Szybkie Menu

Jakieś takie dwuznaczne coś z kakao w tytule
Idź do strony : 1, 2  Next
avatar

PisanieTemat: Jakieś takie dwuznaczne coś z kakao w tytule   Pią Sie 25, 2017 12:27 am

Są takie dni, że człowiek wie, że wszystko będzie w chuj do dupy. Arek przekonał się o tym z samego rana, gdy obudził go Kot siedzący mu dupą na twarzy. Tak po prostu. Przyszedł, usiadł, a gdy Frędzel chciał go grzecznie odsunąć, to użarł go w rękę, podrapał i zszedł, sycząc jak wściekła bestia - którą przecież i tak był.
- O ty chuju kocie, skurwysynie kocie - burknął Arek na dzień dobry, gdy już się podniósł, wykrzywił i dziwacznie ściągnął brwi.
Trudno byłoby powiedzieć, by Kot przejął się widocznie - bądź niewidocznie - tymi niezbyt pochlebnymi epitetami rzuconymi zachrypniętym jakby z przepicia głosem. Wręcz przeciwnie. Uniósł wysoko ogon, prezentując swój odbyt, i wymaszerował, jak gdyby nic się tak naprawdę nie stało, a cały ten incydent był tylko poronioną imaginacją.
Arek podrapał się po czole i wygrzebał z łóżka. Później było tylko gorzej.
Walnął się małym palcem o róg ściany, zaciął się przy krojeniu pomidorów, założył dwie różne skarpetki - co zauważył dopiero wtedy, gdy jego stopa napotkała w bucie coś ciepłego i miękkiego, co okazało się być kocim gównem, a ostatecznie wyszło na to, że wcale nie miał iść do pracy, o czym przekonał się, gdy wpadł spóźniony do pubu i przywitał go inny barman.
Po tej wpadce zamierzał iść do domu, dać się podrapać kotu i może coś poczytać, ale niewdzięczna siła skłoniła go do zmiany planów. Postanowił wybrać się na Łowy - pisane wielką literą, bo to miało być ogromne polowanie. Co jakiś czas robił obchód po wszystkich antykwariatach w całej Warszawie, by przekopywać się przez sterty starych książek, pierdół, komiksów i gazet w poszukiwaniu Świętego Gralla - mangi. Nie chwalił się tym, nikomu o tym nie wspominał, wszystkie wygrzebane tomiki ukrywał w kufrze pod łóżkiem i potrafił po kilkanaście razy katować jeden tom, do znudzenia i wykucia na blachę każdej - co było sporym wyczynem, biorąc pod uwagę jego pamięć porównywalną do pamięci ziemniaka.
Dotarł, powitał pana za ladą, którego z widzenia znał całkiem dobrze i zaczął kopać. I wtedy stało się coś, czego pewnie żodyn się nie spodziewał. Żodyn. I co jednocześnie sprawiło, że Arek prawie zawału dostał.


Ostatnio zmieniony przez Arkadiusz Witold Frędzel dnia Pią Sie 25, 2017 7:57 pm, w całości zmieniany 1 raz

avatar

PisanieTemat: Re: Jakieś takie dwuznaczne coś z kakao w tytule   Pią Sie 25, 2017 12:53 am

Geograf królewski, oprócz tego, że sama nazwa wskazuje na jakiegoś egzotycznego węża, to posada bardzo prestiżowa. A co za tym idzie, wielu ludzi ciekawiło, co też taki geograf właściwie robi, i to nie tylko w pracy, ale także i w przerwach między jednym wypadem za Horyzont a drugim. Gdyby ktoś podążał dziś śladami Saszki, mógłby się więc trochę rozczarować.
Elf bowiem korzystał z geograficznego sezonu ogórkowego, a co za tym idzie - i wymuszonego warunkami atmosferycznymi urlopu - w sposób niebywale, niesamowicie i wręcz do bólu nudny. Najpierw zrobił sobie na śniadanie twarożek ze śmietaną i cudem zdobytym szczypiorkiem, który to twarożek chciał spożyć na grubej pajdzie chleba posmarowanego równie grubą warstwą masła. Chleb jednak okazał się czerstwy jak żarty administratorów gier online. Niepocieszony Saszka wstawił więc twarożek do lodówki z mocnym postanowieniem, że zje go jak tylko wróci ze sklepu.
To jednak nie miało nastąpić tak szybko.
Skoro już był na zewnątrz i przemierzał bure ulice kochanej Warszawy, postanowił zahaczyć jeszcze o drogerię, bo szampon wyszedł. Szampon zawsze jakoś tak szybko wychodził, co przy długich do pasa włosach nie powinno nikogo dziwić, a jednak Saszkę dziwiło nieustannie. A skoro już był w drogerii, to przecież mógł zajrzeć jeszcze do kaletnika, bo mu się rękawiczki zgubiły, a on przecież nosił tylko takie z miękkiej skórki. No, a skoro już był u kaletnika, to przecież do antykwariatu był już tylko rzut beretem...
Albo kapeluszem. Saash'Khaar miał na głowie czarny kapelusz typu fedora, bo piździało niemożebnie, jak to zwykle w listopadzie bywa, a czapkami gardził. To znaczy, o ile nie był w terenie. Elf nie wyobrażał sobie jazdy konnej w kapeluszu. Miał na sobie także (Saszka, nie kapelusz) czarny płaszczyk typu unisex i długie do połowy łydek glany, w które wpuszczone miał nogawki przylegających spodni. Przez ramię zwieszała się czarna raportówka. Wizerunku dopełniał czerwony szalik i rozpuszczona blond czupryna.
Na podstawie tego wszystkiego ciężko byłoby przeciętnemu Kowalskiemu stwierdzić, jakiej właściwie płci był pan porucznik.
A i on, jak skończony kretyn albo po prostu kobieta, nawet nie wziął i nie zdjął kapelusza, gdy wszedł do antykwariatu. Choć chodził po świecie już pięćdziesiąt lat, w tym całe czterdzieści sześć po Planie Ziemi, to nadal nie łapał wielu ludzkich zwyczajów, takich jak na przykład to, że jeśli jesteś facetem, ale nie wyznania mojżeszowego, to po wejściu do pomieszczenia zdejmujesz nakrycie głowy, koniec, kropka. Saszka nie zdjął. Skinął głową panu antykwariuszowi na dzień dobry i od razu udał się w swoje ulubione miejsce. Prosto do regału z powieściami graficznymi.
A mówiąc mniej po elfiemu, do działu komiksów.

avatar

PisanieTemat: Re: Jakieś takie dwuznaczne coś z kakao w tytule   Pią Sie 25, 2017 1:10 am

Bądź Arkiem. Kochaj mangi, ale bój się kobiet w czerwonych szalikach przez idiotyczne wydarzenie w dzieciństwie, które odcisnęło na tobie piętno. Przyjdź do antykwariatu z zamiarem spełnienia swojej chorej ciągoty do zanurzania się w mitycznym japońskim świecie. Nie zwracaj uwagi na świat dookoła, bo klasycznie się zamyśliłeś i już wyobrażałeś sobie, jak siadasz w fotelu z nowym-starym tomikiem w łapsku i żresz pajdę chleba z dżemem od matki.
Na wejściu rozwiązujesz szalik i poprawiasz narzucony na ramię plecak, w którym masz koszulkę do roboty i zapaskę, nawet rozpinasz szary płaszcz. Wszystkie te procesy - z myśleniem włącznie - zajmują cię na tyle, że nawet nie widzisz innego człowieka przy regale z komiksami.
Przystajesz, wgapiasz się w okładki śmiejących się do ciebie komiksów , wyciągasz dłoń po jeden tomik, dostrzegasz kątem oka ruch, odwracasz głowę i wtedy właśnie się budzisz.

To było jak wybudzanie się z koszmaru. Z krzykiem. I to nie takim normalnym, o nie. Arek zapiał jak mała dziewczynka i odskoczył od regału jak spłoszony królik. Potknął się o własną nogę i powietrze, wpadł na szafkę pełną jakichś starych metalowych świeczników i garnków, złapał się jakiejś jednej półki, a ta pękła z trzaskiem. Świeczniki i garnki nie były zadowolone i postanowiły zareagować z pełnym oburzeniem na wstrząsy i część z impetem i hałasem się poprzewracała, a inna część majestatycznie spadła na podłogę i obsypały jeszcze Arka - bo po pęknięciu szafki stracił jedyną podporę i sam się wziął i wypieprzył - co narobiło jeszcze większego rumoru.
Co takiego zobaczył Frędzel? Kobietę. Kobietę w jebanym czerwonym szaliku, zwiastun śmierci i nieszczęścia, irracjonalne bóstwo wszelkiej niedoli, jaka tylko panoszyła się na ziemi, samego przywódcę balrogów i w ogóle szatana w jednej osobie. Jebać mangi. Wszystko jebać.
Bądź Arkiem. Siedź jak sierota na podłodze, dookoła ciebie świeczniki i garnki, jeden świecznik rozjebał ci łuk brwiowy, wywalasz oczy na kobietę-w-czerwonym-szaliku i jesteś pewien, że zaraz umrzesz, bo serce ci stanie ze strachu.
Najlepszy dzień w życiu.

@edit - zapomniałem o stykających się dłoniach xD


Ostatnio zmieniony przez Arkadiusz Witold Frędzel dnia Pią Sie 25, 2017 2:13 pm, w całości zmieniany 1 raz

avatar

PisanieTemat: Re: Jakieś takie dwuznaczne coś z kakao w tytule   Pią Sie 25, 2017 11:18 am

Zdarzyło się coś nieprawdopodobnego. Coś, o czym czytał tylko w książkach, w dodatku jeszcze tych sprzed najazdu balrogów. Aż nie mógł własnym oczom uwierzyć. Stał przez chwilę w absolutnym bezruchu i tylko wpatrywał się.
Zeszyt przygód Spidermana w oryginalnym o p a k o w a n i u.
A więc jednak cuda istniały i przytrafiały się zwykłym ludziom - to jest, zwykłym elfom - i nawet jeden przydarzył się dzisiaj.
Saash'Khaar drżącymi z emocji dłońmi sięgnął po błyszczącą w żarowym świetle folię, w której znajdował się bezcenny skarb. I to niemal dosłownie bezcenny. Elf był pewien, że zapłaci za ten egzemplarz astronomiczną kwotę, ale niech go cholera, jeśli miałby odpuścić. To będzie ukoronowanie jego kolekcji. Postawi nieotwarty, nienaruszony zeszyt na najwyższej półce regału z komiksami i nigdy, przenigdy do nie otworzy. Miał już identyczny egzemplarz, ale strasznie zaczytany. Ten będzie ozdobą. Perełką w jego głowie. Czy tam oczkiem. A co tam, stać go. Nie po to ciułał przez tyle lat, żeby teraz odmówić sobie takiej przyjemności.
Z wyrazem ekstazy godnej świętego, który właśnie ujrzał anioła wziął tego świętego Graala w smukłe palce. Powoli odwrócił się, by skierować swoje kroki do kasy. Cały jego świat zawęził się do tego jednego magicznego przedmiotu.
Już widział, jak płaci kartą za ten cud. Jak pan antykwariusz owija go brązowym papierem. Cud wędruje do raportówki, a uniesiony szczęściem elf radosnym, dziarskim krokiem przemierza ulice Warszawy. Tak się tą wizją podjarał, że nawet nie zauważył, że inna dłoń sięgała po jego cud.
A potem jebło.
Saszka podskoczył mimowolnie, gdy usłyszał pisk zarzynanego królika. Zdezorientowany, zaczął rozglądać się na boki, ale cholera, skąd w antykwariacie królik?!
Królika, oczywiście, nie znalazł.
Nie zdążył uskoczyć przed spadającym na niego świecznikiem, więc odruchowo osłonił głowę rękami.
Tymi samymi, w których spoczywał jego bezcenny łup.
Z bladą z przerażenia twarzą natychmiast opuścił ręce (świecznik potoczył się gdzieś korytarzem) i natychmiast zajął się oględzinami biednej ofiary wypadku.
Folia była zdarta.
Saszka wpatrywał się w to świętokradztwo co najmniej tak, jakby mu kto rodzoną matkę wypatroszył i uczynił sobie szalik z jej jelit.
Powoli, jak bohater horroru, który jeszcze nie wie, ale już się spodziewa, co zobaczy, przeniósł spojrzenie na prowodyra całego zamieszania. A ten, jak gdyby nigdy nic, leżał sobie w tym całym bajzlu, który uczynił, bezczelnie krwawiąc nad brwią i mając usta otwarte jak ryba wyrzucona na brzeg.
Na czole elfa zapulsowała żyłka.
Nie, to być nie może. On tak tego nie zostawi. Tak być nie będzie.
Srebrne oczy elfa błysnęły złowrogo. Ucieleśnienie furii zbliżało się do delikwenta: z włosem rozwianym, z szalikiem rozwianym, nawet z nadziejami rozwianymi. Saszka prawą ręką chwycił ten pomiot szatana, który zrujnował wszystkie jego plany, i uniósł w górę, jakby człowiek zupełnie nic nie ważył. Elfowi totalnie puściły nerwy. Potrząsnął lekko cholernikiem i pomachał mu komiksem przed oczami.
- COŚ. TY. UCZYNIŁ. - Wycedził niskim z wściekłości głosem. Nie dość, że stracił coś tak cennego, to pewnie jeszcze i tak przyjdzie mu za to zapłacić, bo w końcu to on trzymał komiks w rękach, kiedy doszło do najgorszego. Miał prawo się wściec. - DO KURWY NĘDZY. - Dopowiedział jeszcze.
A kiedy Saszka zaczynał przeklinać, było pewne, że gówno wkręciło się w wentylator.

avatar

PisanieTemat: Re: Jakieś takie dwuznaczne coś z kakao w tytule   Pią Sie 25, 2017 2:27 pm

Kobieta-w-czerwonym-szaliku zareagowała dokładnie w taki sposób, jaki wyobrażał sobie Arek. Oto nadeszła ostatnia godzina, idący na śmierć cię pozdrawiają i tak dalej. Kobieta popisała się nadzwyczajną siłą fizyczną - no przecież to już samo w sobie pokazywało, że ma do czynienia z jakimś balrogiem co najmniej - i patrzyła na niego tak, jakby już samo to spojrzenie miało go zabić. Pewnie powinno, ale coś poszło nie tak.
Nawet się biedny nie próbował wyrwać, tylko wciąż wyłupiał dziko oczy chory z przerażenia. Stała przed nim maszkara rodem z koszmarów i lada moment miał zakończyć żywot. Wpatrywał się w srebrne oczy samej Śmierci, a gdy ta nim potrząsnęła jak szmacianą kukiełką, to tylko poczuł, jak mała strużka krwi sunie z rozciętej brwi.
A potem... a potem to no cóż.
Kobieta-w-czerwieni okazała się być wkurwionym elfem. Z komiksem w rozdartej folii. Arek zgłupiał, zbaraniał i najpierw otworzył usta jak ryba z wody wyjęta, by je zaraz zamknąć. Nie powiązał komiksu ze swoim upadkiem czy świecznikami. A skąd.
- Co - wydusił z siebie w końcu głosem misternie wyższym niż normalnie. Nerwy poszargane i w strzępach niekoniecznie pozwalały na zachowywanie się jak człowiek cywilizowany. Nie ma co się dziwić, dopiero co był pewien, że lada moment dokona swojego żywota. - Co do kurwy nędzy, jakiej kurwy nędzy? - jęknął jeszcze, powtarzając ostatnie zasłyszane słowa - tylko że już może nieco niżej i brzmiał przy tym trochę mniej jak zarzynane dziecko królika, a trochę bardziej jak człowiek.
Ale tylko trochę.

avatar

PisanieTemat: Re: Jakieś takie dwuznaczne coś z kakao w tytule   Pią Sie 25, 2017 7:57 pm

Kap. Kap.
Saszka był tak wściekły tylko kilka razy w życiu. Pierwszy raz, gdy ludzkie dziecko narysowało mu męski organ płciowy na marginesie zeszytu do matematyki. Jednak nic wówczas z tym nie zrobił. To znaczy, nie świadomie. Nieświadomie natomiast tak źle życzył temu dziecku, że chłopiec jeszcze tego samego dnia spadł ze schodów i połamał sobie rękę oraz nogę. A przynajmniej elf myślał, że to dlatego. Przestraszył się i obiecał sobie, że już nigdy nie będzie nikogo tak zapamiętale nienawidził.
Kap.
Drugi raz był na tym nieszczęsnym obozie szkoleniowym, o którym nikt przy zdrowych zmysłach nie wspominał w obecności porucznika. "Krwawy egzamin" mówiło się natomiast po cichu, już za jego plecami. Saszka co prawda wiedział, że jego gniew i żal z tamtego dnia nie miał nic wspólnego z późniejszym atakiem jegrów, ale logika swoje, a poczucie winy swoje.
Kap.
Później taką wściekłość odczuwał już tylko na Czarnych i ich panów. Nigdy więcej na człowieka.
Aż do teraz.
Elf zamrugał kilka razy. Dostrzegł, że na jego białą jak zimowe niebo skórę skapnęła kropla szkarłatu, sącząca się niestrudzenie z czoła mężczyzny, którego Saszka wciąż trzymał w garści. I przestraszył się. Bo z takiego osłabienia własnej kontroli nigdy nie przychodziło nic dobrego. W najlepszym razie - marne samopoczucie. W najgorszym - może nawet kleszcz. Powtórzył w myślach uspokajającą mantrę i odstawił faceta na ziemię. Odchrząknął.
- Wszystko w porządku? - zapytał już dużo spokojniej. Potarł czoło ręką, zapominając, że ubrudziła się krwią nieznajomego. Nad jego brwiami została ledwo widoczna, miedziana smuga, jak u Simby po ochrzczeniu przez tego pawiana, którego imienia Saszka nigdy nie pamiętał. - Przepraszam, uniosłem się - dodał ciszej pokornym tonem. Westchnął. Przecież to tylko rzecz. Każdą rzecz da się zastąpić. Zastąpić ludzkiego życia jednak się nie dało.
Uniósł dłoń do czoła mężczyzny i wykonał proste, uspokajające kata, bo chłopak wyglądał, jakby zaraz miał zejść na zawał. Skoro znak działał na Wedla, to i na przerażonego człowieka powinien, prawda? Zaraz potem wykonał następny ruch - tym razem mający uśmierzyć ból.
Kap. Kap.
- Ktoś powinien ci to zaszyć. Zaraz podejdę do pana antykwariusza, trzeba wezwać pogotowie - oznajmił, ale coś mu tu nie pasowało.
Kap.
Saszka rozejrzał się po pobojowisku. Poczuł małe ukłucie bólu na myśl, że ten biedny chłopak będzie musiał zapłacić za te wszystkie szkody. I to właściwie...
- Właściwie to co ci się stało? - zapytał zdumiony elf. - Zemdlałeś czy co...?

avatar

PisanieTemat: Re: Jakieś takie dwuznaczne coś z kakao w tytule   Pią Sie 25, 2017 8:15 pm

Wszystko przez ten czerwony szalik.
Był sprawcą całego zajścia, z jego winy garnki się wzięły i pobiły, z jego powodu dzieci głodowały i były wojny. Balrogi pewnie też popierdalały beztrosko w tych czerwonych szalikach, pewnie jeszcze barwiły je przy pomocy krwi niemowląt. Chociaż to byłoby przypuszczalnie idiotyczne, bo taka krew by zakrzepła w tej szmacie i by się pewnie niekoniecznie już to nadawało do noszenia na szyi. No ale mniejsza, kto by się przejmował takimi detalami?
Zwłaszcza gdy przed daną jednostką stoi solidnie zmierzwiony elf - pomijając już oczywisty i bardzo konkretny element jego ubrania. Człowiek w takich sytuacjach nie zastanawia się nad farbowaniem materiałów, woli skupiać całość swojej uwagi na wywinięciu się z opresji. A Arek był Arkiem i chwilowo utracił kontakt ze statkiem-matką i nie do końca był pewien, jak samego siebie uspokoić i zresetować system, by odzyskać ustawienia sprzed zawieszenia.
Chociaż może to i lepiej, że nie podjął się żadnego działania, z jego wybiórczym szczęściem mógłby dolać oliwy do ognia, a tak to przynajmniej został odstawiony na ziemię - co gówno dało, bo się i tak szafki złapał, ale tym razem już nie tak głupio za półkę, tylko za sam regał (a co, człowiek się na błędach w końcu uczy!).
Przestał maniakalnie wpatrywać się w oczy elfa - czy też byłej personifikacji samej Śmierci - i przeniósł punk obserwacyjny nieco wyżej, prosto na czerwonawą smugę jego własnej krwi, a później zezował już na dłoń zmierzającą do jego czoła.
Zarejestrował zaraz po tym lejący się ospale na granicy myśli spokój i uznał, że być może udałoby mu się nie przytrzymywać tego ostatniego regału ratunku, gdyby tylko zechciał - ale chęci takich nie okazywał za grosz.
Najpierw potrząsnął powoli głową. Też coś, pogotowie wzywać, bo upadł i sobie głupi ryj rozwalił.
- Zdejm ten szalik, jak do mnie mówisz - wystękał w końcu, choć tym razem może nieco bardziej błagalnie.

avatar

PisanieTemat: Re: Jakieś takie dwuznaczne coś z kakao w tytule   Pią Sie 25, 2017 8:47 pm

Żyłka na czole elfa znów drgnęła. Było oczywiste, że odpowiedź tego ludzkiego szczyla nie przypadła geografowi do gustu. Jego żądanie było dość osobliwe i Saszka ani myślał się do niego stosować. A już na pewno nie wtedy, gdy zostało wypowiedziane tak niegrzecznym tonem.
I pomyśleć, że to jego nazywano gburem. Phi, też coś.
- Nie zamierzam - odparł wyniośle i wygładził dłonią niewidzialną zmarszczkę na płaszczyku. Mało tego, że niewidzialną. Pewnie po prostu nieistniejącą. - To bardzo dobry szalik, nie rozumiem, czemu ci się nie podoba.
Kap.
Saszka nawet nie zdawał sobie sprawy, że prośba człowieka była w gruncie rzeczy niewinna i całkiem usprawiedliwiona, bo i skąd miał to niby wiedzieć. Aż tak daleko posuniętej intuicji nie miał. Myślał, że wynikała ona z absurdalnej krytyki gustu elfa.
Intuicja elfa aż wrzeszczała natomiast, że coś jest bardzo nie tak.
Erkh'iaan rozejrzał się jeszcze raz po pobojowisku, ale poza koszmarnym bałaganem nie dostrzegał nic nietypowego. Spojrzał więc uważnie w dół, na tę  absolutnie przeciętną twarz, która wparowała z buciorami w jego komiks. Może chodziło o to, że człowiek doznał jakiegoś uszkodzenia mózgu? W sumie to trochę wyglądał na takiego.
Kap, kap.
Równie wrażliwe co szpiczaste uszy porucznika wreszcie wysłały odpowiedni sygnał do płata skroniowego. Coś tu ciekło. I nie chodziło o czoło niegrzecznego pana przed nim.
Saszka bezceremonialnie odsunął gościa na bok i podszedł do rozwalonego regału. Zajrzał za niego. Przez chwilę coś obmyśliwał, po czym pokiwał głową do samego siebie.
W tak zwanym międzyczasie do alejki z komiksami wszedł właściciel tego przybytku. Najpierw stanął jak wryty, a słowa "A co tu się dzie..." zamarły mu na ustach. Następnie spurpurowiał na całej twarzy jakby miał zamiar zejść zaraz na udar, napęczniał przepięknie, oczy niemalże wyszły mu na wierzch. Kiedy transformacja się dokonała, spokojny zazwyczaj pan Skoczylas wyglądał jak obrażony grzyb.
- CO TU SIĘ DZIEJE CO WY WYPRAWIACIE ROZBÓJ W BIAŁY DZIEŃ DZWONIĘ PO POLICJĘ! - zaczął się wydzierać, łapiąc się rękoma za głowę przy tym. Pewnie rwałby z niej włosy w akcie rozpaczy, ale i tak nie miał ich za dużo, więc może i lepiej, że tego nie czynił.
A Saszka nic sobie z tego nie robił. Odłożył komiks na pierwszą lepszą półkę, co mocno zaniepokoiłoby każdego, kto go znał choć odrobinę. Następnie spokojnie, lecz stanowczo skierował swoje kroki w stronę wyjścia, po drodze łapiąc krwawiącego człowieka mocnym chwytem za nadgarstek i ciągnąc go za sobą. Drugą ręką złapał za przegub dłoni antykwariusza. A pan Skoczylas aż zaniemówił na takie chamstwo.
Następnie Saszka wciąż bez słowa odholował dwójkę na zewnątrz, nawet nie zważając na protesty obu panów. Gdy stali już na dworze, zaczął wyczyniać dziwne dla postronnego obserwatora gesty dłońmi i mamrotać coś pod nosem. Przechodnie  jakby sami z siebie zaczęli omijać antykwariat szerokim łukiem. Albo może po prostu omijali dziwaka mówiącego do samego siebie.
Potem natomiast wzięło i jebło z głośnym hukiem.
A konkretniej - rura w pionie jebła. Można by nawet śmiało i bez cienia przesady powiedzieć, że na antykwariat spadł gówniany deszcz.

avatar

PisanieTemat: Re: Jakieś takie dwuznaczne coś z kakao w tytule   Pią Sie 25, 2017 9:20 pm

No i chuj, no i cześć. Elf ani myślał pozbawić się szalika, co przyprawiało Arka o głęboki niepokój - choć to i tak nie było paranoidalną histerią, o którą zahaczył chwilę temu. Mężczyzna, czy tam elf, w czerwonym szalu to zupełnie coś innego, wzbudzał obawy, ale nie był zwiastunem apokalipsy czy śmierci. Tak przynajmniej Arek uważał do tamtej pory.
Pokręcił głową i przyłożył dłoń do twarzy, by trochę nieprzytomnie rozmazać krew cieknącą z rany. Nie miał pojęcia, jak wytłumaczyć irracjonalny lęk przed zabarwionym na konkretny kolor ubraniem, dlatego zaniechał podobnych czynności. Zastosował wobec tego inną, znacznie mniej ryzykowną taktykę.
- Do oczu ci nie pasuje - oznajmił poważnie i aż sam był gotów sobie przyklasnąć, że tak zgrabnie wybrnął z kłopotliwego tematu. - A ja mam czuły zmysł estetyczny. Mdleję na widok źle dobranych kolorów, o. - I z jakiegoś względu naprawdę wydawało mu się, że to nie jest aż tak idiotyczne jak jego lęk. Bóg wie czemu.
Spojrzał na swoją dłoń, beztrosko wytarł krew w rękaw czarnego płaszcza i zaraz naciągnął go aż na dłoń, żeby ten prowizoryczny opatrunek przytknąć do brwi i zatamować krwotok. Przydałaby się taśma. Gdyby tak wziął i nakleił kawałek, to wszystko byłoby w porządku. Przestał przejmować się świecznikami - trafniejsze byłoby nie zdążył się przejąć na poważnie - i puścił nareszcie regał, nawet się od niego odsunął. Nie czuł się w pełni sił umysłowych, bo kobieta-w-czerwieni potrafiła ostro przeciągnąć strunę, ale przynajmniej nie miał nóg jak z waty. Coś na plus!
Ale przecież Arek od rana wiedział, że ten dzień będzie obrzydliwy i szpetny. Obudził się z takim przekonaniem, a dupa Kota na twarzy tylko go utwierdziła w tym przekonaniu. Teraz miało nastąpić apogeum, szambo miało wyjebać - i to kurewnie dosłownie - a antykwariusz dopadł do nich i zorientował się w sytuacji na dobre. To i drzeć się zaczął.
- Jakby pan miał meble solidne, to by problemu nie było, to miały być takie autentyki drewniane, a nie jakieś sklejki prlowskie, a dębowe, sam pan mówił, że to dębowe jest, że mocne, a tak w ogóle to... - Nie dokończył swojego monologu o półkach, kredensach czy innych regałach, bo elf-w-czerwieni postanowił chwycić go za nadgarstek i wyciągnąć z lokalu. Pana Skoczylasa zresztą też, a to nie było aż tak genialne, bo przecież lada moment będzie mu zwyczajnie zimno. Nie zabrał płaszcza. - Co do... - wystękał jeszcze cierpiętniczo w międzyczasie, nim znalazł się na dobre na ulicy.
Frędzel prawie otworzył usta, żeby powiedzieć coś na ten temat, ale gdy człowiek widzi, jak taki jakiś elf nakurwia znakami niczym Gerwazy z Rybnika, to coś musiało być na rzeczy. Dlatego też ostatecznie zdecydował się zaniechać prób gadania, tylko rozmasował sobie nadgarstek.
I wtedy właśnie wszystko jebło.
Gównoburza. Prawdziwa, cuchnąca i lepka. Arek z wrażenia na chwilę zapomniał o szaliku.
- Jak to zrobiłeś? - spytał z nieukrywanym podziwem. Następnie dostrzegł szalik na nowo i niepokój kazał mu się odsunąć ze dwa kroki - to tak też zrobił kierowany instynktem samozachowawczym i strachem. Był też święcie przekonany, że w tym wydarzeniu nie ma za bardzo jego winy. Przecież on co najwyżej półkę rozwalił i świeczniki rozrzucił, nic więcej, no halo. - Gówniana sprawa - dodał jeszcze na sam koniec, zupełnie jakby zmienił się w Watsona i podsumowywał wyniki śledztwa Holmesa. No kurwa.

avatar

PisanieTemat: Re: Jakieś takie dwuznaczne coś z kakao w tytule   Pią Sie 25, 2017 9:49 pm

Syreny wyły w oddali. Saszka poluzował szalik. Od tej całej próby powstrzymania rury przed jebnięciem na cały budynek zamiast na jedno tylko pomieszczenie zrobiło mu się gorąco. Natomiast odsyłanie przechodniów tak, by łukiem omijali całą tę śmierdzącą sprawę, już do reszty go wykończyło. A przecież nawet jeszcze nie zjadł śniadania.
I, tak po prawdzie, jakoś stracił na nie ochotę.
Dlatego w pierwszej chwili nawet nie wiedział, o co syn gównoburzy go pyta.
Już chciał zacząć wyjaśniać, że to wszystko najprostsza fizyka i matematyka. Już miał zacząć tłumaczyć skomplikowany wzór, zgodnie z którym wyliczył, że szmata, która blokowała rurę, a która przesunęła się niebezpiecznie wskutek zrobienia regałem dziury w ścianie, miała jakieś plus minus czterdzieści sekund, by zsunąć się całkiem, pociągnąć za sobą solidny kawał skorodowanej rury i zwolnić tym samym gównianą tamę.
Ale nie zdążył.
Pan Skoczylas wyszedł z osłupienia, w jakie był popadł po wybuchu, i wyszedł zachwytowi Arkadiusza naprzeciw.
- TY... TY CHORY CZŁOWIEKU! COŚ TY ZROBIŁ! - zaczął wydzierać się na Saszkę. - TRZYDZIEŚCI LAT MOJEJ KRWAWICY! JAK KREW W PIACH! SPŁYNĘŁO W KIBLU!
Elf patrzył tylko oniemiały, bo takiego obrotu spraw się nie spodziewał. Prawdę powiedziawszy, nadal nie zdawał sobie sprawy z tego, jak całe zajście wyglądało w oczach kogoś innego niż on sam. Spoglądał to na antykwariusza, to na jego klienta, a usta miał otwarte i ułożone w śliczne, zgrabne "o". Przechodnie zaczęli się zatrzymywać i szeptać między sobą, a pan Skoczylas, nie wiedzieć, czy to z rozpaczy za własną krwawicą, czy może już po prostu ze złości, zaczął płakać.
- Ale przecież... - zaczął niepewnie Saash'khaar. - Bo rura pękła i...
- Policja. Nikt się nie rusza. Wszyscy pokazać dokumenty - zażądał od całej trójki mundurowy na koniu, który zjawił się nie wiedzieć kiedy i skąd.

avatar

PisanieTemat: Re: Jakieś takie dwuznaczne coś z kakao w tytule   Pią Sie 25, 2017 10:07 pm

Antykwariusz zaczął się wydzierać, przyjechała policja, a Arek dalej oglądał gównoubrzę z miną wybitnie odciętą od świata. Znaczy na chwilę, bo jednak przyjazd bagiet go otrzeźwił na tyle, że na nowo zaczął myśleć.
I co wymyślił? Wyciągnął z kieszeni płaszcza portfel - ten prawdziwy, oczywiście - wygrzebał dowód i podszedł do policjanta. Grzecznie dokument podał i tak trochę stanął na palcach, bo chłop wyższy od niego był, by przekazać mu ściszonym głosem jedyną słuszną wersję tego zdarzenia.
- Panie władzo, ja się nazywam Arkadiusz Frędzel, do pracy szedłem akurat. Pan elf tutaj magii używał i rury zepsuł, ja nie wiem, co tu się stało, dobrze, że nikomu nic się nie stało, widzi pan, mnie trochę uszkodził rykoszet i sam pan widzi, krwawię, ale ja muszę być w pracy, bo mnie wyrzucą, no miej pan litość i serce, ja mam rachunki do zapłacenia, a i tak mnie zwolnić już chcą, bo mnie tam nie lubią, bo mam zakola. Pan to w ogóle widział, żeby mieć zakola przy dwudziestce? Jeszcze mam obrywać za krzywdy popełnione przez elfy na innych ludziach? - oznajmił trochę za szybko, by można to było wziąć za prawdę, ale jednocześnie jakoś tak idiotycznie szczerze i z jakby dawką nadal kotłującego się w głosie szoku, że no nie sposób byłoby mu kłamstwo zarzucić.

avatar

PisanieTemat: Re: Jakieś takie dwuznaczne coś z kakao w tytule   Pią Sie 25, 2017 10:33 pm

Saszka osłupiał. Stał nieruchomo jakby wrósł w ziemię niczym dorodny dąb podtrzymujący patriosferę i tylko słuchał tego bredzenia chorego człowieka. Pan Skoczylas natomiast przypadł do funkcjonariusza Małeckiego i zaczął gorliwie kiwać głową, potakując każdemu słowu spływającemu z ust przedłużacza.
W elfie aż się zagotowało, kiedy dotarło do niego, o co właśnie jest posądzany. Żyłka znów wystąpiła na czoło i gdyby przemowa barmana trwała dłużej, to pewnie zyskałaby samoświadomość, odkryła transcendencję i wynalazła loty na Marsa.
Saszka podszedł do nich z zaciętą miną.
- Porucznik Saash'Khaar Erkh'iaan, geograf królewski. Melduję, że w wyniku wieloletniego zaniedbywania podstawowych zabiegów konserwatorskich uszkodzony został system kanalizacyjny w całym budynku. Wskutek nieznanych mi jeszcze do końca wydarzeń związanych z działaniami pana Frędzla, które doprowadziły do zniszczenia części sklepowej tego pomieszczenia... - Saszka zawahał się. Policja patrzyła na niego jak na debila. Chyba mówił niezbyt zrozumiale. - Ummm... Pan Frędzel przewrócił regał i rura w pionie poszła. - Poprawił sobie szalik i utkwił wzrok w jezdni. - A panu, zdaje się, radiowóz nawalił - dokończył jeszcze cicho obserwując, jak okazały gniadosz dokonuje dzieła zniszczenia państwowej drogi.
Gdyby nie ta ostatnia uwaga, funkcjonariusz Małecki może i by uwierzył geografowi na słowo. Może.
Pulchna buzia policjanta zaczerwieniła się lekko, a bladoniebieskie oczy rudzielca w mundurze zwężyły się w wąskie szparki.
- Kpisz?! - zapytał.
- Nie, ja nie. Obywatel Frędzel chyba tak.
Policjant wziął głęboki wdech i zsiadł z konia.
- Wszyscy jesteście aresztowani. Zabieram was na posterunek do wyjaśnienia sprawy.

avatar

PisanieTemat: Re: Jakieś takie dwuznaczne coś z kakao w tytule   Pią Sie 25, 2017 10:44 pm

- Ale ja nie mogę! Mam pracę! Chciałby pan być odpowiedzialny za to, że ktoś tak młody jak ja wyląduje na ulicy? Mam dwadzieścia trzy lata, panie władzo, co ja tam wiem o rurach, elfach czy czymkolwiek? Co mnie obchodzą graty z antykwariatu? Ja w ogóle tutaj jestem przypadkiem, ja nie mam pojęcia, weź pan się zlituj, matka mi łeb urwie, jak mnie z pracy wyrzucą. Ojciec to chyba do reszty wydziedziczy i znowu mi będą wytykać, że się na studia nie dostałem. Pan wie, jak to jest? Pewnie tak, skoro jest pan policjantem, więc...

Siedział w bryczce policyjnej i oczom uwierzyć nie mógł. Trzymał na kolanach plecach, dłonie na nim zaciskał. Posadzili go w środku. Z lewej Skoczylas, z prawej porucznik Saszka Ekran czy jak mu tam szło. Arek wiedział, że teraz będzie miał zwyczajnie przejebane. Jak ojciec się dowie, to znowu się nasłucha. Jak matka, to nasłucha się jej płaczu, jakie to z niego niewdzięczne dziecko i nie zważa na krwawicę, którą włożyła w jego wychowanie. Chociaż najbardziej to i tak nie chciał chyba oglądać czy słuchać brata. Już widział tę pobłażliwą minę, to klepanie po ramieniu i rzucanie tymi tekstami, od których w dupie aż mu się gotowało.
- I na chuj ci ten szalik był? - wyrzucił z siebie rozpaczą.

avatar

PisanieTemat: Re: Jakieś takie dwuznaczne coś z kakao w tytule   Sob Sie 26, 2017 7:16 pm

Posterunkowy Małecki nie chciał słuchać żadnych wyjaśnień. W tłumie gapiów ktoś zażartował, że "jaki kraj, takie ataki terrorystyczne". Ktoś inny potraktował to poważnie i plotka się rozeszła po zgromadzonych. W związku z tym posterunkowy z oślim uporem powtarzał zatrzymanym, że wyjaśnią sobie wszytko na komisariacie, bo on nie jest od rozmawiania z terrorystami.
No więc siedzieli teraz terroryści. W drodze na komisariat.
Saszka tylko spojrzał wyniośle na Arkadiusza. Nie zdążył nawet nic odpowiedzieć, bo siedząca naprzeciwko nich policjantka, swoją drogą niesamowicie śliczna, weszła mu w słowo.
- Podejrzany nie gada, podejrzany siedzi i w milczeniu żałuje za grzechy - pouczyła Frędzla krótko ostrzyżona blondynka, a uczyniła to takim tonem, jakby jeszcze wczoraj pracowała w ZUS-ie.
Siedzieli więc bardzo groźni terroryści, zakuci w kajdanki, w milczeniu.
Jeden z plecakiem na kolanach, ściskający materiał jak ostatnią deskę ratunku, dopóki któryś z policjantów nie ocknął się w genialnym przebłysku myśli, że przecież może tam być k o l e j n a bomba. Policyjna bryczka została natychmiast zatrzymana, a ponieważ miało to miejsce na jednym z większych skrzyżowań Warszawy, natychmiast zrobił się korek. Ewakuowano najbliższe ulice. Wezwano saperów. Saperzy, oczywiście, nic istotnego nie znaleźli - ani w plecaku Arka, ani w raportówce Saszki, ale zanim udało im się nic istotnego nie znaleźć, minęły dobre trzy godziny. Zasmucona tym faktem Warszawa coraz bardziej malowniczo tonęła w korku.
Drugi, jak się zdawało, całkowicie stracił wolę życia. Najpierw mamrotał coś do siebie, na zmianę to zrozpaczony, to znów w furii, ale potem jakoś tak oklapł, zapadł się w sobie i w ogóle wyglądał bardziej jak cień człowieka niż faktycznie człowiek.
Trzeci natomiast był koszmarnie głodny. W myślach ułożył już z pięć dwudziestostronicowych raportów. I zastanawiał się, jakim cudem ten dzień przeszedł z cudownego poranka do festiwalu niefortunnych zdarzeń w mniej niż minutę.


* * *

Wzięli ich na dołek. Mieli przesłuchiwać po kolei, a jako że Skoczylas był właścicielem antykwariatu, poszedł na pierwszy ogień.
Saszka rozejrzał się po celi, zmarszczył nos z niesmakiem. Śmierdziało tu uryną, niemytym ciałem współwięźniów, mieszanką starego potu i jeszcze starszego tytoniu, trochę nawet przetrawionym alkoholem. Na podłodze pod ścianą, czule obejmując blaszany sedes, spał kloszard.
Elf skrzyżował ręce na piersi i odwrócił się do Arkadiusza.
- No, nieźle nas wpakowałeś. Dumny ty jesteś z siebie?

avatar

PisanieTemat: Re: Jakieś takie dwuznaczne coś z kakao w tytule   Sob Sie 26, 2017 8:42 pm

Próbował tłumaczyć, że ma w plecaku koszulkę, zapaskę, skarpetki i parę materiałowych, wygodnych butów do roboty. Jeszcze butelkę wody i kanapkę. Pani policjantka za każdym razem, gdy tylko otwierał usta, by coś z siebie wydusić, uciszała go brutalnym gestem, więc ostatecznie się zamknął.
Najgorszy dzień w życiu.
Arek mimochodem pomyślał, że jego Kot to jakiś prorok z obcego Planu - przecież powiedział mu z samego rana, że ten dzień będzie dosłownie do dupy.

Nigdy nie był w więzieniu. Nigdy. To rozglądał się po ścianach celi z zainteresowaniem pełnym grozy. Zabrali mu plecak, skuli, wrzucili do pierdla, a to wszystko dlatego, że chciał sobie kupić mangę. Nie, nie tak. Wszystko przez czerwony szalik, on był sprawcą tego wszystkiego.
Ostatecznie Frędzel zaczął przyglądać się kloszardowi, byleby nie patrzeć na elfa. Coś czuł, że gdyby nawiązał z nim kontakt wzrokowy - bądź jakikolwiek inny - to byłoby bardzo źle. Nawet gdy już padło pytanie, to przez dobrą chwilę milczał i udawał, że niczego nie słyszy, nim niechętnie odwrócił się w stronę Saszki.
- Ja? Ja wpakowałem? Ty wywołałeś jakąś gównoburzę, co ja mam teraz zrobić? Mam dwadzieścia lat i będę miał takie dosłowne gówno w kartotece. Zostałem TERRORYSTĄ, bo ci się abrakadabra zachciało, ty... ty EKRANIE ZA DYCHĘ - warknął podniesionym tonem. Docierała do niego powaga sytuacji. Powoli. Nawet menel podniósł głowę i im się przyjrzał. A Arek podszedł do krat, objął je dłońmi i docisnął do nich twarz. - Halo, ja przepraszam, ale ja wiem, że ja mogę zadzwonić, co? Tak było we wszystkich książkach, że nie muszę z nikim rozmawiać bez adwokata i bez telefonu. Pani ma tu stacjonarny, co? Ja bym przydzwonił, wszystko by się dobrze wyjaśniło, co? No jeden telefon, niech pani będzie człowiekiem - jęczał i jęczał. Ale pani policjantka przyglądała mu się dobrą chwilę i oznajmiła dosadnie "zobaczymy, co da się zrobić". Frędzel odwrócił się z powrotem do elfa. - Chryste Panie, masz ty rozum i godność człowieka? Elfa?! Ty sobie jesteś geografem, zaraz wpadnie hetman, król, premier i Bóg wie kto jeszcze, żeby cię stąd wypuścili, bo immunitety hetmańskie i inne takie, a ja tu zostanę z panem kloszardem i będziemy się wymieniać kurtkami! A później przyjdzie tutaj mój brat i będę miał przesrane, bardziej przesrane niż antykwariat! ZNISZCZYŁEŚ MI ŻYCIE.
Zabawne, ile potrafił paplać Arek, gdy znajdował się w sytuacji stresowej.

avatar

PisanieTemat: Re: Jakieś takie dwuznaczne coś z kakao w tytule   Sob Sie 26, 2017 9:57 pm

Saszka, dla odmiany, był w więzieniu już kilka razy. Aczkolwiek jeszcze nigdy po tej stronie krat. I raczej w więzieniu wojskowym, a nie takim zwykłym.
Musiał przyznać, że trochę się jednak różniły.
Po pierwsze, po ścianach karceru nie pląsały sobie beztrosko pluskwy. Może dlatego, że wojsko miało większe fundusze. Może dlatego, że sprzątaczki w wojsku profilaktycznie szorowały ściany lizolem. A może po prostu dlatego, że żołnierze, którzy tam trafiali, nigdy nie bywali ani bezdomnymi żulami, ani alfonsami używającymi perfum zamiast mydła.
Po drugie natomiast, żołnierze za kratkami byli, mimo wszystko, porządnymi ludźmi. Czasem który zachlał i nie trafił do koszarów przed wygaśnięciem przepustki, to i go wrzucali do celi na kilka dni, niech się bażant uspokoi. Czasem inny odpyskował nie temu trepowi co trzeba; recepta - do celi na kilka dni, niech się bażant uspokoi.
Ale tu? Nie. Tym tutaj, przynajmniej niektórym, naprawdę źle patrzyło z oczu.
A w jednym przypadku to już nawet tylko z jednego oka, bo w miejscu drugiego znajdowała się tylko blizna biegnąca przez oczodół.
Saszka zacisnął powieki i zaczął w myślach odmawiać uspokajającą mantrę, bo bał się, że zwyczajnie i po ludzku, za to całkowicie nieregulaminowo i niezgodnie z prawem naruszy integralność struktur kostnych w twarzy Arkadiusza. Nie zdziwiło go, że funkcjonariuszka nie chciała udostępnić im telefonu. Jeśli myśleli, że mają do czynienia z atakiem terrorystycznym, to nie było najmniejszych szans na dzwonienie do kogokolwiek. Najpierw musieli zostać przesłuchani.
Przez tego pajaca.
Mantry nie pomagały. Saszka otworzył oczy i podszedł do Arka. Oparł się ramieniem o kratę.
- Słuchaj... - zaczął cicho. - ...bucu. - Zamierzał użyć znacznie mocniejszego określenia, ale ostatecznie zrezygnował. - Jesteśmy tu tylko przez twoją własną głupotę, rozumiesz? Nie mam pojęcia, co tam zrobiłeś. Zasłabłeś, przewróciłeś się, nieważne. Przez ciebie regał przebił ścianę i rura pękła. Gdybym was stamtąd nie wyciągnął, to byście się z antykwariuszem dosłownie, zaznaczam, dosłownie utopili w gównie. A gdyby nie moje abrakadabra, to razem z wami reszta bloku - wycedził.
Chyba bardziej niż sama ta sytuacja z trafieniem za kratki wkurwiał go fakt, że Frędzel kłamał. Już pal sześć, że elf umierał z głodu. Kij w ten komiks, którego tak chciał. Męski organ płciowy w to, że będzie miał przesrane u hetmana za tę całą aferę, o której było już głośno nawet w wieczornych gazetach.
Saszka nie tolerował nieuczciwości. Kłamstwem brzydził się tak, jakby mu ktoś podał do zjedzenia gnijącą rybę.
Albo i gorzej.
- Więc jeśli ktoś już tu zniszczył komuś cokolwiek - kontynuował przez niemal zaciśnięte zęby - to wyłącznie ty. Wszystkim dookoła. Dlatego bądź tak łaskaw i wyjaśnij mi, p r o s z ę. Coś ty zrobił w księgarni?
Elf użył słowa proszę, punkt dla niego.
Nie brzmiało to jednak jak prośba. Już raczej jak obietnica długiej i bolesnej śmierci.

avatar

PisanieTemat: Re: Jakieś takie dwuznaczne coś z kakao w tytule   Sob Sie 26, 2017 10:13 pm

- Moją głupotę? - powtórzył buńczucznie.
Ale w sumie to elf miał rację, ale gdzieżby się tam miał mały Arek przyznać do tego. Gdyby nie był głupi, to by się nie zakładał z bratem, że podpierdoli jabłko. Gdyby nie był głupi, to nie nabawiłby się ostrej schizy na punkcie czerwonych szalików. Gdyby nie był głupi, to dostałby się na studia i nigdy w życiu nie wylądowałby tamtego dnia w antykwariacie, bo jego życie potoczyłoby się zupełnie inaczej. A jeśli nawet - miałby wyjebane na elfa w czerwonym szaliku.
Pewnie dlatego się z lekka zapowietrzył na dobry początek. Następnie skrzyżował ręce na piersi i łeb w bok odwrócił, na nowo obserwując kloszarda. Nawet nie ubodło go nazywanie go głupim - bo w gruncie rzeczy rodzice go przyzwyczaili, by nie brać tego do siebie za bardzo - bardziej to, że cała wina na nim spoczywała.
Bo, urwa, spoczywała. Tylko bądź tu mądry i się przyznać, co odjebałeś.
- Em. To jest. Bo ja. No. Trochę - odkaszlnął. Ale z tonu definitywnie spuścił. - Można powiedzieć, że mam... trochę takie coś, że jak widzę, że jest sobie. Nie, inaczej. Bojęsięczerwonychszalików. OKEJ? - wydusił z siebie ten wielki sekret, a zaraz po tym wybuchnął jak napuchnięty czyrak. Jak szambo. Wskazał elfa palcem. - TERAZ SIĘ BĘDZIESZ ŚMIAŁ, TAK? To jest niepełnosprawność! Z dzieciaka na wózku też się śmiejesz, jak jedzie?! Bo nie może po schodach wejść?! Wszędzie nietolerancja, wszędzie zaszczucie, ja się o to nie prosiłem, bo...
- Niech się nie drze, spać nie można.
Arek spojrzał na kloszarda nadal z uniesionym oskarżycielsko palcem.
- A PAN BY PRACĘ ZNALAZŁ. Ja nie po to podatki płacę, żeby pan jadał w więzieniu jedzenie za pieniądze podatników!

avatar

PisanieTemat: Re: Jakieś takie dwuznaczne coś z kakao w tytule   Nie Sie 27, 2017 1:30 am

Saszka, zresztą nie po raz pierwszy dzisiaj, popadł w kompletny stupor. Najpierw myślał, że się przesłyszał, ale potem w pamięci przeanalizował sobie dokładnie ruch warg Arkadiusza i doszedł do wniosku, że jednak nie, facet naprawdę powiedział, że boi się czerwonych szalików. Trochę to elfa zaskoczyło na początku, ale zaraz pomyślał sobie, że może koleś miał kiedyś nieprzyjemne spotkanie z kibicami jakiejś drużyny, której barwą była czerwień. Wyglądał na takiego, co mógłby mieć takie spotkanie.
Poza tym, ludzie byli dziwni.
Jednak tak naprawdę to kolejny wybuch pana Frędzla wprawił go w osłupienie. No bardziej zdziwiony nie byłby nawet wtedy, gdyby spotkał na ulicy centaura pytającego go mackami w języku migowym którędy do Pałacu Kultury.
Po chwili doszedł do siebie. Bez słowa podniósł rękę. Puknął lekko w czoło choleryka, a kiedy ten spojrzał na niego, nakreślił na nim uspokajające kata.
- Opanuj się, chłopie. Jak tak będziesz darł koce ze wszystkimi, to nigdy stąd nie wyj...
- Te, ładną masz kurtkę - przerwał elfowi jednooki. Saszka zerknął na niego. Musiał lekko zadrzeć głowę, bo typ był wyższy nawet od porucznika. Wyblakłym ślepiem gapił się na Frędzla. - Daj mi ją.

avatar

PisanieTemat: Re: Jakieś takie dwuznaczne coś z kakao w tytule   Nie Sie 27, 2017 1:42 am

To była sytuacja bardzo stresująca. Najpierw czerwony szalik, później gównoburza, policja, antyterroryści i saperzy, a koniec końców więzienie, cuchnąca cela, cuchnący menel i jednooki zjeb. Nic dziwnego, że miarka się przelała i cały nawarzony kompot zaczął się wylewać, rodząca się latami frustracja egzystencjalna musiała znaleźć w końcu ujście.
Szambo wyjebało nie tylko w antykwariacie. Przecież Arek był dobrym dzieckiem, zawsze starał się jak mógł, był uprzejmy - czasami tylko trochę pyskaty - i nie sprawiał problemów. Płacił podatki, segregował śmieci i pomagał bezdomnym. Ale tego wszystkiego było za dużo jak na jego biedną głowę - pewnie dlatego zaczęły mu się zakola robić, tłamszona wewnątrz wściekłość na świat coś musiała w nim psuć i to musiało być właśnie to. Na pewno. Tak.
No i został puknięty w czoło, zamrugał parę razy. Po raz kolejny tego dnia spokój zaczął sączyć się do jego umysłu. Chciał coś powiedzieć, pewnie się sprzeciwić, że wyjdzie, choćby się pokłócił z całym światem, ale nie zdążył. Nawet ust nie otworzył, bo rozmowę przerwał im jednooki koleś - został uraczony posyłanym z dołu spojrzeniem brązowych ślepi, które wyrażały nic.
- To że ktoś panu oko zabrał, nie znaczy, że pan może sobie kurtki cudze zabierać. To nieuprzejme. Gdyby pan nie był mętem społecznym, tylko przykładnym obywatelem, mógłby pan sobie taką kupić, nawet dwie, miałby pan na zmianę. Ja strasznie nie lubię, jak ktoś na łatwiznę idzie, w życiu trzeba pracować, matka panu nie mówiła? - wyrecytował to z naturalną nutą reprymendy. Jak nauczyciel. Co z tego, że miał trochę ponad metr siedemdziesiąt wzrostu? Co z tego, że ważył o pół Arka mniej od tego jednookiego wielkoluda?

avatar

PisanieTemat: Re: Jakieś takie dwuznaczne coś z kakao w tytule   Pon Sie 28, 2017 12:49 am

Elf cały się spiął w oczekiwaniu na cios, który niewątpliwie miał nadejść. Odruchowa reakcja organizmu przyzwyczajonego do walki. Planował ten cios powstrzymać, bo choć jednooki dryblas był większy od niego, to przecież był tylko człowiekiem, w dodatku Saszka jakoś wątpił, by osiłek miał jakiekolwiek przeszkolenie bojowe. Tacy jak on zwykle nie mieli. Zwykle ufali wyłącznie sile swoich mięśni i temu, że byli od wszystkich więksi. A potem mieli nieprzyjemną niespodziankę, gdy się okazywało, że czasami od siły ważniejszy był refleks i umiejętności.
Ale, tak naprawdę, to Saszka miał niespodziankę.
Popatrywał na Arkadiusza kątem oka. W duchu zgadzał się z jego słowami. No bo rzeczywiście, co to za porządki, żeby sobie cudzą kurtkę przywłaszczać. I to jeszcze taką o kilka rozmiarów za małą. Takie chodzenie na łatwiznę bardzo godziło w elfie poczucie sprawiedliwości i przekonanie o tym, że ciężką pracą można naprawdę daleko zajść.
No, ale z drugiej strony - nie dalej jak kilka godzin temu Frędzel przeczył własnym słowom, bezczelnie próbując wykręcić konia ogonem i wymyślając farmazony na temat geografa.
Saszka pomyślał, że gdy tylko wyjdą z aresztu, to natychmiast umówi Arkadiusza na spotkanie z zaprzyjaźnionym psychologiem, bo coś tu ewidentnie było nie halo. Póki co jednak skupił się na bacznym obserwowaniu olbrzyma.
A ten drapał się po nosie paluchem wielkości dorodnego cygara. Przez dłuższą chwilę trawił przemowę właściciela kurtki i niemal można było usłyszeć nieprzyjemny zgrzyt trybików odpowiedzialnych za jego procesy myślowe.
- Ale ja nie mam mamy - powiedział wreszcie, obdarzając Arka spojrzeniem martwej ryby.
W jedynym oku olbrzyma zalśniła łza.
Porucznik Erkhi'aan widział w życiu wiele. Widział, jak oddział jegrów wybija mu kolegów i koleżanki ze szkoły. Widział, co z mózgiem człowieka i całą resztą jego fizjologii może uczynić zła myśl w nieodpowiednim momencie. Widział, jak infekcja kleszczem niszczy całe rzesze ludzi. Raz nawet widział, jak niewielki fizycznie człowiek pochłania takie ilości jedzenia, jakie fizycznie nie powinny móc się zmieścić w jego niewielkim ciele. Innym z kolei razem widział, jak maleńka staruszka napędzana adrenaliną podnosi ciężkie auto, pod które wpadł jej ukochany kot. Cholera, raz widział nawet w lokalnym spożywczaku prawdziwą arabską kawę.
Ale dwumetrowego bandziora o facjacie tak brzydkiej i pooranej bliznami, że od samego patrzenia człowiek czuł nadciągające nocą koszmary senne, który płacze jak bóbr i niemal połyka własne smarki, bo jakiś leszcz w więzieniu wspomniał mu o mamie - to Saszka widział po raz pierwszy.

avatar

PisanieTemat: Re: Jakieś takie dwuznaczne coś z kakao w tytule   Wto Sie 29, 2017 10:53 am

Frędzel nie miał odruchów bojowych. Jego instynkt samozachowawczy też nie miewał się najlepiej i przez to bez cienia strachu Arek mógł przechodzić przez ciemne bramy, patrzeć wielkoludom na niego warczącym w twarz i jeszcze był w stanie sam na nich warczeć. To nie była odwaga, to nie była głupota - to był zanik tego pierwotnego instynktu, tego podstawowego i gwarantującego przeżycie.
Jak choćby teraz.
Co z tego, że jednooki bandzior wyglądał jak typ spod gwiazdy tak ciemnej, że ta mogłaby zajebać ci telewizor, był wyższy nawet od tego całego Ekrana - a ten malutki też nie był - i pewne dłońmi byłby w stanie ścisnąć arkową głowę i zrobić z niej miazgę? E tam.
Wytrwale gapił się na zbira i żaden mięsień na twarzy mu nie drgnął, gdy ten przyswajał bardzo widocznie całą reprymendę. Jej finał nawet Arka jako tako zaskoczył - choć nie takie rzeczy już widział, przecież był barmanem. Miejscowym psychologiem, specjalistą od relacji międzyludzkich, super słuchaczem i w ogóle wszystkim. Dlatego podniósł dłoń i poklepał wielkoluda po ramieniu swoją małą rąsią i pokiwał głową, nadając twarzy współczującego wyrazu.
- Biedaku. Teraz rozumiem, nie miał kto ci przekazać najważniejszych prawd życiowych i zasad funkcjonowania w społeczeństwie, ale nie musisz się niczym przejmować, to się zdarza. To przez ich nieposzanowanie jesteś taki brzydki i nie masz oka, ludziom dobrym i praworządnym nigdy nic złego się nie dzieje, chyba że noszą czerwone szaliki - złe spojrzenie na porucznika Ekrana. - Także wiesz. No i co ty byś zrobił z tą kurtką? Przecież jesteś ze dwa razy większy, na co ci to? - I dalej klepał typa po ramieniu pocieszająco. Bo mógł. Bo tak chyba trzeba było.

avatar

PisanieTemat: Re: Jakieś takie dwuznaczne coś z kakao w tytule   Wto Sie 29, 2017 8:46 pm

Spora rzesza ludzi uważa, że chodzenie do terapeuty to czynność bardzo bolesna, bo musisz najpierw odrzeć siebie z traumatycznych przeżyć, by się potem z nimi pogodzić i stać człowiekiem na nowo. Jeśli przyjąć takie kryterium, to Arkadiusz był wybitnym psychologiem.
Jedyna powieka olbrzyma lekko drgnęła, jak przy skurczu wywołanym niedoborem magnezu. Albo jak przy nerwowym tiku. Potem drgnęła jeszcze raz. W głowie wysokiego brzydala uruchomił się prawdziwy rollercoaster emocji, o który nikt by takiego bandziora nie podejrzewał. Oto mały, ledwie pięcioletni Andrzejek biega po piaskownicy. Próbuje nie myśleć o tym, że wujek Stasio, stary pijaczyna, znów wrócił do domu napruty jak szpadel. Andrzejek biega i dzieci się z niego śmieją, że biega tak bez celu. Śmieją się, że mały Andrzejek ma ogromną plamę na portkach; przecież nie wiedzą, że ma zasikane z przerażenia spodnie, bo wujek Stasio (to znaczy - konkubent jego mamy) właśnie przywalił mamie butelką wódki w głowę, bo zupa była za słona. Śmieją się, bo mały Andrzejek płacze, jeszcze obojgiem oczu, zasłaniając sobie uszy maleńkimi rączkami i mówi sam do siebie, bo nie chce słyszeć krzyku mamusi.
Powieka drgnęła jeszcze raz. I jeszcze. Saszka przyglądał się temu z niepokojem.
Mała rąsia Arkadiusza poklepała wielkie łapsko jednookiego i to by było na tyle. Link zaskoczył.
Coś trzasnęło w stawie olbrzyma, a elf niezdrowo zbladł na ten dźwięk. Odepchnął Frędzla, aż ten poleciał na drugi koniec celi, prosto na współwięźniów, którzy byli takim czynem oburzeni. Jeden zaczął kląć na czym świat stoi. Drugi sklął Arka do siedmiu pokoleń wstecz. A w tym czasie olbrzymowi przybyły dwa stawy w ręce.
- Wypuście nas! Natychmiast! - wrzasnął porucznik tak, że niewątpliwie było go słychać na całym posterunku. Poproszona wcześniej o telefon policjantka aż podskoczyła na swoim miejscu. - ON ZŁAPAŁ KLESZCZA!
I w zasadzie Saszka nie miał czasu na większą wymianę zdań. Już mamrotał modlitwy i mantry, a dłonie wykonywały płynne sekwencje kata. Geograf jednak nie łudził się. Jeśli ich stąd szybko nie uwolnią, to areszt zmieni się w najprawdziwszą rzeźnię.
Jakby na dowód tego, że miał rację, olbrzym zaskakująco szybko jak na tak wielką i ociężałą istotę rzucił się na elfa. Saszka wykonał unik. Natychmiast zaczął żałować, że nie posłuchał Frędzla i nie zdjął tego cholernego czerwonego szalika.
Bo zainfekowany kleszczem kafar ciosu, co prawda, nie dał rady wyprowadzić, ale dał radę złapać za koniec materiału.

avatar

PisanieTemat: Re: Jakieś takie dwuznaczne coś z kakao w tytule   Wto Sie 29, 2017 9:08 pm

- W życiu musiało spotkać cię wiele nieszczęścia, ale nie musisz się martwić. Jest wiele osób, które mogą ci pomóc - dorzucił jeszcze Arek łagodnym tonem, jakby mówił do wściekłego pitbula. I dalej tak patał. I patał. Bez końca.
Znaczy miał wrażenie, że to trwa i trwa, czekał, aż olbrzym coś z siebie w końcu wyrzuci, może znowu popłacze, Arek go pocieszy i zyska wielkiego przyjaciela, który mógłby wielkimi łapskami rozpierdolić wszystkie czerwony szaliki na terenie całego Królestwa. Był dobrej myśli. Przecież nikt nie jest tak bardzo zły, że nie dałoby go się go naprowadzić na właściwą ścieżkę przy pomocy dobrych chęci i odpowiednio dobranych słów.
Dopiero po chwili miał się przekonać, że jednak wcale nie poprawił sytuacji. Przeciwnie. Nie przejął się tym chrupnięciem, gdy dobiegło do jego uszu - nie powiązał go z niebezpieczeństwem, doszedł do szybkie i bardzo błędnego wniosku, że to może coś trzasnęło olbrzymowi w karku czy tam czymś. Nawet nie zdążył mrugnąć, odezwać się, jeszcze dorzucić jakieś swoje komentarze, bo został dość brutalnie odepchnięty na bok. Wydał z siebie zduszony trochę jęk, gdy wpadł pomiędzy innych skazańców i złapał się panicznie jednego z nich, za co został zdzielony dłonią po głowie.
- Kleszcza? KLESZCZA? D: - wyrzucił z siebie Arek i zrobił jedyną rozsądną rzecz, jaka przyszła mu do głowy. Zdjął kurtkę i korzystając ze swojej byle jakiej postury, wcisnął się pomiędzy więźniów, wlazł prosto w kąt - bo i ci zaczęli się tłoczyć niczym przestraszone bydło - wtulił się w niego i tak stał, nakrywając się kurtką. Plan na później - skulić się w pozycji embrionalnej i nakryć, może go nie zauważy.
Serio.

avatar

PisanieTemat: Re: Jakieś takie dwuznaczne coś z kakao w tytule   Wto Sie 29, 2017 9:42 pm

Plan Arkadiusza nie był w zasadzie taki zły. Otoczenie się żywą tarczą ze wszech stron działało w wielu przypadkach agresji i nawet jeśli na dłuższą metę było to działanie godne tchórza, to zawsze zwiększało szanse przeżycia do nadejścia pomocy. W tym przypadku pomoc sygnalizowało wycie alarmu. Plan Arkadiusza miał jednak jedną zasadniczą wadę.
Nie brał pod uwagę, że żywa tarcza składała się z osobników w znacznej mierze pokaleczonych psychicznie i naznaczonych przemocą, a tym samym - wysoce zagrożonych zarażeniem.
Nie trwało długo, zanim jeden ze współwięźniów cisnął drugim o ścianę. Ciało uderzyło w mur z głuchym, nieprzyjemnym dźwiękiem i zsunęło się w dół. Mężczyzna już się nie podniósł, wokół jego głowy rozlewała się kałuża czerwieni. Stłoczeni w kącie ludzie próbowali wcisnąć się na Arka, jakby to jedno jedyne miejsce mogło im zapewnić bezpieczeństwo.
Nie mogło.
Zainfekowany kleszczem aresztowany rzucił się na niewysokiego blondyna stojącego tuż przed Arkiem i wgryzł się w jego gardło. Zatrzymani rozbiegli się na wszystkie strony, próbując dotrzeć do krat i wyczyniając cuda, byle tylko się przez nie przecisnąć. Wszyscy wrzeszczeli w przerażeniu i panice. Najgłośniej, oczywiście, blondyn. Złapał za kurtkę Arka i wyrwał mu ją z rąk, w ostatnim odruchu obronnym próbując bronić się i okładać zarażonego tym nieszczęsnym przedmiotem. Dopiero po chwili sflaczał i wypuścił zakrwawioną szmatę z dłoni, po czym sam osunął się na podłogę.
W tak zwanym międzyczasie Saszce udało się pozbyć szalika i nie udusić się przy tym. Dokonując cudu zręczności uniknął dwóch ciosów olbrzyma (przed trzecim uchylić się nie zdążył, miał nieprzyjemne i bardzo bolesne wrażenie, że pękła mu jakaś kość w twarzy) i teraz siedział mu na barkach, "na barana". Nogami próbował go udusić lub złamać kark, ale szło mu opornie.
Biedna policjantka natomiast, kiedy już wyszła z szoku, z wrzaskiem popędziła po pomoc. Nie płacili jej tu tyle, by sama jedna siedziała z bandą potencjalnych zombie-kleszczy. Od tego były przecież specjalne oddziały.
Zainfekowany numer dwa wpatrywał się nieprzytomnie w Arkadiusza. Miał krew rozmazaną na całej twarzy. Na jego koszulce dało się dostrzec strzęp skóry i kawałek aorty.

avatar

PisanieTemat: Re: Jakieś takie dwuznaczne coś z kakao w tytule   Sro Sie 30, 2017 1:57 am

Problem był taki, że Arek totalnie się na kleszczach nie znał. Wiedział, że są, wiedział, że są diablo niebezpieczne i że skakały po jakichś tam linkach - pewnie tych elektrycznych - i właziły ludziom do uszy, wpijały się w organizm i były w stanie nim zawładnąć. Robiły straszne rzeczy, człowiek nagle dostawał bestialskiego rozumu, rzucał się na innych i nierzadko sam po takich ekscesach umierał. I tyle. Frędzel nawet nie próbował weryfikować do tej pory, czy jego teoretyczna znajomość całego procesu jest słuszna. Inną sprawą było to, że zwyczajnie nie miał ku temu dobrej okazji.
Do dzisiaj.
Powinien przewidzieć, że koniec końców ten dzień skończy się tragedią. Coś mu podpowiedziało - a był to Kot z samego rana - że ten dzień nie będzie udany. Ale żeby AŻ TAK? Trzeba było nie wstawać z łóżka, tylko zrzucić z siebie Kota i odwrócić na drugi bok. Ale nie.
Puścił od razu kurtkę i spróbował na dobry początek zespolić się ze ścianą, ale proces ten okazał się totalnie niedziałający, bo nic się nie stało. Gdzieś wewnątrz Arek łudził się, że może magia zadziała albo coś i uda mu się przeniknąć do celi obok, ale nic takiego się nie stało. Co za niefart. Wobec tego postanowił, jakże przydatnie, zasłonić głowę rękami w taki sposób, by jednocześnie wszystko widzieć. Osunął się też nieco niżej, wciąż wspierając się plecami o ten nieszczęsny róg, który najwyraźniej wcale nie był tak bezpieczny, jak mogłoby się wydawać.
Za to stało się coś strasznego. Drugi zainfekowany wpatrywał się w biednego Frędzla z niepokojąco nieprzytomnym wzrokiem. Biedaczek, nie miał pojęcia, co zrobić, tylko kulił się jeszcze przez dobrą sekundę w swoim nie-do-końca-bezpiecznym kącie, nim postanowił zrobić jedyną słuszną rzecz.
- O, ZOBACZ - krzyknął nagle i wskazał coś dłonią za plecami zainfekowanego, jakby naprawdę uważał, że ten się weźmie i odwróci przy takiej pierdole, nim odbił się od ściany, przeskoczył trupa i przemknął jak ulotny wicher na drugi koniec. Właściwie to ulokował się za wiszącym na olbrzymie elfem i uznał, że może zrobić tylko jedno - spierdalać dookoła nich tak długo, jak będzie się dało. Bo i co? - HALO, POLICJA, POMOCY, POMOCY, KURWA MAĆ, TUTAJ NAS ZARAZ ZAGRYZĄ, JEZUS MARYJA, POMOCY! - darł się jeszcze w czasie biegu jak opętany. Wszyscy wiedzą, że takie wrzaski sprawiają, że posiłki zjawiają się szybciej. Wiadomo.

Sponsored content

PisanieTemat: Re: Jakieś takie dwuznaczne coś z kakao w tytule   


 
Jakieś takie dwuznaczne coś z kakao w tytule
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next
 Similar topics
-
» Screeny z Aiona i takie tam...
» Z dna Piekieł tu przybył,
» Stwórz sobie różdżkę! [do edycji[
» "Starożytne Runy Nie Są Wcale Takie Trudne" Laurena Wakefielda [do edycji]
» Takie pierdoły.

Skocz do: