Szybkie Menu

Jakieś takie dwuznaczne coś z kakao w tytule
Idź do strony : Previous  1, 2
avatar

PisanieTemat: Re: Jakieś takie dwuznaczne coś z kakao w tytule   Czw Sie 31, 2017 12:40 am

Drugi zainfekowany nie dał się nabrać na numer stary jak świat. Bynajmniej nie dlatego, że taki był z niego spryciarz. Po zamordowaniu współwięźnia przekształcony kleszczem mężczyzna przez chwilę stał i patrzył nieprzytomnie, a potem jak gdyby nigdy nic podszedł do ściany i zaczął w nią walić głową z całej siły. Może nie była to zbyt wyrafinowana metoda na odejście z tego świata, ale cel swój spełniła. Po kilku ciosach głowa przypominała arbuza, który spadł na ziemię co najmniej z drugiego piętra.
W międzyczasie elf nadal siłował się z pierwszym zainfekowanym.
- Zamknij się - wycedził Saszka do Arka, ledwo unikając upadku, gdy jednooki wierzgnął. - Albo lepiej zacznij się modlić - dodał po chwili i rozległ się trzask łamanego karku. Olbrzym jeszcze przez chwilę młócił powietrze rękami, a potem stopniowo zaczął zwalniać. Wreszcie znieruchomiał, dopiero po chwili przypomniawszy sobie o działaniu grawitacji, i przewalił się na podłogę. Elf w ostatniej chwili zeskoczył.
A potem do aresztu wlał się oddział specjalny policji.

* * *

Wysoki półelf w wojskowym mundurze skanował po kolei aury wszystkich aresztowanych. Nie dotarł jeszcze ani do Arkadiusza, ani do Saszki. Trzech więźniów zabrano gdzieś, nie wiadomo dokąd, ale porucznik Erkh'iaan podejrzewał, że badanie nie przebiegło dla nich pomyślnie. Cieszył się tylko, że ta niepomyślność nie wyszła na jaw jeszcze we wspólnej celi, bo trzem kolejnym kleszczom bez żadnej broni to nawet elf by nie dał rady.
- Jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś, to przypominam, że modlitwa byłaby pomocna - Saszka mruknął półgębkiem do Arkadiusza, za co został obsyczany i skarcony spojrzeniem pilnującego ich policjanta.
Sam zresztą też zastosował się do własnej rady, odmawiając w myślach bardzo starannie "Ojcze nasz".

avatar

PisanieTemat: Re: Jakieś takie dwuznaczne coś z kakao w tytule   Sro Wrz 13, 2017 9:39 pm

- BĘDĘ, BĘDĘ, JAK TO PRZEŻYJĘ, TO SIĘ CODZIENNIE MODLIŁ BĘDĘ DO CHUJA PANA BOGA NASZEGO WSZECHMOGĄCEGO - zarczał rozpaczliwie. Był przerażony i nikt nie miał prawa się temu dziwić. Pierwszy raz w życiu był świadomie tak blisko swojego końca, a to akurat nie było czymś, na co czekałby z entuzjazmem. Bardzo lubił swoje życie, nawet jeśli było takie trochę nijakie i przeciętne. Doszedł do wniosków, że w gruncie rzeczy zakola też są całkiem w porządku i nie przeszkadzają mu ani trochę. Lubił je. Ba, chyba i kochał, w aż tak marnym był stanie w tamtym właśnie momencie.
Widząc, że zainfekowany nie okazał zainteresowania, Arek skulił się po przeciwnej stronie celi i faktycznie zaczął się modlić.
Po raz pierwszy w czasie trwania swojego żywota była to modlitwa pełna gorącej wiary.


Przeżył. To napawało go głupim szczęściem i dumą, jakby to była jakaś jego zasługa, że sam sobie pomógł i tak dalej. Ze świetnie sobie poradził w takiej sytuacji kryzysowej,rzeź chwilę nawet pomyślał, że może fajnie byłoby być wojskowym, lecz te myśl bardzo szybko porzucił. Wojskowi częściej miewał do czynienia z podobnym chujostwem i znacznie częściej umierali. Więc jebać. Nie było tematu.
- No ja się modlę,  panie Aeroplan - odparł lekko, leciutko. Ba, nawet usadził się tak, żeby móc sobie stopą w powietrzu pomachać.
Niemniej rączki złożył jak do modlitwy, oczka zamknął i zaczął sobie Barke nucić.

avatar

PisanieTemat: Re: Jakieś takie dwuznaczne coś z kakao w tytule   Wto Lip 03, 2018 10:47 am

Saszka nawet nie zdążył się oburzyć na ten Aeroplan (przecież jego nazwisko było tak łatwe do wymówienia!), bo nadeszła jego kolej na odczyt aury. Skaner przez chwilę zamigotał na pomarańczowo, gdy porucznik uświadomił sobie, że chyba złamał prawo, bo wszystkim im kazano milczeć, a on przecież odezwał się do Arka z dobrą radą. Ale ponieważ poza tym był całkiem przyzwoitym elfem, który zawsze postępował zgodnie z prawem, słuchał się dziesięciu przykazań i nawet parował ze sobą wyprane skarpetki, po chwili czytnik zapalił się na zielono i porucznik odetchnął z ulgą.
- Czysto - skwitował wojskowy, choć jeszcze przez moment zerkał podejrzliwie na swojego półpobratymca.
Przed Frędzlem pojawiło się urządzenie do złudzenia przypominające czytnik kodów kreskowych z Biedronki czy innego Tesco.
Zapiszczało, zafurkotało i rozwyło się jak nieboskie stworzenie.
No, dobrze, właściwie nie tyle rozwyło się, co zaczęła się zeń wydobywać pieśń kościelna. Z każdą kolejną sekundą przybierała na mocy, a oczy oficera trzymającego skaner zrobiły się wielkie i okrągłe jak denary Bolesława Chrobrego.
Saszka patrzył na Arka z niedowierzaniem. Podobnie zresztą jak reszta funkcjonariuszy na posterunku.
Bo też skąd biedny Saszka czy w ogóle ktokolwiek inny miał wiedzieć, że euforia po byciu ocalonym może tak oczyścić aurę. Jak mogliby podejrzewać, że jeśli ktoś strasznie niestabilny emocjonalnie i tak ogólnie całe życie gnębiony przez rodziców, brata czy życie, no, że jeśli taka osoba zacznie się nagle żarliwie modlić tak, jak to tylko tchórze mają w zwyczaju, to że w skanerze, za przeproszeniem, wyjebie skalę.
Oficer doszedł do siebie i pokiwał głową, jakby przytakując swoim własnym myślom.
- Panie Frędzel, to niebywałe. Niebywałe! - przemówił do gałgana z zachwytem. - Pan pewnie jesteś bohater! Mogę się założyć, że to dzięki tobie zagrożenie zostało zażegnane! Pana trzeba do wojska wziąć! Oficerem zrobić! - Półelf odwrócił się do towarzyszącego mu sierżanta. - Dzwoń do Wacusia, może jeszcze ma miejsca na ten semestr w szkole oficerskiej.
- Tak jest, sir!
Wojskowy znów pokiwał głową z zadowoleniem.
- Niebywałe, niebywałe! Taki wspaniały człowiek. Urodzony bohater!

avatar

PisanieTemat: Re: Jakieś takie dwuznaczne coś z kakao w tytule   Wto Lip 03, 2018 12:31 pm

Więcej już nie mówił. Nie chciał. Ale nawet Barkę przestał nucić, tylko wyśpiewywał sobie ją w głowie jak bojową mantrę. Kto by pomyślał, że bycie kilka centymetrów od śmierci tak bardzo go uspokoi? Arek, słowo honoru, chyba jeszcze nigdy w życiu nie był tak szczęśliwy, jak w tamtej jednej chwili.
Nie, żeby jemu trzeba było jakoś dużo do szczęścia - ostatecznie był gnębiony całe życie praktycznie. Dzieci w szkole go nie lubiły, bo był pyskaty i mówił nauczycielce, jak ktoś odpisywał od kogoś pracę domową albo ściągał - co wcale nie przeszkadzało mu w ściąganiu i odpisywaniu od innych. Później dalej nikt go nie lubił, bo pierdolił głupoty i właściwie ciężko szło się z nim zaprzyjaźnić jakkolwiek.
Rodzice z kolei zawsze woleli swojego starszego syna. Wyższego, mądrzejszego i w ogóle wszystko miał jakieś takie lepsze. Arek był pewien, że penisa też miał niezaprzeczalnie większego. Ktoś musiał być żałosny i przeciętny, żeby ktoś inny mógł być zajebisty. Tak działał świat.
Ale mniejsza o to. Frędzel nawet otworzył oczy, gdy skaner do niego doleciał, wciąż się tak bezwiednie i idiotycznie z lekka szczerząc w eter. Nic nie miało prawa mu przeszkodzić. Nic. Tylko totalnie nie rozgarniał, czemu skaner zaczął wyśpiewywać pieśni kościelne.
- Panie władzo, a czemu to tak dzwoni, jak kościół, bo... - ale nie zdążył się na dobre rozkręcić, bo oficer zaczął coś wykrzywiać, że to niebywałe, że Arek to musi być bohater i tak dalej.
Zdziwił się, biedaczek, i to niewąsko. Bohaterem to raczej nikt go by nigdy o zdrowych zmysłach nie nazwał, no ale skoro nadarzyła się okazja... to co zrobił Frędzel? Wypiął dumnie swoją chudą pierś i pokiwał z zapałem głowa, nie mając śmiałości odebrać sobie tej wielkiej chwili chwały.
- O tak, na pewno tak było, pewnie. Gdyby mnie tam nie było, to by się straszna tragedia jakaś stała, moja obecność pewnie wszystkiemu przeszkodziła. Albo Bóg nade mną mocno czuwa ostatnio - oznajmił dosadnie. Ależ był z siebie dumny. Jaki szczęśliwy. Jezu, toż to był chyba najpiękniejszy dzień w jego marnym życiu, mimo że zaczął się tak paskudnie.
Został nazwany urodzonym bohaterem. On! Nawet udało mu się zapomnieć, że przecież nigdy nie chciał iść do wojska, bo jakoś to dzwonienie do Wacusia łechtało mu ego potężnie.
- Pan mówi, że do wojska? Ale czy tam się przypadkiem nie strzelają i czy umrzeć nie można? - spytał najpierw, choć może nieco niepewnie. Na sekundę. Bo zaraz machnął ręką. - A zresztą, dla takich ludzi jak ja, takich porządnych i dobrze wychowanych, to przecież obowiązek jest, pan dużo wie o obowiązkach i byciu porządnym, pan przecież świetnie wykonuje swoją prace, jestem tego pewien, widzę to w pana oczach, bo panu bardzo dobrze z oczu patrzy, a ja się bardzo dobrze znam na ludziach, panie władzo. Wielu ludzi poznałem i z wieloma rozmawiałem, także wiem, co mówię, może mi pan zaufać. Panu też by pewnie śpiewało pieśni kościelne, a nie świeciło się na pomarańczowo, a to pewnie bardzo zły znak był. Ja tam nie wiem, bo ja się nie znam na tym za bardzo, ale to ogólnie strasznie dziwna sprawa z porucznikiem Aeroplanem, bo kamienica wybuchła przecież i tutaj jest cały ten atak niby terrorystyczny... - Kiwał głowa i kiwał, gadając nieprzerwanie. Marzył o tym, żeby stał gdzieś tam Tomasz i tego wszystkiego słuchał, jak go elfi oficer chwali, jaki to z niego wielki bohater. Albo ojciec. Matka. Ach, żeby tak stali tam we trójkę... Westchnął ciężko i pokręcił głową, patrząc na oficera z dołu, jak niewiniątko, jak ofiara losu. Którą przecież był. - I tutaj wielkie jakieś nieprawidłowości są, wie pan? Bo mi tutaj mówią, że to moja wina, ale co ja mogłem zrobić? ja tylko przypadkiem przechodziłem, bo do pracy szedłem, rozumie pan, trzeba płacić podatki i zarabiać, żeby godnie żyć i tak wyszło, że byłem świadkiem i zostałem ranny, bo rykoszetem dostałem - w tym momencie wskazał swoje rozwalone czoło - i przyjechała policja i tutaj przesłuchiwali nas i zamknęli. A mnie tu bardzo nie powinno być i może coś by dało radę z tym zrobić?
Bo przypomniał sobie od razu o tym wszystkim i wywęszył okazję do wygrzebania się z tego gówna.

avatar

PisanieTemat: Re: Jakieś takie dwuznaczne coś z kakao w tytule   Wto Lip 03, 2018 2:26 pm

Saszka nie rozumiał tego, co się dzieje, i robił to bardzo intensywnie, bo jaki normalny człowiek (czy tam elf) by nie nie rozumiał, jeśli był od samego początku przy całym zdarzeniu i wiedział o nim to, co wiedział porucznik Erkh'iaan. Elf patrzył na Frędzla z niedowierzaniem wyraźnie malującym się na jego zazwyczaj neutralnej w wyrazie twarzy i gdyby niedowierzanie mogło przybrać widzialną formę, to zapewne samo miałoby na swojej twarzy wyraz szoku i niedowierzania.
- Tak, tak, ma pan absolutną rację - odparł półelfi oficer, wciąż kiwając głową gorliwie i potakująco. - To jest absolutnie, powtarzam: absolutnie nie do przyjęcia, by pana tak traktować. Ja od początku coś tak czułem, że w tym wszystkim coś śmierdzi, i absolutnie nie chodzi mi tutaj o to nieszczęsne szambo. Pan Erkh'iaan - oficer łypnął groźnie na Saszkę - o ile to w ogóle jest jego nazwisko! Coś tu kręci. Żaden normalny człowiek nie wyprowadziłby takiego wzoru w tak krótkim czasie, proszę ja ciebie. To się nie klei. I jeszcze to pomarańczowe migotanie!
Saszka nic nie mówił. Zamknął oczy i zmówił mantrę uspokajającą. To wszystko było jedną wielką pomyłką.
I nie miał na myśli Arka, tylko całą tę niedorzeczną sytuację.
To będzie ogromny skandal. Już widział oczyma wyobraźni, jak Wielki Hetman Koronny wzywa go do siebie - albo, nie daj Boże, nie do siebie osobiście, tylko oddelegowuje całą sprawę do swojej asystentki, pani Bożenki! - i degraduje go stopniem. Albo jeszcze gorzej - oznajmia, że z tak poszlakowaną opinią Saszka nie może być dłużej geografem królewskim.
Żyłka na czole elfa znów ożyła. Saszka, po raz kolejny oburzony bezczelnością Frędzla, nie otworzył oczu, kiedy do sali wrócił sierżant, toteż nawet nie miał okazji zobaczyć, że ten jest blady jak ściana, a w jednej ręce trzyma słuchawkę telefonu bezprzewodowego, drugą dłonią zasłaniając to miejsce, do którego się mówi.
- Zaraz jeszcze sprawdzimy autentyczność jego azymuletu, bo, prawdę powiedziawszy, w świetle najnowszych wydarzeń, to jest, ma się rozumieć, kontroli aury, coś mi się wierzyć nie chce, że ten osobnik może w ogóle być żołnierzem - kontynuował swoją perorę mundurowy. - Jeszcze się okaże że pewnie komuś go ukra... Tak, sierżancie? O co chodzi?
- Telefon do pana, panie chorąży.
Sierżant przestąpił z nogi na nogę.
- Sam wielki hetman dzwoni - dodał z nabożnym szeptem. Przez moment na posterunku panowała idealna cisza. Jeśli nie liczyć skwierczenia przepalonej świetlówki gdzieś pod sufitem.
Półelf zabrał telefon tak gwałtownie, że biedny sierżant stracił równowagę i mało się z tego wszystkiego nie przewrócił.
- Nie próbuj żadnych numerów, gagatku, będę miał cię na oczach! - pogroził Saszce palcem i odszedł kilka kroków. Odchrząknął, zanim odezwał się do słuchawki.
- Tak, wasza... eee... - zaciął się, nagle nie wiedząc, jak właściwie się zwracać do hetmana. -...wysokość? - dokończył niezręcznie.
Amator, pomyślał z przekąsem Saszka, teraz bacznie obserwując, co się dzieje. Miał ambiwalentne odczucia. Z jednej strony, trochę czuł się mile połechtany faktem, że sam El-Galad zainteresował się tą okropną sprawą. A z drugiej...
Z drugiej Saszka był prawie pewien, że zaraz przestanie być geografem.
Obserwował uważnie, jak chorąży mnie w palcach skraj bluzy od munduru, powtarzając co chwila tylko "tak, panie hetmanie" i na przemian to blednie, to znów zielenieje.
- Ale, panie hetmanie, bo obywatel Frędzel ma nieskalaną aurę, a podporucznik miał moment zamigotania - wykrztusił z siebie wreszcie, po czym zarumienił się. - ...to znaczy, tak, porucznik, oczywiście.
Przez chwilę słuchał jeszcze, po czym hetman musiał się rozłączyć, bo półelf nie rzucił żadnych pożegnalnych słów ani nic, tylko wpatrywał się ciężko w słuchawkę.
Zupełnie jak Saszka w niego.
Chorąży mrugnął i spojrzał na elfa, po czym zmitygował się. Nagle stanął na baczność, salutując.
- Panie poruczniku, jest pan wolny. Co do obywatela Frędzla zaś, eee... Panie Arkadiuszu, zabieramy pana do Instytutu Badań Nad Anomaliami.

avatar

PisanieTemat: Re: Jakieś takie dwuznaczne coś z kakao w tytule   Sro Lip 04, 2018 9:27 pm

Nie, żeby Arek tak do końca rozumiał, co tu się właśnie odwala. No halo, był człowiekiem średnio rozgarniętym i średnio ogarnialnym, znał się co najwyżej na robieniu dobrej kawy i dobrego kakao czy drinków. Nawet nie wiedział za bardzo, o co chodzi z tym sprawdzaniem aury, nie wspominając już o tym, że nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, czym były te całe kleszcze i dlatego cała ta sytuacja była taka groźna.
Dla niego liczyło się tylko jedno - no, może dwie rzeczy - wyjść stamtąd i wrócić do domu. Co go tam obchodził porucznik Aeroplan czy miejsce w szkole oficerskiej, do której i tak by nie poszedł, a nawet jeśli, to by go pewnie z niej wyrzucili za słabe wyniki. On się już nawet nie łudził, że kiedykolwiek przez kogokolwiek zostanie uznany za lepszego od brata.
Chociaż, fakt, gdy ten sierżant, chorąży czy tam ktoś nazywał Arka bohatyrem, to było bardzo miłe uczucie.
I kiwał z przejęciem głową, totalnie zgadzając się ze słowami pana władzy, że z porucznikiem coś jest nie tak i pewnie nawet nie jest porucznikiem, tylko kimś innym, jakby od tego zależało całe jego dalsze życie.
A później wszystko poszło w pizdu. Bo zadzwonił hetman.
- Tak, tak, pan chorąży ma cię na oku, gagatku - dorzucił swoje pięć groszy, grożąc przy tym Saszce palcem, jakby ten był małym chłopcem.
Czekał, aż będzie mógł sobie pójść i właściwie był pewien, że gdy tylko chorąży skończy rozmawiać, to mu oznajmią, że obywatel Frędzel może się oddalić, ale żeby tylko zostawił swój adres czy coś, jakby miały przyjść papiery ze szkoły oficerskiej - chociaż Arek i tak by zostawił im fałszywy, bo nie chciało mu sie babrać w tym gównie - a porucznika zapraszają na herbatkę do innej celi.
Rany, ale to byłoby super.
Tyle że nie wyszło.
Mina Arka wyrażała tyle, co nic. Serio. Przez chwilę. Bo zaraz postanowił się trochę oburzyć.
- No ale jak to do Instytutu Badań Nad Anomaliami? Ale że co to znaczy, panie chorąży, przecież sam żeś pan mówił dopiero, że bohater, że szkoła oficerska, a teraz nagle anomalia? Ja nie mogę, przecież muszę już iść, ja do pracy miałem i mnie tu nie powinno nawet być, dlaczego tam właściwie, przecież nic się kompletnie mi nie stało i aurę miałem nieskalaną i nie rozumiem, a porucznik Aeroplan może iść, a migotał, przecież to niesprawiedliwe jest - wyszczekał jękliwie i z wyrzutem. Teraz niezmącona radość po przeżyciu została zastąpiona nową dawką grozy. Zamkną go w jakimś czubkowie, to pewne. - W naszym kraju nic nie jest sprawiedliwe, elfy ponad prawem, czy tak to ma wyglądać? Jeden wysadza kamienicę i jest wolny, a drugi nic nie zrobił, a go zamykają w jakimś wariatkowie, bo ma zakola i jest człowiekiem, czy pan wie w ogóle, co tam robią z takimi, jak ja? Bo ja nie wiem, ale wiem, że nie chcę wiedzieć, przecież to nie może być tak, że ktoś coś powie, co mam zrobić i ja mam to zrobić, muszę wyrazić pisemną zgodę, brat tak mi mówił, że teraz to nigdzie bez papierka iść nie można i to pewnie o to właśnie chodziło, ja bym poprosił jakieś skierowanie i się tam wybiorę, gdy będzie mi to odpowiadało bardziej, bo teraz nie odpowiada, co, panie chorąży?

avatar

PisanieTemat: Re: Jakieś takie dwuznaczne coś z kakao w tytule   Czw Lip 05, 2018 7:05 pm

Na froncie, tak jak w życiu (no, może na froncie jednak trochę bardziej niż w normalnym życiu), musisz umieć zaadaptować się do szybko zmieniającej się sytuacji. Zwłaszcza jeśli tak zwany front obejmuje tak nietypową wojnę, jak ta z jegrami i balrogami. Wystarczy chwila nieuwagi - i kaput, kaplica, chwilę temu byłeś, a teraz już cię nie ma. Musisz być uważny, czujny, nieustannie podejrzliwy i wiecznie kwestionujący wszelkie prawa natury. A kiedy, nie daj Boże, jesteś geografem - to także wszelkie prawa fizyki.
W przeciwieństwie do oniemiałego chorążego, przez te kilka godzin przewagi Saszka zdążył się zaadaptować do słowotoku Arkadiusza. Trochę.
- Otóż nie - obwieścił dobitnie Frędzlowi, ściągając na siebie całą uwagę pomieszczenia. - Wojsko nie potrzebuje żadnego papierka. Nie potrzebuje twojej zgody. Nie potrzebuje żadnego skierowania. Może jeszcze do ciebie to nie dotarło, co w zasadzie ogromnie mnie dziwi, zważywszy na to, czego sam dzisiaj doświadczyłeś, ale... MAMY WOJNĘ. Wojnę całkowitą, wojnę totalną, wojnę, w której wszystkie chwyty są dozwolone. A to oznacza, że jeśli wojsko... Co więcej: nie tyle jakieś tam wojsko, ale hetman... SAM HETMAN. Jeśli sam hetman każe ci coś zrobić, to się nie targujesz. Po prostu wykonujesz rozkaz, nawet jeśli masz zakola, łysienie androgenowe czy cukier w kolanie albo wodę w kostkach. Nawet jakby mieli cię wyrzucić z pracy, wydziedziczyć czy cokolwiek. Bo to jest w o j n a.
Elf wygładził dłonią nieistniejącą zmarszczkę na spodniach.
- Poza tym, co to w ogóle ma być, jakie "wysadził kamienicę" - wymamrotał po chwili. - Już ci to tłumaczyłem. Ty jakiś niedorozwinięty jesteś czy co?

avatar

PisanieTemat: Re: Jakieś takie dwuznaczne coś z kakao w tytule   Pią Lip 06, 2018 11:59 am

- Wojsko nie potrzebuje papierka, ale ja papierka, otóż panie Aeroplan, potrzebuję bardzo mocno, albo skierowania jak nie kartki. I ty myślisz - porzucił jakoś tak przypadkiem formę grzecznościową, ale to pewnie dlatego, że mu oburzenie trochę mocniej w krew wlazło - że ja jestem głupi? Ja wiem, że jest wojna, ale tutaj jest Warszawa, a nie jakaś tam wojna, wojna to na zachodzie i wschodzie jest, my tutaj mamy dbać o patriosferę i być dobrymi obywatelami, a jak być dobrym obywatelem, skoro wszyscy cywilowi to żeby tylko mokrą ścierą w ryj jebnąć, jakby on jakimś podczłowiekiem był, a nie istotą rozumną? A hetman to nie kazał mi niczego osobiście, a co on, królem się mianował, żeby wszystkim rozkazywać i sobie królować? - Krótka przerwa, w czasie której Arek stroił groźne miny i zamachał dziko rękoma, jakby odpędzał niewidzialne mole. Oburzenie w nim rosło całą sytuacją, co mu tu będą jakieś rzeczy kazali robić, jak on przecież wolny człowiek był, nawet jeśli taki trochę z zakolami. I kto wie, może nawet i miał wodę w kolanach i cukier w kostkach, teraz sam już nie był w stanie powiedzieć. - Ja dla wojny nie będę z pracy wyrzucany, ani wydziedziczany, ani nawet łysiejący, bo ja w wojnie palcem nie mieszam, ja mam tylko dbać o patriosferę, a jak mam o nią dbać, będąc bezdomnym, bezrobotnym, wydziedziczonym i łysiejącym? To jest durne jakieś! Co to ma znaczyć w ogóle!
Arkadiusz w chwilach podniosłego oburzenia wyrzucał z siebie słowotoki o prędkości pocisków z kałacha co najmniej. Nie zawsze było to nawet składne, ale liczyła się sama siła. Nie raz i nie dwa razy już wyszedł dzięki temu z opresji, bo nawet dresiarnia na Pradze bywała miejscami skonsternowana, gdy taki mały leszcz zamiast grzecznie oddać kieszonkowe zaczyna napierdalać wściekłym monologiem.
- No nie wiem, no jebło, to jebło, tutaj wszystko jakieś popierdolone! Kleszcze, sreszcze i gównoburze, wszędzie trupy, gołe dupy i kawa na kartki, CHCĘ ROZMAWIAĆ Z KIEROWNIKIEM.

avatar

PisanieTemat: Re: Jakieś takie dwuznaczne coś z kakao w tytule   Pią Lip 06, 2018 9:10 pm

Porucznik Aero... Erhk'iaan zdążył nieco nawyknąć do dziwnych słowotoków, jakie zdawały się nieustannie przelewać w trzewiach Arkadiusza niczym wzburzona woda, która wzbiera pod tamą, jednakowoż było to zaiste tylko nieco. Słuchając jego tyrady Saszka chyba po raz pierwszy w życiu miał ochotę tak po ludzku po prostu wziąć i jebnąć komuś w ryj.
Szybko jednak zwalczył tę chęć.
Zaciskając palce prawej dłoni na nasadzie nosa, z przymkniętymi oczami, po raz pierwszy w życiu tak żarliwie modlił się o cierpliwość. A wykonanie tego gestu nie należało do najłatwiejszych, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że - podobnie jak zresztą i pozostali aresztanci - miał skute ręce.
Chorąży, dla odmiany, nie modlił się. Dość intensywnie natomiast to bladł, to znów purpurowiał. Przy wzmiance o kawie i rozmowie z kierownikiem nie wytrzymał. Sapnął oburzony i zamachał rękoma.
- Słuchaj no, obywatelu... - zaciął się z tego całego oburzenia.
- ...Frędzel - podpowiedział mu automatycznie Saszka.
- ...obywatelu Frędzel! - podjął półelf z nową energią. - Hetman... Hetman to jest taki gość, co ty mu nawet całować desantów nie jesteś godzien, o! I jak on ci każe skakać, to ty nie pytasz o jakiś zasrany papierek, tylko jak wysoko! JAK WYSOKO, CZAISZ?! Bo... Bo tak jest! Ty tego nie rozumiesz! Tu wojna jest wszędzie! Wszę...
Porzucony na biurku skaner rozwył się, tym razem dość dosłownie. Dźwięk syreny alarmowej i oślepiający błysk czerwieni skutecznie odwróciły uwagę zebranych na posterunku od najważniejszego zdarzenia niczym przepiękna asystentka podczas występu iluzjonisty.
A najważniejsze w tym wszystkim było to, że osiemnaście lat wcześniej sierżant Kowalewski niemal stoczył się na samo dno. Wyrzucili go ze studiów, matka zmarła na raka, ojciec zapił się na śmierć. Młody podówczas (jeszcze nie sierżant) uparcie próbował pójść w ślady ojca. I byłoby mu się to udało, gdyby nie zamieszczone w wieczornym dzienniku słowa El-Galada o tym, że na zmianę nigdy nie jest za późno, bo kraj nieustannie potrzebuje bohaterów.
A teraz to wszystko jakby krew w piach.
Sierżant rzucił się na Frędzla, zaciskając napięte z wysiłku palce na jego szyi. Można by było pokusić się o próbę racjonalizowania i założyć, że może chciał mu rozmasować spięty kark czy coś. Byłoby to jednak bardzo mylne założenie.
Sierżant Kowalewski bowiem z całą pewnością próbował Arka udusić gołymi rękoma.

avatar

PisanieTemat: Re: Jakieś takie dwuznaczne coś z kakao w tytule   Pią Lip 13, 2018 3:56 pm

To nie wyglądało dobrze. W ogóle. Ani ciut-ciut. Chociaż Arkadiusz nie do końca zdawał sobie z tego sprawę, ale - bądźmy szczerzy - nie był aż tak bystry, za jakiego się uważał, pomijając już jego i tak średnią samoocenę. Był gotów odpyskować, znowu podjąć się swojego zaciekle oburzonego monologu, w którym miał mówić, że jak kózka skakała, to sobie nogę złamała, a on nie jest taką tam kózką, a on butów nikomu czyścił nie będzie, bo nie jest pucybutem tylko barmanem, a dodatkowo to on wierzy w rasizm odwrotny i że elfy uważają się za lepsze od ludzi. Z pewnością dodałby jeszcze mnóstwo innych kompletnie niepotrzebnych i równie debilnych rzeczy, ale zwyczajnie nie zdążył.
Stał tylko z miną wyrażającą, o dziwo, oburzenie i nawet otworzył usta, żeby zacząć. Wtedy stało się kilka rzeczy. Skaner rozpiszczał się potwornie, sierżant rzucił się na Arka, a Arek również postanowił się w pierwszej chwili rozpiszczeć.
Krótko, bo zaraz pisk ugrzęznął mu w gardle - no i palce, wiadomo, sierżanta pewnie sprawę nieco komplikowały. Biedny Arek. Całe życie, ponownie, przebiegło mu przed oczami, gdy tak spazmatycznie próbował sierżanta kopnąć i jednocześnie wbijał mu paznokcie w rękę i jeszcze rozpaczliwie starał się złapać haust powietrza.
No i chuj, stróże prawa go zabiją. Masz ci los.
Tyle że to też nie wyszło. Nic dzisiaj nie wychodziło.
Bo wtedy drzwi się otworzyły i w drzwiach stanął nowy osobnik. O gęstej grzywie zdrowych i lśniących miedzianych włosów. O przystojnej twarzy, wysoki, zbudowany jak należy. Na posterunek przybył Tomasz Frędzel - aczkolwiek w sprawach służbowych. Czym się zajmował? Kleszczami - między innymi. Badał je. Miał sprawdzić, skąd kleszcze wzięły się w centrum Warszawy, po jakich linkach się tutaj dostały. Wszedł w idealnym momencie, żeby zobaczyć, jak sierżant Kowalski usiłuje zabić jego brata.
Co zrobił? Teczka wypuścił - ta grzmotnęła o ziemię - a on sam doskoczył do Kowalskiego, ręce mu od szyi Frędzla Młodszego odciągnął i zrobił jedyną słuszną rzecz. To znaczy trochę podciął sierżanta, przewrócił na brzuch i go, tak na wszelki wypadek, przydusił do ziemi kolanem i jeszcze mu rękę wykręcił, choć niezbyt boleśnie - tak przy okazji zaprezentował, że te jego cudowne mięśnie wykute ze skały nie są byle wabikiem na laski, nie były pompowane, nie były puste, tylko pełne siły. Ofc. Bo przecież był cały zajebisty.
- Proszę wybaczyć... - chwila na zerknięcie na belki. - Panie sierżancie, ale chyba pan nad sobą nie panuję. Radzę uspokoić emocje, kleszcz może pana zaatakować, miał pan styczność i z zakażonym, i innymi osobami, które przebywały w tamtej celi.
A Arek... jęknął głośno, opadł na ziemię i chciało mu się przeklinać. Za to podniósł dłonie do szyi i rozmasowywał panicznie, łapiąc oddechy. Borze. Prawie by tu wziął i umarł. Ale pojawił się Tomasz. Tomasz to zawsze jakoś miał wyczucie chwili, intuicję, reagował szybko, poprawnie i w ogóle. Pewnie dlatego Arek jednocześnie go nie znosił i kochał, bo musiał. No bo się nie dało.
- Wszystko w porządku? - to pytanie z kolei padło już w stronę Arka, więc ten tylko się wykrzywił i wzruszył ramionami. No i chuj, no i cześć. Jeśli coś Arkowi zamykało mordę - to był to właśnie jego brat.

avatar

PisanieTemat: Re: Jakieś takie dwuznaczne coś z kakao w tytule   Pią Lip 13, 2018 9:45 pm

Saszka nie zdążył wykonać wszystkich uspokajających kata, jakich wykonanie  miał w poczynionych naprędce planach. Kajdanki sprawy nie ułatwiały. Chorążego natomiast w pierwszej chwili wzięło i zamurowało, na tyle, że kiedy po kilku sekundach się otrząsnął i rzucił Frędzlowi na ratunek, ten już zdążył nieco spurpurowieć, napęcznieć i malowniczo zacharczeć.
Tomasz za to zawsze jakoś miał wyczucie chwili, intuicję, reagował szybko, poprawnie i w ogóle.
Tyle że to też nie wyszło. Nic dzisiaj nie wychodziło.
Pozbawionemu zakoli Frędzlowi chyba wyleciało z głowy, jak niebezpieczny może być zainfekowany kleszczem człowiek. I że w sytuacji, kiedy jeszcze można się kleszcza pozbyć, to raczej nie należy podjudzać tej złej strony danego człowieka.
Tomasz natomiast, proszę państwa, podjudzał.
Na początku sierżant Kowalewski jakby zmarkotniał, zmarniał i oklapł. Niewprawnemu w boju cywilowi mogłoby się nawet zdawać, że żołnierz się uspokoił, że dotarło do niego zawarte w przemocy przesłanie pod wdzięcznym tytułem "zamk ryj i się nie ruszaj, bo w ten, no, bo w ryj". Przygodnemu obserwatorowi mogłoby przyjść na myśl, że rada, by uspokoić emocje, faktycznie mogłaby uspokoić czyjeś emocje.
Pierdolenie.
Sierżant spiął się, by za chwilę odwrócić się błyskawicznie i równie nieuchwytnie jak piskorz. Z mocą i szałem dodanym przez kleszcza wyrwał się bardziej wyględnemu Frędzlowi, nawet jeśli miałby sobie przy tym ręce ze stawów powyrywać, przecież i tak nie czuł bólu, i przetoczył się nad nim, uderzając jego głową o podłogę jak szmacianą lalką. Coś stuknęło bardzo głośno i nieprzyjemnie. Saszka dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, że to nie głowa Tomasza się rozwaliła - to jedynie niechlujnie umieszczony w kaburze pistolet sierżanta uderzył o posadzkę. Elf sprężył się, by rzucić się po broń.
Ale nic dzisiaj nie wychodziło.
Saszka zderzył się w locie z chorążym, który z kolei rzucił się całym sobą na pomoc Frędzlom. Przez kilka bezcennych sekund obu im dzwoniło w uszach jak w kościele przed rezurekcją. Porucznik potrząsnął głową, ale od tego było jeszcze gorzej. W takim stanie nie zdołałby nawet zapiąć rozporka nie robiąc sobie krzywdy, a co dopiero wycelować w rozsierdzonego sierżanta, który miotał się w amoku, tarmosząc rudego za jego nadal jeszcze bujną grzywę gęstych, zdrowych i lśniących włosów.
- Frędzel! Łap za broń! - krzyknął Saszka do Arka w nadziei, że ten półgłówek wykona rozkaz bez swojego zwyczajowego pierdolenia o wszystkim i niczym.
A potem, dla odmiany, zaczął się modlić, żeby może jednak tego rozkazu nie wykonał, bo przecież robić coś z tym typem to jak przegrać z rakiem, tylko gorzej, bo totalnie wszystko idzie na opak i jeszcze Frędzel powystrzela wszystkich poza sierżantem.

avatar

PisanieTemat: Re: Jakieś takie dwuznaczne coś z kakao w tytule   Nie Lip 15, 2018 2:21 pm

Tomasz chciał dobrze - przecież dobrymi chęciami Piekło jest nawet wybrukowane - tylko że nie wyszło. Kompletnie nie wyszło. Gdy upadł, to sobie głupi łeb rozwalił - no, może nie głupi, bo jednak Tomek był mądry mocno, oczytany, dobry chłopiec, wzorowy student - i stracił przytomność. Problem polegał na tym, że był świeżo po magisterce. Świeżo po stażu. Właściwie to była pierwsza taka wielka misja, na którą poszedł sam, z własnej woli i z wielkim zapałem. Brak mu było doświadczenia i był w dodatku cywilem. Kleszcze znał doskonale w teorii, w praktyce z kolei znacznie, znacznie mniej. Popełnił wielki błąd.
No i chuj.
Zakażony kleszczem sierżant napierdalał jego głową o podłogę i właściwie włosy Frędzla nie były już rude, tylko czerwone. Od krwi, bo mu trochę czaszkę jakby sierżant rozpierdolił. Takie rzeczy zawsze się zdarzają i zawsze trochę szkoda.
A co z Arkiem, zapytacie? Nadal siedział skulony pod ścianą, mając nadzieję, że i tym razem wszystko będzie dobrze, bo przecież było tu mnóstwo osób, które mogłyby kryzys zażegnać. Dopiero wrzask porucznika Aeroplana wyrwał go z tego szoku i podniósł ten swój łysawy łeb. Zobaczył tamtych dwóch na podłodze, zobaczył sierżanta, który właśnie robił z głowy jego starszego brata miazgę i wtedy, pierwszy raz w życiu chyba, Arek złapał za broń. Na filmach widział, jak się odbezpiecza i przeładowuje, dzięki czemu udało mu się to zrobić.
Chujowo celował, to fakt, niemniej gdy wypierdolisz cały magazynek w sierżanta zakażonego kleszczem, to go nawet trafisz. Arek też trafił. Pięknie w łeb - całe dwa razy - w bark, plecy - też razy dwa - a reszta to poszła gdzieś po podłodze i, o nieszczęście, porucznik Aeroplan trafiony w nogę został, bo się kula jakoś nieszczęśliwie odbiła i poleciała rykoszetem.
Arek po wystrzeleniu całego magazynku jeszcze parę razy naciskał nieprzytomnie spust i się gapił. Gapił się na swojego brata - Tomka, tego cudownego, lepszego i w ogóle zajebistego starszego brata, który go zawsze pouczał i dawał mu wkurwiająco dobre rady, tarmosił za uszy do nauki i w ogóle robił mu zawsze złośliwie tak, żeby było dobrze i jeszcze bronił w szkole przed wpierdolem, w domu krył, gdy młodszy Frędzle przychodził jako nastolatek do domu najebany jak szmata, albo gdy coś odjebał, brał na siebie niektóre jego występki - jak wtedy, gdy jechał trochę nie tego koniem ojca, wjebał go w dziurę i go okulawił - i wszyscy go lubili. Bo był dobrym, zabawnym i pomocnym człowiekiem, który zawsze miał dobre słowo i wyciągał pomocną łapę do każdego, kto pomocy potrzebował.
A teraz leżał na podłodze - o dziwo, Frędzel go nawet raz nie trafił - z czaszką zamienioną w krawawo-mózgową papkę i chyba raczej nie żył. Dodatkowo częściowo był nakryty martwym już zakażonym sierżantem.
Znaczy, nie żył na pewno, ale Arek miał taką cichą nadzieję, że może jednak trochę jeszcze żyje.
- Tomek, weź wstań - oznajmił najpierw. I jakoś tak dziwnie cicho było. To co zrobił Arek? Pokracznie się podniósł, broń z obrzydzeniem rzucił gdzieś na bok i do brata podszedł. Przyklęknął i z wielkim trudem zrzucił z niego sierżanta, żeby Tomasza po plecach tak trochę popatać. - No weź. Nie wydurniaj się, wstawaj, stary, co ty, ujebałeś się krwią, przecież ta marynarka to nowa w opór, a ty ją krwią ujebałeś całą, Tomek, ty dzbanie.
No ale odpowiedziała mu cisza. To się Arek odwrócił do porucznika Aeroplana.
- Ja się nie znam na pierwszej pomocy. Możesz pan coś zrobić, panie porucznik?
Do typa totalnie nie dotarło, co się właśnie odjebało.

avatar

PisanieTemat: Re: Jakieś takie dwuznaczne coś z kakao w tytule   Sro Wrz 26, 2018 3:35 am

Jako geograf królewski, Saszka nie miał w swoim dość już długim życiu lekko. Przemierzył wiele planów, z wielu pieców jadł chleb i od lat przyglądał się różnym światom. Stawał oko w oko z jegrami i z tworami ich panów. Po wielekroć był bliski śmierci, a nawet losu gorszego od śmierci. Zdarzało się, że kładł się spać w bezpiecznym obozowisku, a budził się niemal w paszczy jakiejś maszkary. Albo wchodził po pas w śnieg, a po chwili okazywało się, że właśnie stanął w płomieniach.
Przed służbą u hetmana zresztą też nie miał łatwo.
Koszmary o tragicznie zmarłych kolegach z obozu dla kadetów do dziś go nawiedzały w snach, wciąż tak samo żywe, malownicze i przerażające jak wtedy, gdy był jeszcze młodym żółtodziobem.
Jednak jeszcze nigdy tak bardzo się nie bał jak w momencie, kiedy Frędzel chwycił za broń.
Huk wystrzałów w zamkniętym pomieszczeniu był nie do zniesienia. Ludzie chyba krzyczeli, Saszka tego nie słyszał, ale musieli krzyczeć, bo mieli otwarte usta i twarze powykręcane w pełnych przerażenia grymasach. Kiedy minął pierwszy szok, kto mógł, chował się. Pod biurkiem, za szafą, gdzie się dało. Elf się nie schował. Patrzył tylko na Arkadiusza, w myślach powtarzając jak mantrę bojową: tylko nie strzelaj na oślep, tylko nie strzelaj na oślep, tylko...
Sam krzyknął z bólu, kiedy oberwał rykoszetem w łydkę. Ból był palący i natychmiastowy. To dobrze. Zwykle świadczyło to o tym, że rana nie zagraża życiu. Dopiero kiedy czułeś siłę ciosu z dużym opóźnieniem, mogłeś pomyśleć: o kurwa, to chyba coś poważnego. Erkh'iaan spojrzał na swoją nogę. Zaledwie draśnięcie.
Wreszcie nastała dzwoniąca w uszach cisza.
Saszka, ogłuszony wywaleniem całego magazynka w zainfekowanego sierżanta, z początku nie słyszał, co mówi Frędzel, ale próbował czytać z ruchu warg. Słuch mu zaczął wracać dopiero po dłuższej chwili.
Nie miał serca mówić Arkadiuszowi tego, co oczywiste.
Nie bez trudu podniósł się z podłogi, krzywiąc się przy tym lekko, i pokuśtykał w stronę braci. Nawet nie musiał sprawdzać, już gołym okiem było widać, że nic się zrobić nie dało. Ale jakoś tak czuł, że musi to zrobić. Że inaczej się nie da. Przykucnął przy ciele i przystawił dwa palce pod jego brodę. Przez ułamek sekundy sam się nawet łudził, że może... Może...
Ale nie było żadnego może.
Porucznik westchnął ciężko. Ręka zawahała się nad twarzą starszego Frędzla. Zakrwawioną, powykrzywianą, z włosami pozlepianymi posoką i resztkami mózgu. Ostrożnie zamknął mu oczy. I dopiero wtedy spojrzał na Arka.
- Bardzo mi przykro - powiedział, kręcąc głową.

avatar

PisanieTemat: Re: Jakieś takie dwuznaczne coś z kakao w tytule   Czw Wrz 27, 2018 2:24 pm

Arkadiusz miał cel - nie strzelał więc aż tak bardzo na oślep. Większym problemem było to, że robił to po raz pierwszy w swoim marnym życiu, nigdy wcześniej nie trzymał prawdziwej broni w swojej chudych łapach. Piszczało mu w uszach, nie wiedział, co się dzieje i ogólnie ciężko mu było ogarnąć to, że właśnie kogoś zabił i że jego brat ta jakby trochę nie żyje.
Frędzel ani trochę nie ogarniał. Był w szoku i stał bardzo mocno obok całej sytuacji, nie docierała do niego rzeczywistość za grosz.
Dlatego czekał i grzecznie patrzył, jak porucznik podchodzi do Tomasza i sprawdza mu puls, nawet jeśli nie było po co. Wpatrywał się przy tym w niego jak w jakąś opokę, która zaraz mu powie, że wszystko jest w porządku, pan starszy Frędzel zaraz stanie na nogi, tylko troszkę mu się zemdlało może czy coś. To przecież się zdarza.
Ale nie tamtego dnia.
- Ojej - wymknęło mu się, gdy usłyszał w końcu werdykt. Wydawał się tym bardzo, przede wszystkim, zaskoczony. Zamrugał kilka razy bardzo szybko. - Rodzice się wściekną. Powiedzą, że to moja wina. - W tym miejscu zamilkł na krótką chwilę i położył dłoń na piersi Tomka, by zaraz zacisnąć chude palce na jego nieszczęsnej i ujebanej krwią marynarce. - To moja wina?

avatar

PisanieTemat: Re: Jakieś takie dwuznaczne coś z kakao w tytule   Sob Paź 06, 2018 11:01 pm

Atmosfera na komisariacie była tak gęsta, że można ją było kroić maczetą. Funkcjonariusze wpatrywali się z napięciem na przemian to w Arkadiusza, to w Saszkę, boleśnie wręcz świadomi tego, jak tak traumatyczne przeżycia mogą wpłynąć na Frędzla. Każdy bał się wziąć nawet głębszy oddech, jakby tylko czekając, aż wreszcie coś znowu jebnie, i nie chcąc być powodem kolejnej katastrofy. A przecież nawet nie wiedzieli, że denat był bratem Frędzla.
Porucznik sam nie był pewien, czy coś się znowu nie stanie.
Z jednej strony byłoby to zupełnie zrozumiałe, ale z drugiej... Arkadiusz już po wielekroć go dzisiaj zaskoczył. W końcu nie bez powodu chcieli go zabrać do Instytutu Badań Nad Anomaliami (IBNA, przez niektórych zwana też pieszczotliwie inbą).
Saszka pochylił się do Frędzla i powoli, ostrożnie, jakby mając do czynienia ze spłoszonym koniem, położył rękę na jego ramieniu.
- Nie - powiedział spokojnie, ale z całkowitym przekonaniem. - To absolutnie nie jest twoja wina. - Dyskretnie wykonał na Arku uspokajające kata (który to już raz dzisiaj!), uważnie obserwując go przez cały czas. - Ten pan popełnił błąd nowicjusza, koszmarny błąd, ale absolutnie nie ma w tym twojej winy.

avatar

PisanieTemat: Re: Jakieś takie dwuznaczne coś z kakao w tytule   Wto Paź 23, 2018 1:25 am

Frędzel pokiwał powoli głową. Był przerażająco spokojny, ale nic dziwnego - nadal nie wyszedł z szoku. Jednocześnie to jakoś tak żałośnie nie odbiło się na jego marnej psychice, obeszło to bokiem. Porucznik powiedział, że to nie jego wina, więc to nie była jego wina. To była wina Tomasza, że wziął i tak głupio umarł.
No cóż. Życie chuj.
Puścił w końcu marynarkę biednego i martwego Frędzla.
- To Tomek. Nie pan, Jezu, panie porucznik, co pan - fuknął na Saszkę. Kata podziałało. Wycofało szok, uspokoiło te rozhuśtane nerwy. - To mój brat. Starszy brat. On nigdy nie popełnia błędów, ale no cóż. Raz a porządnie. Rodzice się pewnie wściekną i tak na mnie, mimo że to jego wina jest, muszę do nich zadzwonić pewnie i im powiedzieć, bo to przecież straszne jakieś jest. Może pan zadzwonisz, co? Ja dam numer i wszystko, ojciec na pewno jest w domu już o tej porze, matka to nie wiem, może poszła do pani Marioli, niżej mieszka, pod nimi, wie pan, jak to jest, koleżanki z bloku i plotki... - głos mu się trochę złamał na sam koniec. Ale tylko na chwilę. Przełknął ślinę.
I uklęknął bardziej przy ciele brata, rączki złożył i paciorek zaczął odmawiać. Serio. Jakoś mu tak się pomyślało, że w takiej chwili warto jest się za dusze zmarłego pomodlić.

Sponsored content

PisanieTemat: Re: Jakieś takie dwuznaczne coś z kakao w tytule   


 
Jakieś takie dwuznaczne coś z kakao w tytule
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2
 Similar topics
-
» Screeny z Aiona i takie tam...
» Z dna Piekieł tu przybył,
» "Starożytne Runy Nie Są Wcale Takie Trudne" Laurena Wakefielda [do edycji]

Skocz do: