Szybkie Menu

Saash'Khaar "Saszka" Erkh'iaan
avatar

PisanieTemat: Saash'Khaar "Saszka" Erkh'iaan   Pią Sie 18, 2017 4:37 pm


por. Saash'Khaar Erkh'iaan | kryptonim: Saszka

Geograf Królewski


Dane osobowe

Rasa: elf
Data i miejsce urodzenia: ?-??-2014, Plan Elfów (52 lata)
Stan cywilny: kawaler
Wyznanie: rzymskokatolickie


Wygląd

Jeśli wierzyć stereotypowi, że każda ładna blondynka jest głupia, to należałoby uznać porucznika Erkh'iaana za wybitnego idiotę. Co też w zasadzie niektórzy czynią, ale mniejsza z tym.
Jak głosi wpis w dowodzie, mierzy sto dziewięćdziesiąt centymetrów; waży natomiast osiemdziesiąt dwa kilogramy – plus minus.  Zależy od tego, czy długo go nie było w mieście i jak ciężko przebiegła ostatnia podróż. Bo jeśli dosłownie „przebiegła”, to często i mniej tych kilogramów jest.
Zazwyczaj poważna twarz Saash'Khaara ma rysy nadzwyczaj regularne i przyjemne dla oka, ale czego innego można się spodziewać po elfie, jak nie facjaty modela? Wszystko jest na swoim miejscu, a bardzo jasnej skóry ani nie pstrzą piegi czy pieprzyki, ani nie szpecą, o dziwo, żadne blizny. Nos ma nieduży, prosty i lekko zadarty, który jego mama zwykła nazywać „uroczym noskiem”. I choć Saszka bardzo by chciał, to nie jest w stanie wyhodować pod nim nawet młodzieńczego wąsa – już o prawdziwym zaroście nawet nie wspominając. W zasadzie, jeśli nie liczyć rzęs, brwi czy włosów na głowie, to jest kompletnie pozbawiony owłosienia, zupełnie jakby był tworem wyobraźni niewyżytej yaoistki.
Usta ma ani jakoś przesadnie duże, ani przesadnie wąskie. Mają one natomiast dość nietypowy kolor: bladokoralowy. Ileż Saszka się nasłuchał przytyków na ten temat! Gdyby dawano mu torcik wedlowski za każdym razem, gdy jakiś buc pyta go kolor szminki, to żaden koń nie byłby w stanie go unieść. Na całe szczęście jednak nikt mu tylu słodyczy nie funduje (a nawet gdyby, to elf zgodnie z zasadą, że „w zdrowym ciele zdrowy duch” bardzo dba o sprawność fizyczną) wobec czego może śmiało sadzać swoje zgrabne dupsko w siodle. Jest lekko umięśniony, jednakże daleko, bardzo daleko mu do postury mitycznego woja Jaglaka.
Szczególną uwagę przykuwają jego oczy. Chciałoby się użyć czegoś mniej wyświechtanego, ale nie bardzo się da – otoczone są firanką rzęs. Jasnoszarych, tak przy okazji. Tęczówki również są szare, ale to określenie zupełnie nie oddaje ich koloru. Źrenicę otacza jasny krąg szarości, prawie wpadający w biel, który przechodzi w ciemniejszą barwę, a ten z kolei staje się wreszcie niemal czarną obwódką. Wprawny obserwator może czytać z tych oczu jak z książki: kiedy Saszka się złości, szaleje w nich sztorm. Kiedy jest smutny – ciemnieją. I tak dalej. Chociaż, nie oszukujmy się. Nawet niewprawny obserwator by to zauważył.
Smukłe dłonie o długich palcach i szczupłe przeguby zdobią tatuaże ochronne z wplecionymi w tusz nanokadarbami: wokół nadgarstków wiją się czarne, delikatne obręcze z napisanych po elficku zaklęć, których dorobił się w trakcie przygotowań do służby u hetmana, a na paliczkach środkowych każdego z palców znajdują się nie mniej misternie wytatuowane symbole.
Wisienką na tym jasnym, kremowym torcie są siegające pasa włosy: proste, niemal białe, skrzące się w słońcu srebrzyście. Myślałbyś, że coś takiego będzie ciężkie i szostkie w dotyku jak srebro. A jednak nie - są zadziwiająco miękkie i leciutkie, zupełnie niby puch. I w zasadzie jedyną skazą tego całego boleśnie wręcz idealnego opakowania jest poszarpana blizna, ciągnąca się od lewego obojczyka, przez całą pierś, aż do brzucha. Ale tego przecież nie może zobaczyć każdy.


Charakter

Pierwszy rzut oka na zachowanie Saash'Khaara sugeruje, że mamy do czynienia z zaawansowanym przypadkiem zaburzeń ze spektrum autyzmu. Drugie wejrzenie natomiast precyzuje, że jest to zespół sawanta.
To znaczy, tak twierdzą złośliwi.
Tych, niestety, nie brakuje. Chociaż kłamstwem byłoby powiedzenie, że Saszka im tej złośliwości nie ułatwia. Sprawia wrażenie aroganckiego, napuszonego elfa o zimnym charakterze, robota pozbawionego wszelkich ludzkich uczuć, który tylko patrzy, jakby tu podpierdolić kolegów przełożonym.
A przecież to tylko częściowa prawda.
Jako elf z krwi i kości, odchowany w elfickim domu, ma klasyczny wręcz elficki problem w kontaktach z ludźmi. A jako syn surowego wojownika ma też problem w kontaktach z innymi elfami. Wydaje się być małomówny, bo stosuje się do zasady: „błogosławieni, którzy nie mając nic do powiedzenia, nie owijają tego w słowa”. Zrozumienie intencji i motywacji innych osób to dla niego kłopot, bo sam w większości kieruje się logiką, zasadami i poczuciem obowiązku. Kiedy ma do czynienia z kimś, kto chętniej niż wykonywać powierzoną mu pracę woli o niej dyskutować albo wymyślać coraz to nowsze sposoby na wykonanie jej, Saszka się zwyczajnie i po ludzku wkurwia. Masz swoje wytyczne? To się do nich, cholera jasna, stosuj, a nie mi dupę zawracasz. Nie rozumie, jak można być nierzetelnym. Skoro on może zacisnąć zęby i wykonać rozkaz w określonym czasie, to dlaczego inni nie mogą zrobić tego samego? Lenistwo i nieuczciwość to najszybsza droga na czarną listę Erkh'iaana, który woli opierać się na faktach niż teoriach i domysłach, na odpowiedzialności i skuteczności niż wesołej, luźnej kreatywności. Przez większość czasu działa według ustalonego przez siebie (lub przełożonych) harmonogramu, ale jeśli zajdzie taka konieczność, to analityczny umysł bez przeszkód pozwoli mu na możliwie najlepszą w danych warunkach improwizację; jednak pamiętać należy, że spontaniczna zmiana tych przemyślanych planów to nigdy nie jest coś, z czego elf byłby zadowolony.
Saszka stawia na uczciwość w każdych warunkach. Zamiast powiedzieć delikatnie, że być może się mylisz, że może spójrz na tę całą sprawę z innej strony, bo, zobacz, może to nie jest takie czarno-białe – Saszka powie ci wprost, że chrzanisz farmazony, bo jest tak i siak. Niedbającemu przesadnie o higienę koledze nie kupi na urodziny dezodorantu, tylko powie, że capi od niego jak z przegniłego grafa. Niektórzy cenią sobie tę szczerość. Niektórzy nie. Stąd też elf ma często opinię chama, gbura i prostaka.
Mało tego – także przedłużacza.
To jest, kabla. Skarżypyty.
Nie pomogą zawodzenia: „Poruczniku, daruj, to tylko mały błąd, to się więcej nie powtórzy”. Spóźniłeś się na odprawę dziesięć minut to dostaniesz naganę w protokole, nie ma zmiłuj. Ale nie wynika to z chęci dojebania komuś. Erkh'iaan po prostu jest do bólu uczciwy. Jeśli to on się spóźni, choćby same balrogi były tego przyczyną, to i na siebie wysmaruje stosowny raport, w którym przyzna się do błędu i wyrazi skruchę oraz obietnicę poprawy.
A przecież Saszka to nie tylko Bóg, honor, ojczyzna i obowiązki.
Z ciekawością i dociekliwością dziecka przygląda się światu, szuka przyczyn, skutków i powiązań. Chętnie i z zaangażowaniem słucha opowieści kolegów i koleżanek, nawet jeśli to szczegółowe opisy ich własnych zainteresowań z dziedzin, którymi Saszka nigdy się nie zajmował. A przez własną prawdomówność z góry zakłada, że wszystkie te „i wtedy wpadłem tam ja, jednym ciosem nanokadabr zmiotłem część wrogów na prawo, drugim przyszpiliłem resztę do ziemi, a kierowca autobusu wstał i zaczął klaskać” są stuprocentowo prawdziwe i niepodkolorowane ani nic.
Jeśli ma taką możliwość, to z wypiekami na twarzy ogląda filmy i czyta. Czyta dużo, czyta szybko, czyta z pasją. Książki, komiksy – wszystko, co tylko wpadnie mu w ręce. Nie wiedzieć czemu, z jakiegoś powodu szczególnie upodobał sobie bogato i kunsztownie ilustrowane bajki dla dzieci do czytania oraz krwawe horrory do oglądania.
Ale kto tam zrozumie elfy.


Magia i bronie magiczne

Nazwa: Xenna Extra
Typ: broń magiczna
Wygląd: Srebrny czakram z przebiegającą wzdłuż jego średnicy czarną rękojęścią w kształcie litery S o łagodnych wygięciach, którą prawowity właściciel w dowolnym momencie może przełamać na pół, tworząc w ten sposób dwa ostrza o kształcie półokręgu. Na całej jego powierzchni wyryte są zaklęcia i mantry bojowe.
Funkcja: Nieaktywowany, czakram działa jak zwykłe ostrze. Można nim ciąć, rzucać, nawet marchewkę pokroić. Po aktywacji słowami „dalej, dalej, ostrze Xeny” staje się bronią magiczną o licznych przymiotach. Rzucony – czy to w całości, czy w formie sztyletów – zawsze wraca do właściciela jak bumerang, tnie nawet mithril, a jeśli Saszka trzymając obie części w dłoniach wymówi krótką, tylko jemu znaną modlitwę – obszar o średnicy trzech metrów wokół niego staje się jednym wielkim wyładowaniem elektrycznym o morderczo wysokim natężeniu, które jednak samemu rzucającemu zaklęcie nie czyni żadnej krzywdy.
Limity: Nielimitowane użycie w charakterze zwykłego czakramu. Aktywacja magicznych właściwości: 5 postów użycia, 2 odpoczynku. Aktywacja zaklęcia obszarowego: po każdym użyciu 3 posty odpoczynku.


Nazwa: Raven
Typ: hybryda enpisa bojowego i egidy
Wygląd: Czarna zbroja ze skrzydłami z równie czarnych, ostrych jak sztylety piór.
Funkcja: Zbroja stanowi barierę, od której odbijają się ataki zarówno magiczne, jak i tradycyjne. Siła odbicia jest wprost proporcjonalna do siły ataku. Jeśli Saszka nie skupi się na tym, by owe ataki odbić w konkretne miejsce bądź osobę, rykoszetują one w losowym kierunku. Skrzydła umożliwiają latanie na niewielkie wysokości (poza orbitę przecież Saszka nie poleci), ale mogą także służyć jako broń tnąco-przeszywająca. Ponadto Raven ma poniekąd własną wolę. Jeśli operator straci przytomność, zbroja zabierze go tak daleko od niebezpieczeństwa, jak tylko będzie mogła, w skrajnych przypadkach nawet samodzielnie próbując walczyć z przeciwnikiem, by swego właściciela obronić – oczywiście, nie tak efektywnie, jak mogłaby to zrobić żywa, myśląca istota.
Limity: 6 postów użycia, 4 posty odpoczynku. Maksymalna wysokość lotu: 200 metrów.


Nazwa: Incendium
Typ: broń magiczna
Wygląd: Jednoręczny miecz z mithrilu o rękojeści powleczonej miękką, białą skórą.
Funkcja: Po wypowiedzeniu hasła: „Któż jak Bóg” ostrze staje w płomieniach niczym miecz archanioła Michała.
Limity: Nielimitowane użycie w charakterze zwykłego miecza. Po aktywacji czaru 4 posty użycia, 1 post odpoczynku.


Nazwa: Zagubione Ścieżki (moc obowiązkowa)
Funkcja: Moc pozwalająca geografom wyznaczać bezwzględne kierunki świata nawet w warunkach chaosu przestrzennego. Dzięki temu geograf zawsze jest w stanie znaleźć właściwą drogę i nigdy się nie gubi. Aby wykonać czar, należy głęboko skoncentrować się i rzucić pławy kardynalne – magiczne kulki, które zawsze wyznaczą odpowiedni kierunek.


Nazwa: Rytuał Przejścia (moc obowiązkowa)
Funkcja: Szczególna moc zapewniająca geografom możliwość wtargnięcia do obcego Planu nawet bez posiadania Klucza Przejścia. Rytuał ten bywa długotrwały oraz, co gorsze, za każdym razem może wymagać innych elementów, zależnie od Planu, do którego prowadzi Przebicie. Czasami niezbędne są odpowiednie słowa, układ planet, pogoda, odtańczenie specjalnej choreografii lub wypełnienie innych warunków. Przygotowania bywają więc niekiedy długotrwałe i żmudne. Geografowie jako jedyni są w stanie dokonać Przejścia bez Klucza, zawdzięczają to swoim tatuażom.


Nazwa: Telepatia
Funkcja: Magiczna komunikacja wprost do umysłu maksymalnie trzech odbiorców znajdujących się w pobliżu. Nie otrzymuje odpowiedzi zwrotnej, ale może w ten sposób przesłać swój komunikat.
Limity: Minimum 2 posty przerwy przed kolejnym połączeniem.


Umiejętności

⚔ Prawo jazdy kategorii B (zdane za pierwszym podejściem) oraz kategorii K (dopiero przy szóstej próbie).
⚔ Mistrzowskie posługiwanie się bronią białą (głównie miecze jednoręczne i noże, choć od biedy czymś innym też by sobie krzywdy nie zrobił).
⚔ Odpowiednie przeszkolenie wojskowe – ukończył Wyższą Akademię Techniczną w Warszawie. Nie straszna mu walka wręcz, podstawy taktyki, działania terenowe, pierwsza pomoc przedmedyczna, musztra, obsługa karabinów maszynowych, broni palnej krótkiej, granatów ręcznych, podstawy wojennego feng shui i inne takie, których oficerowi nie wypada nie znać.
⚔ Umiejętności survivalowe.
⚔ Płynnie posługuje się angielskim i łaciną.


Słabości

⚔ Mimo że naprawdę się stara, zdarza mu się być koszmarnie nietaktownym.
⚔ Często nie rozumie metafor i kolokwializmów, pojmując je w sposób bardzo dosłowny („Saszka, skocz mi do rotmistrza po ten raport. Ino na jednej nodze!”). A wypowiadanie z mądrą miną poprzekręcanych przysłów to już w ogóle wisienka na ciastku.
⚔ Gdy zbliża się w miejsce przepełnione fagami, stara rana zadana przez jegrów odzywa się palącym bólem. Kiedy stężenie fagów jest za wysokie, ból staje się tak silny, że Saszka zaczyna mieć kłopoty z oddychaniem.
Boi się Brzydzi się Nie lubi ślimaków (zwłaszcza bez muszli) i stonki ziemniaczanej (zwłaszcza larw).
⚔ Nie jest w stanie zjeść ryby ani glonów, ani w sumie niczego, co ma zapach ryby. Na samą myśl o sushi robi mu się niedobrze.
⚔ Nie toleruje nieposłuszeństwa względem przełożonych, dlatego wszelkie jego przejawy są mu solą w oku. W związku z tym trudno jest mu współpracować z ludźmi o bardziej elastycznym podejściu do swojej pracy.


Ciekawostki

⚔ Jest bardzo łasy na słodycze. Nie wiedzieć czemu, szczególnie upodobał sobie torcik wedlowski.
⚔ Swojego przecudnej urody siwka nazwał Wedel. I nadal nie rozumie, czemu koledzy żołnierze śmieją się z jego miłości do torcików wedlowskich.
⚔ Sekretnie darzy wielką miłością pluszowe zwierzątka w strojach innych zwierzątek. Zawsze ma też przy sobie breloczek z Kubusiem Puchatkiem przebranym za – o ironio – misia.
⚔ Jego największym skarbem z dzieciństwa jest zniszczony od wielokrotnego czytania egzemplarz „Kubusia Puchatka” Milne'a, który dostał od matki zaraz po przybyciu na Plan Ziemi.
⚔ Uwielbia pisać długie, kwieciste i, niestety, kompletnie grafomańskie listy. Zwłaszcza, gdy ich adresatką jest pewna młoda dama przebywająca często w stanicy Korniejewo.
⚔ Jest niesamowicie lojalny. Zarówno wobec ojczyzny i wyznawanych wartości, jak i osób, które zdołał obdarzyć szacunkiem i zaufaniem.
⚔ Choć kompletnie nie rozumie metafor, uparcie próbuje czytać poezję. A jeszcze uparciej – poezję postmodernistyczną. Nadal nie zdaje sobie sprawy z tego, że zrozumienie jej to sprawa z góry skazana na porażkę.
⚔ Nie lubi gorzkich smaków, dlatego jak ognia (albo stonki ziemniaczanej!) unika wódki, piwa czy kawy.


Historia

Mor'rankhil Erkh'iaan obserwował bacznie poczynania malca. Jego czujnej uwadze nie umknął moment, w którym jasnowłosy aniołek przyklęknął na ziemi, by wpatrzeć się w coś z widocznym skupieniem. Westchnął z lekką irytacją. Nawet nie próbował zgadywać, co tym razem przyciągnęło do siebie jego latorośl. Może zeszłoroczny liść. Może biedronka. A może po prostu kapsel po piwie. Nie mógł nadążyć za tym dzieckiem.
Ale nawet nie musiał. Nimain'Yave nadrabiała za nich oboje.
Po dłuższej chwili chłopiec zaczął biec do nich na tych swoich króciutkich nóżkach. Potknął się o kamień, przewrócił. Z zaciętą miną wstał jednak od razu i znów ruszył. Na surowym obliczu elfa przez mgnienie oka gościł nieznaczny uśmiech.
— Co się stało, Saash'Khaar? Co ładnego tam widziałeś? — zapytała z charakterystycznym zaśpiewem matka.
Saash'Kaar dmuchnął we wpadającą mu w oczy gęstą grzywkę, ale nic to nie pomogło. Nie tracił jednak wiecej czasu na poprawianie niesfornych kosmyków. Wyciągnął maleńką rączkę do góry, a elfka przykucnęła i pozwoliła, by malec dotknął jej policzka.
— Co chcesz mi pokazać, kaczuszko? — spytała z uśmiechem.
A przejęty Saash'Kaar pokazał jej, że tam, daleko, daleko, skąd właśnie przybiegł, pod drzewem dębu, leżał mały ptaszek. I w ogóle się nie ruszał. Niezadane pytanie brzęczało w myślach kobiety. Mamusiu, pomożesz mu?
— Nie możesz z nim tak wiecznie rozmawiać! — Drgnęli oboje jak przestraszony gwałtownym ruchem koń, gdy Mor'rankhil odezwał się szorstko. — Już i tak nie dogaduje się z ludzkimi dziećmi. Przez te twoje wizje prawie w ogóle nie mówi.
— Zacznie. Daj mu trochę czasu. To nagła zmiana — odpowiedziała spokojnie. Tuliła do siebie syna, jakby chcąc go chronić przed całym złem tego świata, nawet jeśli miałaby nim być krytyka własnego ojca.


* * *


Kapral Walczak był zupełnym przeciwieństwem pana domu. Saash'Khaar bardzo lubił tego wesołego jegomościa, i to nie tylko dlatego, że zawsze, kiedy wpadał w odwiedziny, przynosił mu gumę do żucia. Dużo żartował i nie traktował młodego elfa jak dziecka. Często prowadzili arcypoważne rozmowy o tym, czy transformersy pokonałyby balroga albo w jaki sposób Hulkowi udawało się zachować spodnie, kiedy się przemieniał w zielonego potwora.
Włożył zakładkę między strony „W pustyni i w puszczy”, zamknął książkę i skrupulatnie odstawił wolumin na nocny stolik. A potem z całą godnością swojego jedenastoletniego jestestwa pobiegł na złamanie karku do przedpokoju, by przywitać się z gościem.
— Wujaaaa! Wuja, przyniosłeś mi torcik wedlowski? Niedługo moje urodziny, mógłbyś mi już... Wuja? — zawahał się.
Coś było nie tak. Czuł dreszcz niepokoju, gdy patrzył na zmęczoną i teraz jakby obcą twarz człowieka, którego znał przez całe swoje życie na Planie Ziemi. Wujek ani się nie uśmiechnął, ani nie poklepał po kieszeniach w poszukiwaniu gumy Turbo. Tylko stał w przejściu i patrzył dziwnie na Saash'Khaara.
— Wujku...? — zapytał chłopiec i postąpił niepewnie krok naprzód.
Z zaczerwienionych oczu mężczyzny spłynęła jedna łza.
— Wujku, a gdzie mama i tata? — broda elfa zadrżała nieznacznie. — Dlaczego nie wrócili z tobą...?
— Saszka — przerwał mu łamiącym się głosem. Wielka jak bochen chleba dłoń zacisnęła palce na wątłym ramieniu nastolatka. — Oni... Oni już nie wrócą. — Kapral schylił się i objął chłopca, chcąc go pocieszyć, wesprzeć jakoś. Sam nie wiedział.
Ale ostatecznie tym, który się rozpłakał, wcale nie był zadziwiająco spokojny Saash'Khaar.


* * *


Było mu źle. Od samego początku nie dogadywał się z kolegami z oddziału – żadna nowość, jakoś nigdy nie mógł znaleźć wspólnego języka z... no, w zasadzie z kimkolwiek – ale odkąd trafili na ten przeklęty wypizdów, gdzie picassaki dupami szczekają, było jeszcze gorzej. Ciągle coś mu ginęło, a przecież doskonale wiedział, gdzie zostawiał swoje rzeczy. Pała goryczy przegięła się jednak wtedy, gdy ktoś wyrwał ostatnie strony z jego książki i na okładce dopisał ołówkiem: „NIGDY NIE DOWIESZ SIĘ, KTO ZABIŁ LADY ZUZANNĘ”. A gdy przy śniadaniu stał w kolejce po swój przydział, ktoś syknął za nim „kabel”. Kiedy się odwrócił, wszyscy patrzyli na niego beznamiętnie. Nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał. Radź sobie sam.
A przecież regulamin wyraźnie mówił: na terenie jednostki nie wolno spożywać alkoholu. Przecież musiał to zaraportować. Dlaczego tego nie rozumieli?
Od samego rana czuł dziwny niepokój. Nawet poszedł z tym do kapelana, bo bał się, że może złapał kleszcza albo co. Duchowny tylko się roześmiał i powiedział, żeby się tym nie przejmować; to na pewno stres przed egzaminem.
Saash'Khaar jakoś nie był przekonany.


Kataryna chodził niespiesznie w tę i z powrotem z rękami założonymi za plecy.
— Następnie bierzecie dupę w troki i biegniecie Pomorską w stronę Dubois. Tam robicie szybką rozgrzewkę mantrami, co tam który z was potrafi, i biegniecie na Słodową. Zabezpieczacie teren i wracacie tą samą drogą na punkt zbiórki. Jasne czy mam wam to rozrysować? — wydarł się na koniec, mało nie opluwając Chudemu twarzy.
— Tak jest, panie kapitanie! — zakrzyknęli w odpowiedzi, najwidoczniej nie dość żwawo, bo twarz pana kapitana poczerwieniała ze złości jak przed napadem apopleksji.
— Egzamin zaczyna się teraz. Odmaszerować, soggocie syny! — wrzasnął z pasją.
Posłusznie odmaszerowali. A Kataryna dostojnym spacerkiem udał się w stronę stołówki, by dołączyć do pozostałych oficerów oglądających egzamin przez specjalnie przeczarowane w tym celu lustra.


Jeszcze na Psim Polu mieli podzielić się na trzy drużyny. I choć Saszka był zdecydowanie najlepszy z całej tej zgrai składającej się z samych ludzi, nikt nie chciał go w swojej ekipie. Nic, czego by się nie spodziewał. Ostatecznie i tak ktoś go musiał przyjąć. Padło na drużynę Ramzesa.
Zneutralizowali wcześniej niewielki rój złowadów i teraz w zasadzie mieli labę. Został im długi spacer w stronę centrum, wyszukiwanie ukrytych wiadomości z kolejnymi zadaniami, trochę jak w podchodach, i jedne wielkie nudy. Pozostała piątka, ze szczupłym, ciemnoskórym Ramzesem na czele, kopała gruz. Gdy któryś kawałek rozwalał się na równo cztery części, dostawali punkt.
Saszka w dupie miał ich punkty.
Nad zniszczonym Wrocławiem powoli zbierały się burzowe chmury. Całe miasto sprawiało wrażenie wymarłego i aż przykro było na to patrzeć. Saszka niejednokrotnie oglądał stare albumy pełne przepięknych, kolorowych fotografii, na których ulice tętniły życiem. W niczym nie przypominały tego, co tu zastali. Na zdjęciach aż roiło się od ludzi, samochodów, sklepów, trochę jak w Warszawie. A teraz?
Teraz Saszka pociągał nosem, bo było mu zimno. Zgrabiałe ręce wetknął w kieszenie mundurowych bojówek, żeby rozgrzać je chociaż trochę. W tym stanie nawet najprostsze kata mogły mu nie wyjść. Nadal było mu źle, a przecież w ogóle nie stresował się egzaminem. Wszyscy wiedzieli, że na dobrą sprawę to tylko formalność.
W dodatku bluza od munduru piła go niemiłosiernie pod pachami.
Wlókł się za resztą oddziału, kiedy Mysza zwolniła, zerkając na niego.
— Piździ coś — zagadnęła niezobowiązująco, gdy zrównał się z nią.
— Mhm — odparł odkrywczo. Patrzył na nią wyczekująco, ale dziewczyna speszyła się i nic więcej nie dodała.
Była drobna i jakaś taka... Bura. Mysia. Szarawe włosy, brązowe oczy, kilka piegów na nosie. Na zajęciach też się nie wyróżniała. Saszka czasami zastanawiał się, dlaczego w ogóle poszła do szkoły oficerskiej. Widać było, że jakoś nie ma zamiłowania do tej całej wojenki. A jednak elf był wdzięczny, że tu trafiła. Ona jedna chciała z nim jeszcze rozmawiać.
— Słuchaj — zaczęła wreszcie po dłuższej chwili, jakby nie mogąc już znieść milczenia. — Oni tak naprawdę nie są źli. Tylko... No, wkurzyłeś ich. Wiesz? — zapytała bez przekonania.
Saszka wiedział. Nie wiedział tylko, czemu ich wkurzył. Przecież nie zrobił nic złego.
— Mhm — burknął znowu. Zatrzymał się na chwilę, bo kamyk w o dwa numery za dużym bucie uwierał go coraz bardziej. Potrząsnął stopą, ale to niewiele dało. Będzie musiał zdjąć bucior i wytrząsnąć z niego przeszkadzajkę, a potem zasznurować jeszcze mocniej. Dziwnym trafem nie mógł rano znaleźć swoich desantów, a na magazynie już nie mieli jego rozmiaru. Więc teraz człapał sobie w butach, w których śmiało mógł zbudować basen. I to taki na dwie hale.
Mysza westchnęła.
— No nic, nie daj się. — I już jej nie było. Liczyła punkty.
Niebo pociemniało jeszcze bardziej.


Kapitan zerwał się tak gwałtownie, że stojąca na skraju stołu musztardówka do połowy opróżniona ze zbożówki spadła na drewnianą podłogę, rozbijając się w drobny mak. Nikt nie zwrócił Katarynie uwagi. Wszyscy wpatrywali się z przerażeniem w gęstniejącą w lustrach ciemność.
— Pełna mobilizacja. Siodłać konie. Andrzej, biegnij po operacyjnych, niech wskakują do Windsora — Kataryna wypluwał z siebie rozkazy na jednym wydechu. — Dzwońcie po wsparcie. Cholera jasna, przecież nawet nie mamy przy sobie żadnego elfa! — wrzasnął z frustracją.
W milczeniu wykonywali rozkazy, ale nikt nie miał odwagi powiedzieć na głos tego, o czym wszyscy pomyśleli.
Że teren był zabezpieczony. Że przecież egzamin to tylko formalność.
Że z Krzyżanowic mogą po prostu nie zdążyć.


Saszka patrzył jak oniemiały. W jednej chwili niebo stało się całkowicie czarne. Poczuł, że jest mu jeszcze bardziej niedobrze i teraz już wiedział, czemu od samego rana tak było.
Jegrzy.
Nie znalazł się w samym epicentrum pierwszego ataku tylko dlatego, że ktoś mu zajebał buty. Alleluja, ocalony przez głupi kawał i dziurawe desanty.
W bezruchu patrzył, jak wysokie ciało Ramzesa rzuca się po chodniku jak szmaciana lalka szarpana przez stado wygłodniałych psów, gdy targały nim macki centaura. Twarz, która jeszcze chwilę temu miała kolor inki z mlekiem, teraz była fioletowa. Szeroko otwarte usta nawet nie próbowały już złapać oddechu. Parę metrów dalej Mysza kuliła się pod betonowym ustępem, który kiedyś musiał być czyimś balkonem. Drżącymi dłońmi próbowała odbezpieczyć przydziałowego glocka, ale skurwysyn się zaciął. Chudemu nie zaciął się, ale i tak nic mu to nie dało. Nie zdążył otoczyć się mantrami i modlitwą, gdy dostał fagami prosto w miękkie.
Saszka patrzył i wiedział, że nie zdąży pomóc żadnemu z nich. Ułamki sekund przeciekały mu przez palce. Co gorsza, miał paskudne przeczucie, że i on sam niewiele wskóra.
— Anielski orszak niech twą duszę przyjmie — zaintonował cicho i zaśmiał się histerycznie. Drżącą dłonią wcisnął jedną słuchawkę odtwarzacza mp3 do ucha, wcisnął play. Z pierwszym taktem zaczął szeptać zaklęcie aktywujące Ravena.


— Gdzie oni są, kurwa jebana jego mać! I dlaczego jeszcze nikt nie wyczyścił tej zasranej wizji w lustrze! — pienił się kapitan. Chodził w kółko po kwaterze, jak uwięziony w cyrkowej klatce lew. Wypluwał z siebie rozkazy, niemal stając na rzęsach, żeby coś w tym burdelu zorganizować. Już biegli i jechali na pomoc, ale to wciąż było mało. Ściskał w dłoni bezużyteczną na razie słuchawkę telefonu. Gdyby to zależało wyłącznie od siły jego woli, to wszystkie szychy tam na górze właśnie stałyby na baczność.
Do gabinetu wparował sierżant Miesiołowski.
— P-panie kapitanie — stęknął zdyszany. — Ktoś wraca.
Kataryna zatrzymał się na ułamek sekundy w absolutnym bezruchu.
A potem rzucił się dzikim galopem na dziedziniec.


Opadł ciężko na bruk i przebiegł z rozpędu jeszcze kilka chwiejnych kroków. Połamane skrzydła wlokły się po ziemi, jakby te ostatnie przeleciane metry były wszystkim, co mogły z siebie wykrzesać. Czarna zbroja skrzypiała nieprzyjemnie, gdy łączenia płyt ocierały się o siebie, zesztywniałe od zaschniętej krwi. Patrzyli oniemiali, jak czarny rycerz na sztywnych nogach, niemal nie zginając kolan, podchodzi do stojącego na środku dziedzińca Kataryny. Cisza była idealna.
Odsłonił przyłbicę. Kurwa nie chciała się słuchać, więc chwilę siłował się z nią. Udało się.
— Melduję klasę 5A do raportu — powiedział bezbarwnie. — Siedemnastu zabitych, zero sprawnych, jeden ranny.
Raven zniknął. Saszka wyciągnął z kieszeni pęk nieśmiertelników i wcisnął go kapitanowi do ręki. A potem wreszcie mógł zemdleć.


* * *

Wpatrywał się w okno bezmyślnie. Pozszywali go, a jakże, ale nadal nie mógł się ruszać bez odczuwania bólu. Nie był nawet pewien, czy jest to ten rodzaj bólu, na który pomogą jakieś proszki czy nanokadabry.
Nie był też pewien, czy chce, żeby przestało boleć.
Przez ostatnie dwa tygodnie ciągle go maglowali. Teraz już odpowiadał na pytania automatycznie. Nawet nie musiał się skupić, żeby przypomnieć sobie odpowiedni tekst. Miał wrażenie, że powinno go to obchodzić, ale było inaczej. Był tylko wdzięczny, że żeby podać odpowiedzi, nie musi już wracać myślami do wspomnień.
Ktoś zapukał cicho w drzwi sali szpitalnej. Saszka nie zdążył nawet powiedzieć „proszę”. Do środka wszedł kapral Walczak.
Saszka przeniósł beznamiętne spojrzenie z okna na jego twarz. Dziwne, do tej pory nie zdawał sobie sprawy z tego, jak jego opiekun mocno się postarzał. Czoło przecinała głęboka bruzda, chyba od zmartwień. Dwie kolejne, tym razem od śmiechu, biegły od nosa do kącików ust. Elf pomyślał, że niedługo pewnie i jego zabraknie. Nic przy tej myśli nie poczuł i to go bardzo zdziwiło. Ponoć wciąż był w szoku.
Miał nadzieję, że nigdy z niego nie wyjdzie.
— Mogę? — zapytał kapral i bez pozwolenia przysiadł na łóżku. Trzymał w rękach kopertę. — Jak się czujesz?
Saash'Khaar tylko na niego patrzył.
— W porządku, okej, rozumiem. Nie musisz... Nie musisz odpowiadać.
Walczak bębnił kciukami po papierze. Miał złe przeczucia co do tej koperty, ale nie śmiał otworzyć listu zaadresowanego do kogoś innego. Tym bardziej, że list był od samego hetmana.
— Masz, to do ciebie — powiedział wreszcie z wahaniem, ale jakoś nie spieszno mu było, żeby przekazać przesyłkę.
Szczupła dłoń z widocznymi wciąż jeszcze śladami po szwach przy samym nadgarstku sięgnęła po list. Kapral spojrzał na Saszkę zaskoczony. To był pierwszy raz, kiedy elfa coś zainteresowało. Pierwszy raz, odkąd... Odkąd wrócił z obozu szkoleniowego. Walczak nie umiał tego nazywać inaczej. Słowa „krwawa masakra” nie chciały mu przejść przez gardło.
Elf jednym eleganckim ruchem oderwał pasek papieru na boku koperty i wyciągnął kartkę. Przebiegł tekst wzrokiem. Kapral patrzył w napięciu na jego twarz, ale nie dało się z niej nic wyczytać. W końcu nie wytrzymał.
— I co? Co oni chcą od ciebie? — spytał zaniepokojony.
Saszka bez słowa podał mu list. Znów zaczął się wpatrywać przez okno.
Chcieli go zrobić bohaterem.
Jego.
Tego, który nie był w stanie ocalić nawet biednej Myszy, która swoje ostatnie chwile spędziła wciśnięta między balkon a śmietnik, walcząc z zacinającym się sprzętem. Zaczął się śmiać.
Walczak drgnął zaskoczony. Nie wiedział, co powiedzieć. Czy powinien teraz pogratulować swojemu podopiecznemu propozycji zostania geografem królewskim?
Nie pogratulował. Przytulił do siebie mocno Saszkę, a ciało elfa drżało w jego ramionach, gdy histeryczny śmiech przechodził w nie mniej histeryczny płacz.


Ostatnio zmieniony przez Saszka dnia Nie Wrz 03, 2017 7:13 pm, w całości zmieniany 4 razy

avatar

PisanieTemat: Re: Saash'Khaar "Saszka" Erkh'iaan   Pią Sie 18, 2017 5:19 pm

Poruczniku Saszo!

Jego Miłość Król Rzeczpospolitej Polskiej powinien jakoś skomentować to, co przeczytał, ale nie skomentuje, bo mu słów brakło (co samo w sobie jest już komentarzem).

Co do zbroi, proponuję limit wznoszenia się do pułapu około 200 metrów, do całej reszty nie mam żadnych zastrzeżeń.

W nagrodę za kapitalnie odpicowaną kartę otrzymujesz zdolność telepatii, magicznej komunikacji wprost do umysłu maksymalnie trzech odbiorców znajdujących się w pobliżu. Nie otrzymasz odpowiedzi zwrotnej, ale możesz w ten sposób przesłać swój komunikat. Limit: minimum 2 posty przerwy przed kolejnym połączeniem.

Jeżeli odpowiada Ci ten prezent, dołącz go do swoich mocy.

avatar

PisanieTemat: Re: Saash'Khaar "Saszka" Erkh'iaan   Pią Sie 18, 2017 5:29 pm

Dołączone, dziękuję! o7

*Astrologowie obwieszczają tydzień Saszki. Morale geografa zwiększa się.*

avatar

PisanieTemat: Re: Saash'Khaar "Saszka" Erkh'iaan   Pią Sie 18, 2017 5:31 pm

Szanowny Saash'Khaar Erkh'iaan!
Twoje podanie o przyjęcie postaci zostało rozpatrzone
pozytywnie. Otrzymujesz na start 10 karteczek z czarem lakmusowym oraz 10 karteczek z czarem "widusłychem". Dołącz je do swojego ekwipunku. Życzę udanej gry!


Król Polski Bolesław VI Arr'Rith

Sponsored content

PisanieTemat: Re: Saash'Khaar "Saszka" Erkh'iaan   


 
Saash'Khaar "Saszka" Erkh'iaan
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Skocz do: