Szybkie Menu

Przygody Janusza Wędrowycza
avatar

PisanieTemat: Przygody Janusza Wędrowycza   Wto Sie 15, 2017 9:36 pm

Z racji, że moje życie pełne jest popierdolonych i dziwnych zjawisk, postanowiłem je spisywać. Dzięki temu możecie się poczuć, jakbyście wygrali życie.
Pozdrawiam.

PRZYGODY JANUSZA WĘDROWYCZA



Część I
Wyprawa do Społem o zmroku

Dawno temu żył Janusz, któremu niefortunnie skończył się chleb, a podły współlokator Hans ośmielił się spać, kiedy Janusz tego chleba potrzebował i odmówił pójścia za niego do sklepu w celu zakupienia bochenka. Janusz pójdzie sam, tak zdecydował.
Janusz ubiera się, zakłada glany i stwierdza, że na chuj je wiązać, jak do Społem może z pięćdziesiąt metrów jest.
"Co się może stać niby?" - pomyślał i polazł.
Kurtki na dodatek nie zapiął, bo na chuj, a tam śnieg napierdala niewąsko. Janusz ramionami wzruszył i poszedł. Na schodach się nie potknął, ani nic. Jest okej. Lezie. Sznurówki wylazły na zewnątrz, wloką się za Januszem, nogawki z glanów wylazły, bo niezawiązane, po nogach chłód jebie. Janusz poprawia. Ale za chuja pana nie zawiąże. I tak to poprawia co parę metrów, aż pod samym sklepem wkurwion zawiązuje. Pod sklepem. W napierdalającym śniegu, bo na chuj takie rzeczy w środku robić, jak można na zewnątrz.
Wziął chleb i patrzy, że są mandarynki. Bierze parę. I dwie pomarańcze, bo kurwa tak.
Błąd.
Janusz płaci i wychodzi. Lezie. Sznurówka się rozwiązała - Janusz jebie ją, bo zaraz będzie w domu. Janusz może z dziesięć metrów przed furtką wypierdala się, bo sznurówka. W zaspę. Mandarynki wpierdoliły się w zaspę. Pomarańcze też. Chleb też. Janusz za nimi. Janusz podnosi się i klnie. I patrzy.
Japierdolę.jpg
Mandarynki się wysypały i leżą w tym jebanym śniegu chuj wie gdzie. Janusz prawie w płacz. Mandarynki pewnie też w płacz, bo kto chciałby zostać wpierdolony do zaspy tak z zaskoczenia? Rękawiczek brak. No trudno, Janusz grzebie w zaspie, szukając mandarynek, bo za nie, kurwa, zapłacił i je wpierdoli mimo wszystko. Szuka. Znalazł pięć. Jeszcze jedna. No nie ma suki za nic. Janusz prawie idzie do domu po rękawiczki, bo ręce skostniałe i chuj. No nie. Jest, szmata, na chodniku koło zaspy, kurwa, brawo Janusz. Bierze. Chowa po kieszeniach, bo jebać reklamówki. Wlecze się do domu, wszystkie jest. Staje przed drzwiami. Kurwa. Nie ma klucza w kieszeni kurtki. Hans śpi i nie usłyszy.
Japierdolę2.jpg
Pewnie w zaspie został, jak się Janusz wypierdolił. Prawie histeria. Zrezygnowanie. Żałość, ból, wodorosty i rzygi w Bałtyku. Janusz wraca. Prawie już znowu zaczyna grzebać znowu w tej jebanej zaspie, ale telefon mu dzwoni. Janusz wkłada łapę do kieszeni spodni. Jest i klucz. Radość. Później współczucie dla własnej głupoty.
Janusz wraca. Drzwi otwarte, bo nie zamykał.
Jebać Społęm. Jebać śnieg i mandarynki.



PRZYGODY JANUSZA WĘDROWYCZA


Część II
Gdy niewyspan po włościach pana chodziłem


Był sobie dawno temu Janusz, który nie spał prawie całą noc, bo pisał losowe głupoty typu "karasie jedzo gówno" na cb.
Janusz spał może z godzinę i wstał. Poszedł, prysznic wziął, niczego nie rozjebał. Obudził Hansa. Ubrał się całkiem składnie, mimo że dwie skarpetki różne na nogi przyodział. Prawie zasnął na krześle, gdy soczewki zakładał.
Ale poszedł. Nie spóźnił się nawet.
wtf.jpg
Janusz przyszedł o czasie do szkoły.
Ale chuj.
Wchodzi i ledwo widzi na oczy, soczewka uwiera, but uwiera - jedna skarpetka krótka, druga długa - słońce razi, śmierdzi jajkiem coś.
- Janusz, kurwiłaku, wstawaj, maturę ustną napierdalasz na raz, teraz.
Janusz nie ogarnia, właściwie nie wie nawet, co tam robi i jak się nazwa. Ale mówi. Nauczyciel przerywa mu, kiedy ten stwierdza, że nie poszedłby do opery, bo nie lubi, kiedy grubi ludzie na niego krzyczą i go nie znają nawet. Bez składni. W czasie Japierdolęniktnierozumieperfecetpastcontinuous.
- Siadaj, gówno, nie zdasz w maturę.
Janusz ok, wyjebane, patrzmy w okno i udawajmy, że istniejemy.

Janusz idzie korytarzem. Podbija do niego ziomeczek z klasy, wiadomo. I zadaje pytanie.
- Janusz, z kim mamy zastępstwa za Mikołajczak?
Janusz patrzy na ziomeczka wzrokiem martwej ryby.
- Tak, w 129.
I idzie dalej. Kontakt ze światem minus kurczak.

Janusz zapomniał o symulatorach. No tak bywa, każdy zapomina. Bierze kurtkę z szatni. Sam sobie bierze, wyjebane w szatniarkę, nie ma jej, bo w pizdu poszła. Dostał opierdol za włażenie do szatni, bo nie wolno. Inni wchodzili, nikt nie dostał.
przegryw_życia.doc
Stoi na przystanku Janusz i czeka na autobus do domu. Nic nie jedzie. Kurwa. Podjeżdża Hans Nazimobilem.
- Gdzie ty jedziesz, symulatory, tłumoku, mamy.
Janusz chce wsiąść do samochodu i jechać z Hansem. Gdyby podjechał Trynkiewicz czy Mama Madzi też by wsiadł. Ale, bo jak inaczej, potknął się o krawężnik i wyjebał na asfalt. Ludzie trąbią. Hans trąbi. Jedzie autobus, przejedzie wypierdolonego skurwysyna jak chuj.
"Zginę, kurwa" - pomyślał Janusz, zamiast się podnieść.
Autobus hamuje. Kierowca wściekły, krzyczy coś o matce Janusza. Hans krzyczy. Wszyscy kurwa krzyczą. Janusz wstaje i mówi, że złamał rękę. Skóra zdarta na reku w trzech miejscach. Ręka niechybnie do amputacji.
Janusz wsiada do samochodu i nic nie mówi. Nikt nic nie mówi, wszyscy cisną z Janusza, który prawie płacze, bo nie ma ręki. Naklejają plaster na łapę, wszystko jest okej.

Symulatory tak nudne, że największą atrakcją jest wyjście do kibla i granie tam w sudoku.

Janusz wraca z Hansem do domu. Żywszy, dwa energole wypił, może, kurwa, samochód podnieść, jak chuj prosty. Hans upiera się, że musi kupić sobie pierdolniki i wihajstry, bo strój na Pyrkon.
Janusz ok.
- Idę z tobą.
- Zostań w samochodzie.
- Nie, idę!
- Dobra, to weź mi szarą taśmę znajdź.
Janusz ok. Wchodzą do sklepu, Hans idzie w jedną stronę, Janusz stoi. No kurwa, misjon imposibru, sklep wielki jak stodoła sołtysa. Albo i dwie. Zgubił się. Pyta pracowników, jak dojść do szarej taśmy. Mówią, że na farbach. Prosto i w prawo, łatwo trafić. Janusz złapał zmuła, kofeina przestała działać. Dobra, taśma jest, nie ma Hansa. Chce zadzwonić. Nie wziął torby z samochodu. Telefon w torbie. No to zajebiście.
Janusz czaił się z piętnaście minut, zanim wściekły na niego Hans przychodzi w okolice kas. Janusz, czując się jak zgubione dziecko w hipermarkecie, przeprasza. Zapłata. Powrót do domu bez rewelacji dalszych.

Janusz idzie spać zaraz po powrocie, bo jebać życie bez snu.


PRZYGODY JANUSZA WĘDROWYCZA


Cześć III
Niebieskie Tico bliznę na sercu i ciele zostawiło

Był sobie kiedyś bardzo leniwy Janusz, który lenistwem dorównywał adminom na Horyzoncie - o ironio - i chyba bardziej, i jakoś jednego dnia nie chciało mu się gotować sobie obiadu. I tak dumał Janusz, i dumał, aż w końcu sobie wykoncypował, że w sumie to skoczy sobie do miasta obok do pierogarni i nakupi pierogów.
Pierogi trzynaście złotych za kilogram, można wpierdalać, bo dobre.
Przy okazji Janusz postanowił jeszcze skoczyć do optyka, do banku i porobić ogólnie rzeczy, żeby ten wyjazd jakiś taki nie był, że tylko po pierogi jakieś.
No to pojechał Janusz.
Zaparkował i w ogóle, nawet prosto dziadowi wyszło, z samochodu wysiadł, fajkę zapalił. Co miał zrobić, to zrobił, nawet te pierogi kupił, ale że to zachłanne stworzenie, to zachciało się Januszowi pączka. Takiego ohydnego pączka, który ma posmak świeżej gliny i jest z obrzydliwą czekoladą.
japierdolędlaczego.jpg
Idzie sobie szczęśliwy i nagle coś mu telefon wibruje. Wyjął telefon i patrzy.
nieróbcietegowdomu.doc
Nie zobaczył, że niebieskie Tico zapierdala sobie niewąsko. No i idzie Janusz jak ta święta krowa, Tico po hamulcach, Janusz rozgląda się z nieogarem i w sumie jakieś parę sekund leży już na jezdni i nie ogarnia jeszcze bardziej. Tico też pewnie nie ogarnia, bo to Tico. Ludzie krzyczą, kierowca Tico krzyczy, Janusz leży i sobie siada, twierdząc, że wszystko spoko, on sobie pójdzie do domu zaraz. Ryj mu trochę krwawi, bo otarł policzek o jezdnię, ale poza tym nic.
Wzywają karetki, milicjantów, Gwardię, Putina i chuj wie co jeszcze.
nachujtylekrzyku.png
Zabierają Janusza do szpitala, cholera wie, co mu robią. Ręka lewa złamana - nie będzie walania konia lewą łapą - i poobijany z lekka jest. Tico pewnie do kasacji. Łapsko w gipsie, kłopot ze ściągnięciem  januszowego auta, ciało obite, trochę sfatygowane żarcie z Tesco. Tak bywa.
Miny znajomych, gdy opowiadasz, że potrąciło cię Tico - bezcenne.


PRZYGODY JANUSZA WĘDROWYCZA


Część IV
Na szkolenie wycieczka

Bądź Januszem. Miej szkolenie we Wrocławiu. Zaczynaj je 30 sierpnia o godzinie 10.45.
Miej pociąg po godzinie szóstej, ale zaśpij razem z ziomkiem, z którym jedziesz. Twardo postanawiacie, że pojedziecie januszowym autem. Janusz za kierownicą. Jeszcze zanim wyjedziesz z parkingu, walnij w ziomka z tyłu. W ogóle go nie widzisz, po prostu jedziesz i go jebniesz. Małe wgniecenie. Zostawiacie karteczkę i jedziecie. Chuj, pół godziny w plecy.
Jedziecie dalej. Wypadek na autostradzie. Stoicie półtorej godziny w korku.
Twój kumpel oblewa się kawą i ma ujebaną koszulę.
Korki.
Nie możecie jechać więcej niż 70km/h.
Beka trochę, ale niedowierzanie, że to się odjebało w ogóle.
Dotrzecie do Wrocławia może z dwugodzinnym opóźnieniem. Jeśli dobrze pójdzie.
Nadal miej nadzieję, że się, kurwa, jednak obudzisz o piątej i pójdziesz na pociąg.

PRZYGODY JANUSZA WĘDROWYCZA


Część V
Jehowanie, wino i szwagry

Bądź Januszem. Prostym człowiekiem o prostych przekonaniach - gdy leją wódkę, to pijesz. Łatwe.
No kurwa.
Ale do rzeczy. Jakoś kiedyś wiosną Januszowi urodził się kuzyn. Mały gnój, całkiem pocieszny, nawet go wziął ze dwa razy na ręce - a to coś, bo Janusz to dzieci nawet kijem nie tyka - to go wzięli i chcieli ochrzcić. No spoko. Nikt tam nie protestował, w sumie spoko całkiem, bo to dobra okazja na zajebiste spotkanie rodzinne.
Nieróbcietegowdomu.jpg
Wszystko zaczyna się, gdy Janusz szuka pracy. No zajebistość. Poskładał CV, zadzwonili nawet i w ogóle. Pierwsza oferta to był klub nocny - no kurwa - ale druga brzmiała zajebistością. Przedstawiciel handlowy jakiegoś paliwa tam, Janusz nie słuchał, bo za bardzo podjarała się myślą o służbowym, obiecanym aucie i spoko zarobkach. Umówili się z Januszem na dzień próbny w piątek.
Kurwamać.gif
Janusz pół dnia był jebanym świadkiem jehowy napierdalającym z chaty do chaty i patrzył, jak jakaś laska wciska biednym ludziom tandetne umowy gazowe. No paliwo, kurweł, gazowe. Gorąco jak sam skurwesyn. Nie było jak wrócić, pociągi z tego zadupia odjeżdżały częściej niż wylatywały samoloty z lotniska w Radomiu. Na rozmowie Janusz wyraźnie mówi, że totalnie ma w dupie szukanie samemu klientów.
"PANIE, GDZIE, MY DAJEMY KAŻDEMU REJON"
No kurwa. Rejon dali. Ale nikt kurwa o niczym nie wiedział, że ludzie tacy przyjdą. Generalnie powrót miał być o 18 max, a Janusz dojechał do chaty około 22. Od razu wsiadł do auta, bo trza jechać na chrzciny. Dojechali. O jebanej trzeciej, o 12 rano msza. No kurwa.
Janusz niewyspany jak nieboskie stworzenie.
Spał jebany może ze trzy godziny, bo matka poderwała o 8 rano. No ja pierdolę.
Msza. Janusz fotograf wjebał się za ołtarz, żeby nakurwiać zdjęciami. Ksiądz spojrzał na niego okiem martwej ryby, która właśnie zniosła za duży kawior, ale słowem się nie odezwał. W ogóle coś tam mamrotał, kurweł, pod nosem i nikt nie wiedział nawet, kiedy dzieciaka ochrzcili, bo już zbierali hajsy na tacę i trzeba było wypierdalać z kościoła. No trudno. W domu weselnym rezerwacja na pierwszą, a tu piętnaście po dwunastej.
No chuj, może wpuszczą wcześniej?
Wpuścili.
Janusz zobaczył na schodach modliszkę.
I już wiedział, że to zły znak.
Ale jebał pies modliszkę. Ogólnie to żarcie było spoko, wszystko okej, Janusz trochę gibał się na krześle, ale twardo trzymał fason, dopóki nie dorwał się do sklepu i nakupił sryliard energetyków.
I wtedy zaczęli wódkę lać. Na jebanych chrzcinach. Janusz odmawia picia, tłumaczy, że zmęczony, że no nie, że weźcie idźcie wszyscy w pizdu.
- NO CO TY, SZWAGIER, DAWAJ Z NAMI, NIE?
Janusz de fak, jaki, kurwa, szwagier, panie, jak my się pierwszy raz na oczy widzim. No ale nic. Jak tak proszą, to nie wypada odmówić.
Wódka popijana energolem. Trzy miljony stopni upału w cieniu.
niepolecam.doc
Wódka płynie, czas tak samo, rezerwacja sali do 18, ale wujo poszedł przedłużyć, bo przecież syn mu się urodził, to trza świętować. O dwie godziny. Niepotrzebnie.
Akurat o 18 zaczynało się na dole wesele.
Wszyscy pijani na chrzcie, ktoś odjebał jakiś szajs i zapuścił jakieś disco polo. Famila tańczy. Ktoś się kłóci z kimś. Ogólnie cały czas ktoś coś polewa, wszyscy szczęśliwi, szwagrują sobie i szwagierkują. Ziomek, który przyszedł z januszową siostrą rzuca do Janusza:
- Cho, zobaczymy, co się tam odpierdala na dole.
Janusz stwierdza, że no spoko.
Akurat pierwszy taniec młodej pary. Wszyscy patrzą na młodych, nikt nie zwraca uwagi na nic. Janusz mówi, że wyjebane na nich, wracamy na górę, bo tam bez nas piją. Ziomek patrzy na Janusza, patrzy na alkohol.
Janusz i Ziomek podjebali wino z wesela.
borzeczemu.gif
Na górze inba trwa. Wszyscy kisną, drą ryja i dalej chleją. Myślicie, że weszliście po cichu. Taki chuj. Matkę mówi ci następnego dnia, że wjebaliście się na pełnej kurwie z ogniem i winem w łapie, drąc mordy "WINO ZAJEBALIŚMY".
japierdole.wtf.jpg
Koniec czasu, trzeba wracać. Mamę i siostrę jęczą Januszowi i Ziomkowi, żeby ładowali się do auta. Wsiedli. W połowie drogi do domu Ziomek mówi do Mamę Janusza:
- Pani Doroto, weźmie się pani zatrzyma, bo będę rzygał.
Zatrzymała. Rzygał.
Odwieźli Ziomka do domu.
Janusz obudził się rano z poczuciem wstydu, zażenowania i twardym postanowieniem, że na chrzcinach to on nigdy żadnego alkoholu już nie tknie.

PRZYGODY JANUSZA WĘDROWYCZA


Część VI
Dzyń, dzyń, skurwysynu


Bądź Januszem. Nie ogarniaj życia ani niczego, bo po co to komu potrzebne i w ogóle pan tu nie stał. Pracuj sobie beztrosko jako kierowca, bo w gruncie rzeczy to lubisz po prostu zapierdalać i nawet aż tak bardzo szlag Cię nie trafia, gdy stoisz przez czterdzieści minut w korku, tylko odpalasz fajkę od fajki i grasz w Pokemony.
Ale do rzeczy.
Jeździsz. Wszystko spoko, już przyzwyczaiłeś do siebie ziomków z pracy i nie reagują na twoje niewybredne żarciki o żydach, murzynach czy innych podgatunkach człowieka wykrzywieniem mordy i spojrzeniem pełnym dezaprobaty, a jedynie milczeniem, a niektórzy nawet śmieszkiem.
Serio kurwa.
Drugi dzień roboty. Rzuciłeś, że w sumie jesteś nocnym stworzeniem jak Batman czy coś i wtedy skaczesz po ścianach i tak dalej, robisz inby, śmiejesz się, gadasz sam do siebie i robisz rzeczy. Jeden ziomek spojrzał na ciebie okiem martwej ryby.
- Ja to bym ci z wkurwienia martwego kota pod drzwi podrzucił.
Z kamienną mordą odpowiadasz.
- Mmmm, moje ulubione.
Obrzydzenie na twarzy ziomka, odsunięcie się od ciebie i chuj wie co.
- DZIĘKI, KURWA, NIE BĘDĘ JADŁ PRZEZ TRZY DNI.
Przez myśl ci tylko przemknęło, że może to i kurwa dobrze, bo wedle powiedzenia "jesteś tym co jesz", koleś musiał żywić się innymi grubasami.
Ale chuj. Po miesiącu już nikt nie patrzy na ciebie jak na chorego psychicznie, zblazowanego skurwysyna, tylko jak na istotą prawie ludzką i być może nawet w pewnym sensie rozumną. Do czasu.
Raz sobie jedziesz pełna kulturka, wszystko spoko. Wbijasz na rondo, zawracasz. Jedziesz sobie i jedziesz, myślisz o dupie Maryny i tak dalej, a tu nagle coś ci dzwoni. Takie dzwonki.
Kurwa, święty Mikołaj w czerwcu.
I nagle jeb. Całe życie zapierdala Ci przed oczami jak durne, nie wiesz, co jest pięć, co jest osiem, jaki kolor ma spierdolenie ani nic. Nawet zapominasz o swoim autyzmie. Wysiadasz z auta i patrzysz.
Ochujtramwaj.jpg
Tak sobie zapierdalałeś beztrosko, że nie zauważyłeś, że tramwaj też sobie beztrosko zapierdalał i się przed nim nie zatrzymałeś, więc się w ciebie po prostu wpierdolił. Japierdolę.jpg
Dzwonisz do szefa. Szef przyjeżdża.
Rzucasz mu, że się zwalniasz od razu, bo nie lubisz żyć w stresie. Nie lubisz też, jak tramwaje się w ciebie wpierdalają, to jasne.
Zawożą cię do bazy, rozliczasz się i wypierdalasz. Patrzysz przez parę sekund na swój samochód na parkingu, ale machasz ręką i zapierdalasz - o ironio, kurwa - na tramwaj. Czekasz. Podjeżdża twoja prywatna limuzyna za miliony monet i wsiadasz do środka. Jedziesz. W pewnym momencie tramwaj zaczyna dzwonić. Zawał kurwa na miejscu.
Uraz do dzwonków - na zawsze i na wieczność.
Bądź Januszem.


PRZYGODY JANUSZA WĘDROWYCZA


Część VII
Czy wiecie, dlaczego dookoła jednostek wojskowych są takie wysokie mury?
Żeby logika nie dostała się do środka



Bądź Januszem.
Idź do wojska, mówili. Będzie fajnie, mówili.
Dzień pierwszy. Dojeżdżasz na wypizdowo do swojej jednostki, pół dnia chodzisz po sali gimnastycznej i wypełniasz papiery, później trzy godziny czekasz pod magazynem mundurowym, bo kolejka, na koniec dnia dostajesz gówno na kolację. Czas na wzięcie prysznica przez dziewięć osób to dziesięć minut. Łóżko trzeszczy tak bardzo, że nie możesz zasnąć, wszystko cię boli i chcesz umrzeć. Wstajesz o piątej trzydzieści i, niestety, wciąż żyjesz, więc zapierdalasz sobie pobiegać.
Profit? Brak profitu.

Pierwsze zajęcia z wychowania fizycznego. Dwadzieścia pompek na start, bo za późno się wylazło z szatni. W międzyczasie trzy osoby mdleją z wycieńczenia. Dobry chorąży pozwala im nie ćwiczyć do końca zajęć. Zajebista sprawa.

Apel. Szef kompanii spaceruje sobie między twoimi ziomkami, sprawdza, czy buty wam się świecą jak psu jajca na wielkanoc i inne takie pierdoły. Kilka lasek ma pomalowane paznokcie czy ki chuj - w wojsku, srls. Szef staje przed kompanią i piłuje ryj.
"KURWA MAĆ, TO NIE SĄ PARYSKIE SALONY. NIE OBCHODZI MNIE, CZY TO SĄ HYBRYDY, SRYDY, ŻELOWE, GÓWNANIE CZY CHUJ WIE JAKIE. DO WIECZORA WSZYSTKIE MAJĄ MIEĆ KRÓTKIE PAZNOKCIE, BO INACZEJ BĘDĄ PIŁOWAĆ W MOJEJ KANCELARII MOIM PILNIKIEM. TO JEST WOJSKO, KURWA."

Na co dzień miej do czynienia z debilizmem w większym lub mniejszym natężeniu. Czasami jak tak patrzysz, to się zastanawiasz, jakim cudem Ci ludzie przeszli testy psychologiczne czy w ogóle dali radę łazić sobie po świecie w najlepsze. Dobrze wiesz, że gdybyś był takim człowiekiem, to chyba byś się wziął i powiesił.

Taktyka. Odpieranie przeciwników nacierających z północy, okopy robione na szybko, wszyscy strzelajo. Prawie wszyscy. Jeden zjeb siedzi tuż obok i tylko broń trzyma. Nic nie mówisz, bo nie twoja bajka, masz w to szczerze wyjebane, bo właśnie sobie imaginujesz koreańców, którzy na ciebie biegną. #fleszbeki_z_wietnamu
Podbija plutonowy, patrzy.
- IKSIŃSKA, CZEMU NIE STRZELASZ?
- NIE MAM AMUNICJI, PANIE PLUTONOWY.
- JAK NIE MASZ, TRZEBA BYŁO DO MNIE PODEJŚĆ, TO BYM CI WYDAŁ.
- JA NIE WIEDZIAŁAM, ŻE TRZEBA.

Siedzisz na zajęciach. Podchorąży czyta wam regulamin, ogólnie wszyscy macie na to wyjebane, śpicie na ławkach. W pewnym momencie ktoś uderza łokciem, chujem, piętą czy czymś o ławkę i rzuca do siebie ciche "kurwa". W tej sennej ciszy to słowo dociera do podchorążego, ten podnosi łeb znad książki i lustruje wzrokiem biedaczkę.
- ZNA PANI TRZYDZIESTY CZWARTY PUNKT REGULAMINU OGÓLNEGO?
Laska odpowiada, że nie zna. Bo kto by to kurwa znał.
Podchorąży uśmiecha się tak, jakby ktoś mu właśnie powiedział, że Gwiazdka jest już jutro.
- TO JA PANI PRZECZYTAM. - Wertuje przez chwilę regulamin i po chwili odczytuje głośno. - Żołnierza obowiązuje poszanowanie języka ojczystego, kultura słowa, powstrzymanie się od używania słów oraz gestów wulgarnych i nieprzyzwoitych.
Cisza.
Po chwili rozlega się stłumiony chichot. Twój. Przypominasz sobie, jak parę godzin temu plutonowy wieszał na was kurwy, szmaty i inne brudne ściery, to trochę nie możesz. Śmiejesz się. Podchorąży nie wygląda na zadowolonego.
- Nazwisko.
- Szeregowy Cichocki.
- Proszę pójść do plutonowego i zameldować, że śmieje się pan na lekcji. Nie, inaczej! Pójdzie pan do plutonowego i zamelduje mu się pan, że nie potrafi się pan zachować na zajęciach.
- Tak jest.
W środku nadal kiśniesz, ale jebać, przecież nic nie powiesz. Wychodzi z sali, idziesz do biura - potocznie nazywanego kancelarią, chuj wie czemu - i pukasz trzy razy. Słyszysz za drzwiami przyzwolenie na wejście, to wbijasz, stajesz na baczność, hardo patrząc w oczy plutonowemu. Widziałeś na własne oczy Saszkę, więc nic nie jest już Ci straszne. Nic.
- Panie plutonowy, szeregowy Cichocki. Melduję, że nie potrafię zachować się na zajęciach.
Plutonowy patrzy na Ciebie jak na człowieka chorego psychicznie. Przynajmniej. W końcu pyta, o co chodzi. Rzeczowo i pokrótce opisujesz całe zajście. Ten przez pewną chwilę niczego nie mówi, po prostu na Ciebie patrzy. Coś wewnątrz mówi ci, że masz chyba z lekka przejebane.
- Podchorążego pojebało, spierdalaj na zajęcia.
- Tak jest.
Wychodzisz, kiśniesz. Modlisz się, żeby podchorąży nie zapytał o przebieg rozmowy, bo jak chuj wylądujesz u kapitana.
Jebać, nie zapytał.

Poligon. Pada, ziąb, ogólnie taka pogoda, że człowiek nawet Zero czy Zensuma by na zewnątrz nie wyrzucił. Twój pluton beztrosko stoi sobie na tej pizgawicy. Podchodzi plutonowy, wyrywkowo pyta ludzi, czy dalej podoba im się w wojsku. Wszyscy twardo odpowiadają, że tak. Ten wzdycha ciężko i oznajmia na to:
- Szkoda. Tych, którzy odpowiedzieliby, że nie, zabrałbym do jednostki od razu i zajęcia zaliczył od ręki.
Ta, kurwa, jasne.

Regulamin wymaga, żeby żołnierze młodsi stopniem zwracali się do starszych używając wystukanej na blachę formułki - młodszy od ciebie nie jest nawet pies z kulawą nogą, który kuśtyka po jednostce, więc mówisz tak w gruncie rzeczy do wszystkich. Stosujesz się, bo już udało ci się wyrobić swoją tygodniową porcję opierdolu w trzy dni.
Idziesz do plutonowego, ten siedzi nad jakimiś papierami.
- Panie plutonowy, szeregowy Cichocki...
- KURWA.
Milkniesz. Patrzysz na niego jak na zjeba, ale on milczy. No chuj, próbujesz ponownie.
- Panie plutonowy, szereg...
- CICHOCKI, KURWA, TRZY RAZY JUŻ DO MNIE DZISIAJ PODCHODZISZ PO JAKIEŚ BYLE GÓWNO, SZANUJ MÓJ CZAS, JA PIERDOLĘ I MÓW OD RAZU, O CO CHODZI, BO JA CI GWARANTUJĘ, ŻE TEN PIĄTEK BĘDZIE DLA CIEBIE ZAJEBIŚCIE PECHOWY, ROZUMIESZ?
Instynkt podpowiada ci, żeby mu rzucić "oki doki, ziomek, zcziluj". Rozsądek jednak zwyciężył.
- Tak jest.
- To co chcesz?
- Możemy iść zapalić? Pięć osób.
Chwila bolesnej ciszy.
- Wypierdalaj.
Skinięcie głową, kierujesz się do drzwi. Ale no chuj, nie powiedział ani be, ani me, ani kukuryku. Zatrzymujesz się i odwracasz.
- To możemy czy nie?
- TAK, KURWA, MOŻECIE.
Odchodzisz, niczego więcej nie mówiąc.

Poligon, zajęcia z taktyki.
Maszerujecie sobie w szyku przez las, jest zajebiście, pięknie wam wychodzi. Nagle atak z przodu, więc rozwijacie się się ładnie, wszyscy biegną i padają do pozycji klęczącej niemal w równej linii. Dowódca wydaje komendę - napierdalacie ślepakami w krzaki. Jest cudownie. Nagle słychać komendę do przerwania ognia, dwie sekundy po niej "PADNIJ".
Nie zastanawiasz się, padasz. Jeśli czegoś w tym wojsku się nauczyłeś, to właśnie to, że żołnierz nie zadaje głupich pytań, żołnierz po prostu robi to, co musi. Słyszysz w tle zdegustowany ton jakiejś dupy.
"FUUU, ALE TU SĄ KUPY."
Modlisz się, żeby dowódca nie usłyszał.
Taki chuj, to nie jest twój szczęśliwy dzień.
Dowódca piłuje na nią mordę, używając słów niecenzuralnych, a ty już się szykujesz. Dobrze wiesz, co się zaraz stanie. To przecież taktyka, zajęcia z przemieszczania się po polu walki w ciągu dnia. Ty wiesz.
Dowódca wydaje komendę. No to czołgacie się beztrosko po lesie. Nie to, że nosicie na sobie sprzęt, który waży gdzieś ze 12-13 kilogramów, ale chyba tak. Nie to, że hełm jest trochę za duży i nasuwa ci się na oczy i gówno widzisz. Patrzysz w bok, a tam jakieś dupy podnoszą dupska i zapierdalają na kolanach. Modlitwy niewiele pomagają, bo nagle słyszysz "MASKI W POGOTOWIU, MASKI WŁÓŻ".
No i chuj, no i cześć. Czołganie się jest przejebane. Czołganie się z całym sprzętem jest przejebane trochę bardziej. Ale czołganie się z całym sprzętem i w masce to już poziom wyżej. Ale chuj, jak trza, to trza.
Wesołe zajęcia z taktyki. Zdobywanie piaszczystych wzgórz czołgając się i wydłubywanie później piasku tak mniej więcej z każdego jednego zakamarku mundury, broni, maski czy właściwie wszystkiego to zdecydowanie nie jest twoje ulubione zajęcie.

Najważniejszą zasadą używania broni palnej jest to, że zawsze należy traktować ją jak załadowaną. Drugą najważniejszą - nigdy, ale to kurwa nigdy, nie kieruj lufy w stronę ludzi. Bo tak i chuj. Wałkują wam to odkąd dostaliście swoją broń etatową. Cały czas jedna i ta sama śpiewka, bo kiedyś tam jakiś pedał zastrzelił innego debila, bo myślał, że ma broń zabezpieczoną, a nie miał, i wycelował w niego i nacisnął spust. Wciskają wam tę historyjkę przy każdej możliwej okazji, żebyśmy pamiętali, że możemy zrobić krzywdę albo przypadkiem zapierdolić swoich kolegów z plutonu.
No i chuj, czasami naprawdę masz ochotę niektórych zapierdolić.
Selekcja naturalna prawie działa.
Ślepaki załadowane w magazynkach, trzeba to wypierdolić na szybko, bo zaraz wracamy. To ładujemy w przestrzeń. Jednej dupie zacięła się broń, bo niedokładnie ją wyczyściła - brawo, kurwa. Mocuje się i szarpie dłuższą chwilę, opierając kolbę o swoje ramię. No nie styka. A to jeeeeebać, postanowiła sobie sprawę ułatwić. Kolba o ziemię, lufa w ryj, a ta dalej. Plutonowy to zobaczył.
- IKSIŃSKA, KURRRRRWA MAĆ, CO TY ROBISZ.
Broń jej zabrał, sam wystrzelił, karne bieganie w maskach dla całego plutonu dookoła autobusu. Luz. Takie tam wesołe zabawy.

Dowódca twojego plutonu to jebany śmieszek poza kontrolą, który ma na wszystko wyjebane. Jego popisowe powiedzonka to "sinus cosinus daj boże trzy minus", "o ja jebię, Marcinku", "tu się utnie, tu się skróci, resztę w pizdu się wyrzuci", "siwy dym, czacha dymi, pała grzeje, skóra schodzi" - wszystkie, oczywiście, używane z dupy i nagle, zwykle gdy się tego po prostu, kurwa, nie spodziewasz.

Bądź Januszem. Miej świadomość, że przed Tobą całe życie rzeźbienia w tym gównie.
Profit?
Brak profitu.


Ostatnio zmieniony przez Janusz Cichocki dnia Pią Mar 02, 2018 11:03 pm, w całości zmieniany 1 raz

avatar

PisanieTemat: Re: Przygody Janusza Wędrowycza   Sro Sie 16, 2017 2:12 am

Tyle razy to czytałem, a nadal kisnę. XDD

avatar

PisanieTemat: Re: Przygody Janusza Wędrowycza   Pią Lip 13, 2018 10:09 pm

PRZYGODY JANUSZA WĘDROWYCZA


Część VIII
Dziedzic na budowie

Bądź Januszem.
Twoja matka kupiła działkę i stawia dom. W sumie zajebiście, bo cały ten rozpierdolnik z miejsca jest wpisany do testamentu i po śmierci mamełę będzie należał do Ciebie. No kurwa, panie, żyć i nie umierać.
No ale chuj.
Idziesz spać o szóstej, bo nakurwiasz w Wieśka i do głowy by ci nie przyszło, że coś może pójść nie tak. Jeszcze sobie śmieszkujesz z obrazków w necie, więc schodzi ci tak do siódmej i dopiero zasypiasz. Godzina dziewiąta wpada mamełę.
okurwacotusię.jpg
Ledwo otwierasz oczy, nie wiesz, co jest pięć, a matka każe ci się ubierać, bo cement przywieźli.
- Jezu, mamę, jaki cement, dokąd, co ty mówisz.
- NA DZIAŁKĘ. WSTAWAJ.
Schodzisz z łóżka, ubierasz się. Matka wchodzi, patrzy na ciebie jak na debila i rzuca ci stare dresy i jakąś starą koszulę. Już wiesz, że to nie będzie łatwy dzień. Przebierasz się, nie jesz śniadania, bo "NIE MA CZASU, CHODŹ", zęby z łaską pozwoliła ci umyć chociaż. No kurwa, panie. Ale. Jedziecie.
Zajeżdżacie na działkę, przykrywacie cement jakąś, kurwa, folią i jedziecie do typa po betoniarkę i chłopów do roboty.
Ziewasz. Śpisz na siedząco. Mamę coś ci mówi o jakichś kamieniach, ale w sumie chuja tam rozumiesz, tylko monotonnie kiwasz łbem do rytmu piosenki Dawida Podsiadło. Dojeżdżacie, zgarniacie chłopów, chłopy montują betoniarę na przyczepkę i jedziecie na działkę.
Przez dwie godziny zbierasz, kurwa, kamienie. Serio. Na taczkę, wleczesz to i wysypujesz. Ale w sumie chuj, chcesz być pomocny i przydatny i w ogóle. Zaczęło padać. Mamę patrzy na ciebie, nic nie mówi. Dalej wleczesz te kamienie, jesteś w innym świecie. Kierownik budowy mówi, że chwila przerwy, bo tak to się chuja robi. No dobra. Palisz kiepa pod daszkiem i zastanawiasz się, czy gdybyś teraz umarł, to życie stałoby się prostsze. Przestało padać, wszyscy wracajo do działania.
Skończyłeś wozić kamienie. Pytasz mamę, czy by coś zrobić, bo w sumie to jak niczego nie robisz, zasypiasz na stojąco. Mamę mówi, że ma dla ciebie zabójczo ważną misję.
Zapierdalasz samochodem do restauracji po żarcie dla roboli.
Wracasz. Pytasz o coś innego, co możesz zrobić.
Robisz więc robolom kawę.
Koniec końców rzucasz kamieniami i gapisz się w przestrzeń. Znowu zaczyna padać. Mamę woła cię, żebyś zrzucał te kamienie, które wcześniej przywlokłeś, do dołu, bo zaczęli lać beton. A to niby takie umocnienie i mniej cementu pójdzie. No spoko. Rzucasz. Przemokłeś, bolą cię plecy w chuj. Chcesz się zabić, żeby tylko móc zasnąć.
Koniec roboty. Robole zwijają manatki, mamę sprząta, ty jej pomagasz. Idziecie do samochodu. Zapomniałeś telefonu z chaty - bo chata stoi, tylko dobudowują i tam te fundamenty kłado - to po niego wracasz. Przechodzisz przez kładkę zrobioną z deski, chwilę mocujesz się z zamkiem i wbijasz do środka. Wracasz do samochodu tą samą drogą, bez zastanowienia.
Kurwa, robole zabrali już kładkę z deski. Twoja noga napotyka dół wypełniony świeżym, rzadkim cementem. Rzucasz się do przodu, żeby tam, kurwa nie utonąć i wypierdalasz się ryjem w błoto i trawę, dłoń unosząc do góry, bo dzierżysz w niej, urwa, telefon. Nie wspominaj nawet o nogach w cemencie.
Mamę leci, wyciąga cię i podnosi.
Jesteś ujebany do pasa w cemencie.
Mamę patrzy.
Robole patrzą.
Kierownik budowy patrzy z kiepem w zębach. Wyciąga, strzepuje popiół, patrzy na ciebie.
- Ot, dziedzic, kurwa mać.

Sponsored content

PisanieTemat: Re: Przygody Janusza Wędrowycza   


 
Przygody Janusza Wędrowycza
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Panny Wandzi przygody nad kociołkiem

Skocz do: