną prędkość.
Elfka czuła mróz tnący skórę pod rozpiętą kurtką, policzki, a także słyszała głośny ryk, który rozniósł się w powietrzu na znaczną odległość, nie mówiąc o narastającym dudnieniu, które wciąż miała za sobą.

avatar

PisanieTemat: Re: Gdzie diabeł mówi dobranoc, tam babę pośle   Sob Wrz 09, 2017 9:42 pm

Światło odbijające się od bieli skrzącego się śniegu oślepiało i na dłuższą metę męczyło wzrok niemiłosiernie, jednak mimo to widoczność w ogarniętym zimą lesie była zadziwiająco dobra. Może to przez przejrzystość mroźnego powietrza. A może po prostu dlatego, że było widać najmniejszy nawet ruch na wiele kilometrów w przód. Ruch, który ograniczał się głównie do ledwie zauważalnego tańca wysuszonych gałęzi drzew i krzewów, gdy czasem trącił je powiew wiatru.
Jeśli nie liczyć małej krwiożerczej pseudoroślinki, geografa królewskiego i jego wierzchowca, wszystko tu było martwe.
Saszka rozglądał się uważnie na boki i nasłuchiwał, bo dziwne uczucie niepokoju wcale go nie opuszczało. Oczywiście, że czasem ta jego intuicja się myliła i do żadnych strasznych rzeczy nie dochodziło, jednak elf wychodził z założenia, że lepiej być czujnym i pomylić się dziesięć razy, ale za to być na ten jedenasty raz przygotowanym. Z tego całego skupienia skrzypiący pod nogami i kopytami śnieg wydawał mu się coraz głośniejszy, a to sprawiało, że Saszka robił się coraz bardziej nerwowy. Aż nagle w śniegową symfonię wkradł się fałszywy dźwięk.
Porucznik drgnął, kiedy spięły się wszystkie jego mięśnie, jakby w gotowości do ataku lub ewentualnej obrony.
Dźwięk narastał.
Z początku cichy, zaczął przechodzić w wyższe i głośniejsze rejestry. Wedel zarżał cicho w proteście i spojrzał na swojego właściciela z wyrzutem, jakby chcąc mu powiedzieć: wyłącz to.
Sam Saszka zresztą też bardzo rad byłby, gdyby dźwięk umilkł. Zaczynał świdrować jego wrażliwe uszy.
Porucznik, krzywiąc się przy tym bardzo, wyszperał w jukach pojemnik z wykopaną (z trudem!) krwiożerczą rośliną.
Macka obijała się w środku i krzyczała. A przynajmniej tak to brzmiało. Jakby ktoś zarzynał świnię. Elf pomyślał, że czegoś takiego to jeszcze nie widział, ani tym bardziej nie słyszał. Szeptem wypowiedział kilka słów, nakładając na pudełko zaklęcie wyciszające i wreszcie odetchnął z ulgą. Był pewien, że jeszcze chwila tego wrzasku i całkiem  by zwariował.
Zresztą, już teraz miał wrażenie, że cała ta mackowa histeria nieźle mu namieszała w głowie, bo wydawało mu się, że słyszy dudnienie. Zupełnie jak wtedy, gdy znajomi raz zaciągnęli go na dyskotekę. Dźwięk bombardował uszy, a kiedy wyszło się już na zewnątrz, przytłumiony łomot wciąż nie znikał.
Z tego, że coś rzeczywiście jest nie tak, zdał sobie sprawę dopiero wtedy, gdy ziemia pod nim zaczęła lekko drżeć.
Porucznik automatycznie, nawet bez udziału myśli, sięgnął po glocka. Ledwie kilka sekund i już był gotów do strzału. Przepatrywał biel przed sobą, a kiedy nic nie dostrzegł, odwrócił się gwałtownie.
Jeździec.
Cwałował w ich stronę, nie wiadomo z jakimi intencjami. Saszka rzucił na ziemię pojemnik z macką i prawą ręką sięgnął jeszcze po miecz, nie spuszczając ani na chwilę wzroku z coraz większego punkciku na horyzoncie.
A właściwie dwóch.
Saszka zmarszczył brwi.
Spotkać kogoś w krainach za horyzontem było wielce nieprawdopodobne, ale mimo to możliwe. Natomiast spotkać dwóch ktosi - graniczące z cudem. Po chwili pełnej napięcia obserwacji elf mógł już rozróżnić mniej więcej dwie postacie. Ta bliżej była bez wątpienia kobietą. Druga natomiast - maszkarą.
Do tego wyjątkowo paskudną.
Ale tym, co przeraziło elfa bardziej niż szpetota monstrum, był fakt, że obie te postacie pędziły wprost na spotkanie karuzeli. Tej samej, którą z takim mozołem ominął, by jej nie aktywować nieopatrznym ruchem, a której zasięg mógł wciąż obejmować jeszcze jego samego.

avatar

PisanieTemat: Re: Gdzie diabeł mówi dobranoc, tam babę pośle   Wto Wrz 19, 2017 12:55 am

Macka po prostu wiedziała.
Wiedziała, że to co poruszało się za jeźdźcem nie może być niczym dobrym. Że było wściekłe, a do tego jego rozpędzone ciało działało niczym taran, który większość przeszkód zmiatał z drogi. Podobnie jak mógł to zrobić z Livią, Saszką czy macką.
Przytulona do szyi konia cwałowała prosto na Saszkę, najwyraźniej mało przejmując się tym, kim też może być. Na pewno był dla niej opcją o wiele lepszą i łatwiejszą do zniesienia jak to coś, co wciąż siedziało jej na ogonie i nie dawało za wygraną. Elfka przymknęła oczy, wysilając wszystkie komórki zamknięte pod czaszką i pogładziła sierść wierzchowca, w ułamek sekundy jej postać rozmazała się i rozpłynęła w powietrzu.
Jeśli Saszce ta sytuacja wydawała się nieprawdopodobna, to w tym momencie mogła spokojnie awansować na wyższy poziom, bo spotkanie dwóch Królewskich Geografów na spustoszałych ziemiach za horyzontem było chyba o wiele bardziej nieprawdopodobne jak... cokolwiek innego.
Koń elfki stanął dęba, kiedy znalazł się tak blisko obcych, ona natomiast ściągnęła wodze, próbując go posadzić w miejscu i przy okazji nie prowokować, jak się okazywało, jej pobratymcy. Jednocześnie szybko zeskanowała otoczenie, chcąc jakoś lepiej rozeznać się w swoim aktualnym położeniu, a dokładniej tym, jak bardzo była w dupie. Ona i jej nowy towarzysz broni.
Chociaż dałaby sobie rękę uciąć, że gdzieś go już widziała.
Jej uwagę jednak przykuło coś zupełnie innego - pojemnik. Wciąż jeszcze wyciszony, ale nie będący w stanie ukryć tego, co skrywał wewnątrz, przed jej skanem. Kobieta na moment zastygła, ale rytmiczne dudnienie podłoża nie pozwoliło jej na zbyt długie zwlekanie. Mogła odsunąć się na pewną odległość od bestii, ale nie na długi. Do całego ich fatalnego położenia dochodził też fakt, że znajdowali się w pobliżu karuzeli, a jeśli to, co ją ściga, wpadnie w nią...
Na ustach elfki wymalował się niepokojący uśmieszek, który nie mógł znaczyć niczego dobrego. A przynajmniej niczego bezpiecznego czy takiego, do czego posunąłby się każdy na jej miejscu. Zeskoczyła na ziemię.
- Na koń. - oznajmiła twardym tonem kogoś, kto nie pierwszy raz w życiu wydawał rozkaz i nie brał pod uwagę, że ktoś mógłby mu się sprzeciwić. - Bo zamierzam puścić w ruch karuzelę. - bo jeśli miałby jakiekolwiek wątpliwości, żeby jej nie posłuchać, to to zdanie powinno go w tym momencie przekonać. Szczególnie, że Livia w tym momencie bardziej przypominała szaleńca, jak osobę zdrową na ciele i umyśle. Roztrzepane, wilgotne od śnieżnego pyłu i potu włosy, odrapana twarz i ręce, a do tego ten pieruński, delikatny uśmieszek jakby obłąkańca. Bo w sumie doskonale zdawała sobie sprawę z tego jak kretyński był to pomysł, ale cóż... lata stażu z różnymi, podbramkowymi sytuacjami, nie nauczyły jej najwyraźniej niczego.
Zrobiła parę kroków w kierunku Saszki, uprzednio jednak upewniając się, że nie zamierza jej ani niczego odciąć, ani odstrzelić, po czym złapała pojemnik zawierający najnowszą zdobycz kolegi po fachu i zdjęła czar wyciszający, wypełniając otaczające ich powietrze wrzaskami macki. Liczyła na to, że hałas zwróci uwagę bestii, a jeśli nie on, to zrobi to ruch pojemnika, którego miała zamiar posłać mu prosto przed mordę. Jednocześnie jej oczy zalśniły czerwonym blaskiem, a zadrapania i obicia powoli zagoiły się, pozwalając wrócić elfce do nienaruszonego stanu. Tak jakby jej to miało pomóc w godnym prezentowaniu się podczas tej próby samobójczej.

Sponsored content

PisanieTemat: Re: Gdzie diabeł mówi dobranoc, tam babę pośle   


 
Gdzie diabeł mówi dobranoc, tam babę pośle
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Numerologia
» London Eye
» Wieża Wiatrów
» Podręcznik do Opieki Nad Magicznymi Stworzeniami
» Sklep Madame Malkin

Skocz do: