Szybkie Menu

mjr Katarzyna Majchrowska
avatar

PisanieTemat: mjr Katarzyna Majchrowska   Wto Sie 08, 2017 2:16 am


mjr Katarzyna Majchrowska | kryptonim: Zawisza

Jednostka Specjalna AGAT | Honorowy Rycerz RP


Dane osobowe:

Rasa: człowiek
Data i miejsce urodzenia: 1.08.2039, Warszawa (27 lat)
Stan cywilny: Panna
Wyznanie: Teoretycznie katolickie - w praktyce tak sobie.

Wygląd

Widzisz tę piękną dziewczynę, która radosnym krokiem idzie ku tobie, a słońce za jej plecami rozpala złotem jej ciemne warkocze? Tę w zwiewnej sukience, o odsłoniętych ramionach, roziskrzonych oczach i uśmiechu anioła? Widzisz? No to się dobrze przypatrz. A potem poszukaj wzrokiem major Majchrowskiej, bo to nie ona.
W Planie Ziemi podobno nie ma brzydkich kobiet. Rzekomo istnieć mają jedynie te nieumalowane – idąc tym tokiem rozumowania Kasia może i brzydka nie jest, ale umalowana z pewnością też nie. Nie sposób jej odmówić pewnego uroku osobistego, zawadiackiego błysku w oku i wdzięku typowego jedynie dla pewnych siebie kobiet. Ale klasyczną pięknością nazwać jej nie można.
Jest za wysoka, by mogła uchodzić za uroczą, ale jednocześnie zbyt niska, by brać ją za modelkę. Jeszcze w szkole średniej była nieco pulchną dziewczyną o pucołowatej twarzy, ale lata aktywnej służby na froncie zachodnim skutecznie odcisnęły na niej piętno. Rysy jej twarzy wyostrzyły się, piwne oczy nabrały spokoju i koncentracji typowej dla żołnierzy zmuszonych nieustannie kontrolować stan swoich egid, na bieżąco sprawdzać poziom fagów, niemal stale odnawiać mantry ochronne. Proste, ciemne włosy często rozpaczliwie potrzebują fryzjera, za którego, ku zgrozie siostry, często robi ostry nóż szturmowy. Coraz rzadsze, głównie służbowe wizyty Zawiszy w Warszawie są zbyt krótkie, by wystarczyło czasu na kosmetyczkę. Dawno już przestała przejmować się stanem swoich paznokci, odkąd wymycie spod nich kurzu zajmuje dwa dni.
Jest szczupła, ale daleko jej do eterycznej, dziewczęcej wiotkości elfek – ma na to nieco za dużo mięśni w mięśniach. Latom przesiedzianym w siodle zawdzięcza pełne uda i łydki początkującego kulturysty, przez co w Warszawie z najwyższą niechęcią (i głównie pod naporem szantażu i gróźb siostry) wkłada kupione przez Ankę sukienki. Po matce odziedziczyła wąską talię i pożałowania godną skąpość w klatce piersiowej, którą jednakowoż rekompensuje kolejnym skutkiem ubocznym jeździectwa – nad wyraz bujnym rozwojem mięśni pośladkowych, który starsza siostra malowniczo nazywa „dupą astronomiczną”. Tyłek, który czasami z trudem mieści się w nowe spodnie mundurowe, staje się powodem do westchnień niezadowolenia samej zainteresowanej oraz westchnień – zadowolenia bynajmniej – niemniej zainteresowanych oficerów służb liniowych. Najtrafniejszym podsumowaniem popisał się starszy szeregowy Pietrzyk, który po wymianie meldunków z Katarzyną w stanicy Korniejewo stwierdził, iż „pani major jest należycie dupiasta”.
Nosi się prosto, po żołniersku, nawet w cywilu stroniąc od niepotrzebnych ozdób. Każdy element jej wyglądu, choćby wyglądał jedynie na zbędny dodatek, pełni konkretną funkcję. Na solidnym łańcuszku nosi mały krzyżyk ze srebra i mithrilu, a na lewym przedramieniu, wzorem geografów, wytatuowała imiona jej wierzchowców, które padły na służbie: Henryk, Sobieski i Grażyna. Włosy na ogół czesze w praktyczny kucyk, ale jeżeli ma czas i sposobność, układa kosmyki w ochronne sploty.
Choć w walce nie dorobiła się żadnych poważnych śladów zadanych bronią jegierską, to w cywilu nigdy, ale to nigdy nie pokazuje odsłoniętych ramion. Powodem są paskudne blizny pokrywające cały jej kark, barki, ramiona i przedramiona aż do nadgarstków – pamiątki po orlich szponach jej enpisów. Niektóre są tylko bladym wspomnieniem, inne – szczególnie głębokie lub kiepsko zagojone – stanowią sine, mięsiste pręgi.

Charakter:

Mówi się, że w jednej kobiecie żyją tak naprawdę trzy różne kobiety – ta przed owulacją, w trakcie oraz ta już po niej. W przypadku major Majchrzak sprawa ma się nieco inaczej, bo o ile zmiany jej zachowania wywołane „byciem kobietą” są raczej nieznaczne, o tyle przełom następuje, gdy tylko Zawisza opuści teren zabudowany Warszawy. W mieście – w cywilu – na ogół daje przykład może nie idealnego, ale przynajmniej porządnego polskiego wychowania. Potrafi przepić swojego dziadka, weterana spod Twierdzy Gorzów, ale nawet wówczas zachowuje kulturę osobistą, zdejmuje łokcie ze stołu i nie grzebie przy nim w zębach wykałaczką. Raczej nie klnie, niesmacznych dowcipów nie opowiada, starszym nie przerywa, a młodszych nie upokarza. Wystarczy jednak, by Katarzyna na powrót zanurzyła się w pracy terenowej, by zaczęła z niej wychodzić natura kobiety nawykłej do towarzystwa żołnierzy płci męskiej. W pracy zdarza jej się kląć tak, jak nigdy nie odezwałaby się przy matce, a jej ekwipunek polowy często jest zbyt obładowany, by mogła tam zmieścić jeszcze savoir vivre. Słynie z niezbyt wybrednego humoru i żartów, których nie przystoi powtarzać przy rodzinnym obiedzie.
Nigdy jednak nie okazuje ludziom braku szacunku. Każdy, nawet żółtodziób po zawodówce zrekrutowany do „bepepe” może liczyć na jej uwagę, radę i wsparcie moralne. Zawisza może sprawiać wrażenie nieuważnej i niefrasobliwej, ale nie należy ulegać pozorom – tak naprawdę nieustannie monitoruje zachowanie towarzyszy oraz siebie samej. Odkąd dwa lata temu brak takiej troski zaowocował katastrofą, przykłada bardzo dużą uwagę do tego, co inni mówią, robią lub zdają się myśleć.
Bardzo nie lubi, gdy w wojsku jest traktowana inaczej tylko dlatego, że jest kobietą, zwłaszcza jeżeli oznacza to protekcjonalne podejście do niej i jej umiejętności. Jest raczej skromna i nie lubi nadmiernego rozgłosu wokół siebie (czego najlepszym dowodem jest fakt ukrycia tożsamości rycerza Zawiszy), ale nie toleruje lekceważenia jej stopnia wojskowego i należnych uprawnień. Na co dzień jest bardzo przyjacielska, także wobec niższych stopniem żołnierzy, ale oczekuje, że jej polecenia będą realizowane bez zbędnej zwłoki. Jest bystra i dość oczytana, ale zawsze dba o to, by rozmówca czuł się komfortowo i dobrze ją rozumiał – prawdopodobnie dzięki temu zyskała sobie sympatię elfów, które lubią z nią rozmawiać i prosić o radę.
Zawisza jest kobietą, którą z całą pewnością określić można mianem „twardej babki”. Wydarzenia sprzed dwóch lat są głęboką rysą na jej charakterze, raną, która nadal ulega procesowi gojenia, mimo to Kasia nie pozwala sobie na użalanie się i nadmiar żałoby w żałobie. Analiza popełnionych błędów pozwoliła jej podnieść swoją skuteczność, dzięki czemu obecnie ma opinię osoby uczciwej, solidnej i niezawodnej. Takiej, na której można polegać.
Jak na Zawiszy.


Magia i bronie magiczne


#1 - Dwa enpisy bojowe (orły czarne herbu Sulima)
Spoiler:
 

#2 - Zbroja Rycerska
Spoiler:
 

#3 - Miecze Grunwaldzkie
Spoiler:
 

Umiejętności

- Prawo jazdy kategorii K uprawniające do jazdy wierzchem zdane przy pierwszym podejściu (szczególne uzdolnienia jeździeckie).
- Zaawansowane umiejętności walki bronią białą (głównie jednoręczne miecze europejskie, ale także miecze półtora- i dwuręczne, szable, broń krótka oraz ostrza dalekowschodnie).
- Obsługa broni palnej (pistolet, karabin szturmowy i snajperski).
- Przeszkolenie wojskowe do służby w jednostce specjalnej obejmujące walkę wręcz, podstawy taktyki, działania terenowe, pierwszą pomoc przedmedyczną.
- Dobrze mówi po niemiecku (przynajmniej w tej zniekształconej mową jegierską wersji, którą słyszy się na Kresach Zachodnich), trochę słabiej po angielsku. Zna może ze trzy rosyjskie wyrażenia na krzyż.
- Świetnie radzi sobie z koncentracją i podziałem uwagi, dzięki temu jest w stanie utrzymywać skomplikowane czary jako człowiek


Słabości

- Każdorazowa aktywacja enpisów bojowych powoduje obrażenia jej ramion. Czasami są na tyle silne, że rany nie goją się prawidłowo i konieczna jest ingerencja magiczna (lub przynajmniej solidny chirurg). Jeżeli Zawisza waha się i jest niepewna swoich intencji, orły tłuką ją skrzydłami i dziobią do krwi. Elfy nie potrafią wyjaśnić, dlaczego własne enpisy ją krzywdzą, prawdopodobnie to kwestia wpływu psychiki na strukturę czaru.
- Wydarzenie sprzed dwóch lat nadal jest jej zadrą i solą w oku. Czasami miewa koszmary z członkami dawnego zespołu w rolach głównych.
- Jeżeli miałaby wybierać starcie twarzą w twarz z balrogiem lub pierwszy dzień okresu, wybrałaby balroga. W menstruację umiera i ledwo jest w stanie utrzymać się na koniu.
- Długotrwałe używanie czaru stabilizującego przestrzeń bardzo ją obciąża. Mogą pojawić się objawy zmęczenia takie jak uczucie duszności, zawroty głowy i omdlenia, wymioty.
- Pod lewym kolanem ma krótką, nieco postrzępioną bliznę - ślad po broni jegierskiej. Ranę w pełni wyleczono, wywabiając z jej organizmu wrogie fagi, ale skóra w miejscu blizny i tak niekiedy rwie i piecze, promieniując bólem aż do kolana. Niekiedy utrudnia jej to chodzenie.
- Ma problem ze zginaniem małego palca lewej ręki. Ten mankament akurat zawdzięcza swojemu enpisowi - nacięte jego pazurem więzadło nie chciało się bezproblemowo przywrócić do stanu używalności.

Historia


- Kaśka, a ty kawalera może byś jakiego znalazła, a?
- Daj jej spokój, tato.
- Co „daj jej spokój” – ojciec prychnął i umoczył wąsy w kieliszku wódki. – Druga się odezwała, trzydzieści lat na karku i bez chłopa. A wnuki jakieś to kiedy ja zobaczę?
- Tato! – jęknęła Anna, wywracając oczami, i zabrała ręce ze stołu. W porę, bo właśnie wjechały nań krokiety. Babcia Vanessa, niewzruszona marudzeniem aktualnej głowy rodu Majchrowskich, znęcała się nad pilotem do telewizora.
- O! – obwieściła, gdy wreszcie skończyła skakać po programach. Obie panny Majchrowskie zerknęły w ekran, by sprawdzić, co było źródłem owego „O!”.
W telewizji właśnie puszczali powtórkę z uroczystości obchodów 3 maja. Na ekranie dumny orszak królewski dostojnie toczył się Traktem, powiewając sztandarami i proporcami, pobłyskując odznaczeniami mundurowymi, stalą uzbrojenia i magicznym mithrilem. Kamera właśnie łapała zbliżenie na sylwetkę rycerza w pełnej blasze. Mężczyzna siedział swobodnie wyprostowany w siodle, odrzuciwszy na plecy czarny płaszcz. Nawet w pogodny majowy poranek zbroja nie łowiła refleksów słońca.
Kara klacz z białą gwiazdką na czole człapała z godnością.
Kaśka bez słowa zajęła się krokietami.
- O! – obwieściła światu, wzorem swojej matki, pani Weronika Majchrowska. – Żeby tak któraś z was takiego chłopa mi na obiad przyprowadziła, a nie tamte wymoczki, to ja bym mogła spokojnie, kuźwa, umierać. Ja nie wiem, cholera, co wy w tym wojsku robicie.
- Anka nie pracuje w wojsku – mruknęła Katarzyna.
- Ale tworzy broń dla wojska. Dla niego zresztą też, prawda? – Oczy matki zabłysły dumą, jak zwykle, gdy mówiła o osiągnięciach starszej córki, genialnej pani doktor inżynier. – Zresztą znasz go chyba, nie?
- No znam. - Anna Majchrowska odłożyła widelec
- I żeby tak rodzonej matce nigdy nic…! Jaki on jest?
Doktor Anna Majchrowska, genialny inżynier taumaturgiczny, renomowany wykładowca Politechniki Warszawskiej i doskonały konstruktor broni magicznych i semimagicznych, rzuciła spojrzenie młodszej siostrze.
- Ja wiem? – mruknęła, uśmiechając się pod nosem. – Przede wszystkim chyba można na nim polegać.


To nie jest opowieść o błędnym rycerzu z powołania, szlachetnym powstańcu i światowym bohaterze, którego matka owijała w pelerynę zamiast w pieluchy. Katarzyna urodziła się jako druga córka Weroniki oraz Zbigniewa Majchrowskich. Pochodzi z całkowicie przeciętnej rodziny standardowych Polaków. Dziadkowie ze strony jej matki uciekli z zajętego przez Czarnych Wrocławia. Było im ciężko, bo dziadek, jako mechanik samochodowy, przy nagle topniejącej liczbie kierowców (i sprawnych aut) nie mógł znaleźć pracy zgodnej z kwalifikacjami. Niemniej, choć jego wygląd zagorzałego kibica Śląska Wrocław mógłby sugerować coś innego, był człowiekiem uczciwym i pracowitym, nigdy nie pomyślał o tym, by w dobie kryzysu zająć się czarnym handelkiem. Swoją jedyną córkę wychował na porządną kobietę, która poślubiła inżyniera Majchrowskiego i wydała na świat dwie jego córki – Annę i Katarzynę.
Kaśka większość życia spędziła w cieniu zdolniejszej siostry, ale niespecjalnie jej to przeszkadzało. Miała własne zdolności i była ich pewna, dlatego nie zazdrościła siostrze, gdy ta wygrywała kolejne konkursy w szkole i zbierała pochwały. Paradoksalnie osobą, która najbardziej szanowała zdolności Kasi, była właśnie jej siostra – bo Anka nigdy nie umiała wspiąć się na najwyższe drzewo na osiedlu, nie potrafiła brać pająków na rękę i śmiertelnie obawiała się patyka z kupą, którym to orężem ze zdumiewającą wprawą władała młoda Katarzyna. Obie dziewczyny łączyła – i wciąż łączy – wyjątkowa więź oparta na wzajemnie powierzanych i dochowywanych sekretach. Kasia zawsze wspierała Annę, gdy ta uczyła się do trudnych egzaminów wstępnych, a Anna dokonywała cudów manipulacji, wciąż utrzymując w sekrecie prawdziwy charakter pracy swojej siostry.
Katarzyna papiery do WAT-u złożyła bez szczególnego powołania i bez wznoszenia patriotycznych haseł. Prawdopodobnie zrobiła to, bo nie miała na siebie żadnego lepszego pomysłu, a w dobie wojny każdy młody, kto nie miał pomysłu, po prostu zaciągał się do armii lub, jeśli miał na tyle oleju w głowie, najpierw robił studia wojskowe, a potem i tak lądował w armii. I nie chodziło o to, by brakowało jej zdolności intelektualnych, talentu, czy samozaparcia pozwalającego jej zdać egzaminy wstępne na bardziej wymagający kierunek. Po prostu podświadomie nie chciała podążać tą samą ścieżką, którą wybrała Anna. Nie przykładała szczególnej wagi do zajęć teoretycznych i nie była prymusem, ale mimo to udawało jej się utrzymywać dość dobre stopnie, a w pewnym momencie nawet stypendium. Za to zajęcia fizyczne, szczególnie z szermierki, stały się, obok literatury fantasy, jej wielką życiową pasją. Podczas studiów lubiła spędzać na poligonie ćwiczeniowym i w salach treningowych więcej czasu, niż było to potrzebne, nieomal wyrabiając drugą normę dla swojej grupy. Jej ulubionymi zajęciami stały się ćwiczenia z broni białej, które prowadził elfi mistrz szermierki o srebrzystych włosach i imieniu tak skomplikowanym, że większość studentów – obeznanych z prozą Sapkowskiego – nazywała go Vesemirem. Jako jedyna namówiła go na nieobowiązkowe przeszkolenie z zakresu walki japońską kataną i mieczem dwuręcznym. Walkę egzaminacyjną z jego przedmiotu zaliczyła z wynikiem bardzo dobrym, a elf skomentował ten fakt słowami „Może być”. Dopiero po obronie magisterki Katarzyna dowiedziała się, że była to najlepsza opinia, jaką Vesemir przez osiemnaście lat nauki wygłosił o jakimkolwiek studencie.
Uczelnię ukończyła bez zbędnych fajerwerków z tytułem magistra inżyniera i stopniem podporucznika. Nikt nie był bardziej zdziwiony niż ona, kiedy promotor polecił ją na doszkalający kurs specjalistyczny w Starym Garbowie. Stamtąd wylądowała w swojej pierwszej pracy – 5. Pułku Kawaleryjskim. Dopiero jako zawodowy żołnierz, pełnoprawny członek swojego zespołu, nabrała nieco więcej serca i motywacji do swoich obowiązków. Wzmianki na jej temat w rutynowych raportach stawały się coraz bardziej pozytywne, szczególnie odkąd zaczęła brać udział w takich operacjach jak umacnianie przyodrzańskiej linii granicznej, odbicie stanicy Siechnice, czy bitwa o Bolesławiec lub bitwa pod Studniskami Dolnymi. Zaczęto zauważać i doceniać awansami jej naturalny talent do wychodzenia cało z potyczek zbrojnych, zachowania zimnej krwi i wydawania trzeźwych poleceń w warunkach kryzysowych. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy służby awansowała na porucznika, a niespełna rok później uzyskała stopień kapitana, wtedy też objęła dowodzenie nad swoim pierwszym i jedynym dotąd oddziałem.
I właśnie wtedy popełniła błąd.
Awansowana na kapitana Katarzyna szybko obrosła w piórka i utrzymywała surową dyscyplinę, oczekując od podwładnych jeszcze wyższej skuteczności i osiągów. Nie zauważyła, że jeden z jej przeciążonych pracą podkomendnych załamał się. Jeżeli teraz sięgnie pamięcią, zawsze jest w stanie przywołać ten moment i tę konkretną datę – trzynasty czerwca dwa tysiące sześćdziesiątego czwartego roku. Wracali wówczas z rutynowego patrolu przygranicza. Od Korniejewa dzieliło ich pół dnia drogi, a kapitan Majchrowska chciała zdążyć jeszcze przed zachodem słońca, ostro więc poganiali konie, zmuszając je do ostrego kłusa w prażącym słońcu. Pamiętała zjadliwą woń końskiego potu, pot cieknący po plecach pod bluzą mundurową, własne ręce wręcz topiące się w przemoczonych rękawicach jeździeckich.
Pod świeżo wcielonym do jednostki podporucznikiem Nowickim okulał koń. Chcąc nie chcąc musieli się zatrzymać, a gdy zwierzę prowizorycznie opatrzono, ruszyli już stępa. Zgrzany do czerwoności Nowicki musiał iść pieszo, prowadząc za uzdę nierówno człapiącego wierzchowca. Pamiętała, że wówczas zrównała konia z dziwnie milczącym, choć zwykle przecież rozgadanym Wojtkiem Szczurowskim, na którego znajomi wołali po prostu Mysza.
- Biednemu to zawsze wiatr w oczy – zaczęła ich starą, niezbyt kreatywną śpiewkę, której z całą pewnością nie chciałaby słuchać jej matka.
- Ta – odmruknął Mysza, choć zwyczajową odpowiedzią było „I chuj ci w dupę”. Katarzyna uniosła wtedy brwi, ale nic nie powiedziała.
Do Korniejewa zajechali około drugiej w nocy.
O trzeciej Mysza zaczął zabijać.

***
Pamiętała, że wypadła wtedy ze swojej kwatery, włożywszy na nagie ciało tylko spodnie mundurowe, podkoszulek i buty. W biegu dopinała broń i siłowała się z zaciętą pochwą standardowego miecza, słuchając dochodzącego od strony bramy wjazdowej garnizonu wycia.
To nie mógł wyć człowiek. Żaden człowiek nie mógł wydawać z siebie takich dźwięków.
Na dziedzińcu panował rozgardiasz. Wszczęto alarm, ale straż nocna garnizonu zareagowała chaotycznie, najwidoczniej przygotowana bardziej do tego, że atak nastąpi z zewnątrz. Z całą pewnością nie spodziewali się, że potwór rozszaleje się w środku. Że przybędzie z oddziałem 5. Pułku Kawaleryjskiego.
Że przyprowadzi go kapitan Majchrowska.
Złapała za bluzę na plecach żołnierza, który w panice wybiegł zza rogu, próbując w locie zmienić magazynek.
- Co tu się, kurwa, dzieje?! – zawyła. – Do raportu!
- Mysza złapał – wykrztusił chłopak, jak teraz rozpoznała, raptem dziewiętnastoletni gówniarz o wdzięcznym imieniu Maksymilian. – Kleszcza.
Katarzyna miała rację – głos nie należał do człowieka. Bo Mysza już nim nie był.
Dziedziniec zawalony był zwłokami. Mężczyźni o odciętych rękach i rozszarpanych gardłach, z wstęgami ciągnących się po ziemi wnętrzności drgali jeszcze, ale z wolna nieruchomieli, oddając się podziwianiu wieczności. Śmierdziało rzeźnią – krwią, uryną, kałem, wymiocinami co wrażliwszych, nowych rekrutów. Mysza musiał złapać co najmniej kilka insektów, bo pierwsze zabójstwo nie sprawiło, że kleszcz, opuszczając jego ciało, wynicował je zupełnie. Stał lekko zgarbiony, na nienaturalnie szeroko rozstawionych nogach, dziwnie zdeformowany i jakby stłamszony sam we własnym ciele. Miecz trzymał dziwnie, poziomo, a ręce wykręcał w niepokojący sposób, jakby przybyło mu stawów. Twarz wykrzywiał mu dziki grymas ni to wściekłości, ni to szoku. Miał czerwone zęby, z kącika ust zwisał mu kawałek czegoś, co nieprzyjemne przypominało ludzką skórę.
Obok Myszy trzech rannych mężczyzn zamarło. Mrugali i rozglądali się nieprzytomnie, jakby grali w grę, której połowę tekstur załadowało dopiero teraz. Ale już rozumieli. Kleszcz mościł się w ich ciałach, przeżerał duszę, wygryzał z mózgu najgorsze lęki i okruchy zła. Zaczęli zabijać.
Katarzyna wreszcie przestała się szarpać z mieczem. Wolno wysunęła go z pochwy, którą rzuciła na bruk dziedzińca. Wył alarm. Ktoś rozbujał dzwon kościelny.
- Nowicki, Sikora, wasz jest po lewej. Romanowski, Chrzanowski, pozostała dwójka. Ja biorę Myszę.
- Ale…
- Wykonać.
- Pani kapitan, oni…
- Wykonać!

***
Szefa Służb Wywiadu Wojskowego wyrwano z łóżka w środku nocy, by niezwłocznie wykonał kilka ważnych telefonów, ale i tak nie powstrzymało to lawiny informacji, które już nazajutrz miały pojawić się w krajowych mediach. W ciągu dwóch godzin cztery helikoptery osiadły na lądowisku w Korniejewie, wypluwając ze swoich trzewi mały oddział antyterrorystów, trzech saperów i adiunkta z Katedry Psychowojny Uniwersytetu Warszawskiego. Cywilnych obywateli tymczasowo ewakuowano, a w stanicy wręcz zaroiło się od zatrzęsienia elfów na metr kwadratowy. Powietrze przesyciło się błękitem i zielenią pulsujących, iskrzących nanokadabr. Zdejmowano ślady aur, badano, mierzono, testowano, liczono, mruczano, warczano i popatrywano na siebie poważnie. Dwóch elfów wywabiało fagi z okaleczonych ciał, na powrót nadawało im kształt istot ludzkich.
Około siódmej rano te same cztery helikoptery ruszyły ku Warszawie, tym razem wioząc siedem szczelnie zasuniętych worków, Nowickiego, Sikorę, Romanowskiego, Chrzanowskiego oraz śmiertelnie bladą, ale już w pełni umundurowaną kapitan Majchrowską.

***

Przesłuchania ciągnęły się przez cztery dni. Najpierw kazano jej opowiadać. Potem odpowiadać na pytania. Potem odpowiadać na te same (oraz szereg innych) pytania, będąc podpiętą do wariografu. Potem sondowano jej mózg. Potem skroplono i dokładnie oczyszczono na kolumienkach jej aurę. Potem znowu pytano. Ostatecznie klepnięto po plecach i wypuszczono.
Stwierdzono, iż kapitan Majchrowska w trakcie pełnienia czynności służbowych nie popełniła błędu, a fakt, że jest człowiekiem, sprawił, że niedostrzeżenie infekcji kleszcza psychicznego u podwładnego nie stanowi niedopatrzenia. Pozwolono jej wziąć dwutygodniowy urlop na żądanie i nie wnoszono oskarżeń.
Tylko że to nic nie zmieniało.

***

Przez pierwsze dwa dni nie wstawała z łóżka. Potem odwiedziła siostrę, fryzjera i kosmetyczkę, spotkała się z dawno niewidzianą koleżanką, ostatecznie nawet zgodziła się, by siostra umówiła ją na randkę z jakimś „absolutnie przezabawnym facetem”.
Po tygodniu miała już dość.
Właśnie zbierała się do pisania rezygnacji, gdy wprost do jej umysłu spłynął komunikat o najwyższym priorytecie. Rozkaz natychmiastowego stawienia się u Hetmana Wielkiego Koronnego El-Galada.
***

- Kapitan Majchrowska, melduję się – powiedziała, stuknąwszy obcasami, regulaminowo salutując. Czuła się dziwnie w oficjalnym mundurze kobiecym, miała wrażenie, że przepisowa ołówkowa spódnica na jej dupie po prostu trzaśnie.
- Usiądź, proszę.
Hetman skinął głową i machnął ręką w kierunku fotela, dając znać, że ma spocząć. Sekretarka dyskretnie wyszła. Katarzyna westchnęła i, z lekką obawą, usadowiła się w fotelu. Niemal odetchnęła z ulgą, gdy spódnica przy tym manewrze postanowiła nie trzasnąć.
El Galad odchylił się na oparcie własnego imponującego mebla. Katarzyna nie była przesadnie drobną kobietą, ale przy Hetmanie i ona wyglądała jak porcelanowa lalka postawiona obok niedźwiedzia. Elf wyglądał, jakby przez całe życie brał sterydy. Tylko jego twarz i oczy – niezaprzeczalnie piękne, regularne, o migdałowym wykroju – nie pozwalały zwątpić w czystość jego krwi.
Milczał przez dłuższą chwilę. W końcu Majchrowska nie wytrzymała.
- Wasza Het…
- Chciała pani złożyć rezygnację? – przerwał. Umilkła. Powtórzył pytanie.
- Tak.
- Kazałem panią sprawdzić. W Akademii wystawiano pani dobre stopnie. Dwa szybkie awanse w ciągu niespełna dwóch lat, winszuję.
- Przepraszam, ale czy każdemu awansującemu absolwentowi Hetman składa gratulacje osobiście? – warknęła. Ostatecznie to, co miało się z nią stać w wojsku, w zatrważającym tempie przestawało ją interesować.
- Tylko tych, którzy podczas pełnienia służby w ciągu czterdziestu minut zabiją siedmiu podkomendnych.
Poczuła skurcz w okolicy żołądka.
- Tego też mi pan pogratuluje?
Ciemne oczy Hetmana błysnęły, gdy skinął poważnie głową. Składał przed sobą palce w doskonałą piramidkę. Urodzony dyplomata.
- Tak. I nagrodzę awansem na stopień majora.
Zamarła. Elf przesunął w jej stronę plik jakichś papierów elegancko zebranych spinaczem. Dłonie miał zupełnie „nieelfie” – grube, mięsiste, wielkie jak talerze, o wyraźnie zarysowanych kostkach i kwadratowych paznokciach. Katarzyna zdjęła spinacz, przebiegając wzrokiem po tekście.
- Koealakch’av’Sivueal wypowiadał się bardzo pozytywnie o pani zdolnościach szermierczych.
- Kto? – spytała głupio. Dopiero po chwili przypomniała sobie, że gdzieś już słyszała ten zbitek miękkich głosek.
Vesemir.
- Otrzyma pani przeniesienie do służb specjalnych. Potrzebuję kogoś o pani zdolnościach i doświadczeniu. Będzie pani pracować samodzielnie.
Druga część wypowiedzi zawisła w gabinecie samoistnie. „A ty potrzebujesz za nikogo nie odpowiadać bezpośrednio”.
- Sprawa stała się trochę… medialna – elf starannie dobierał słowa – dlatego potrzebujemy dyskrecji. Będzie pani działać pod kryptonimem operacyjnym. Wymagam, by nikogo nie wtajemniczała pani w charakter swoich działań. W mediach nie podawano pani danych, a osoby bezpośrednio zaangażowane zostały pouczone o konieczności zachowania tajemnicy.
„Albo nie żyją” – dodała w myślach.
W milczeniu wertowała kartki. Zatrzymała się przy jednej z nich.
- Krzyż Walecznych? – parsknęła. Elf znów skinął głową.
- Za obronę stanicy Korniejewo.
- Za zabicie swoich ludzi? – parsknęła.
- Nazajutrz miał być dzień targowy. Tam byli cywile. Zginęliby.
- Ale zabiłam swoich ludzi. Tylko że pan, Hetmanie, nie potrzebuje zabójcy żołnierzy, tylko bohaterów z frontu. Dlatego zapewne zostanę pasowana na Rycerza Honorowego. Oczywiście pod moim nowym kryptonimem operacyjnym. Zgrabnie się to wszystko składa.
- Zawsze może pani odmówić.
- Sprawdzałby mnie pan tak dokładnie, gdybym miała wybór? – Machnęła kartkami. Elf uśmiechnął się, a kobieta poczuła przebiegająca wzdłuż pleców dreszcz strachu.
Nie miała pojęcia, jakie ważne sprawy ta istota kilka razy starsza od niej rozważa w tym umyśle, jakie dyspozycje wydaje, jakie nowe czary wznosi, by podnieść obronność jej kraju. W jakim celu to robi, dlaczego przybył do Planu Ziemi, dlaczego pozwolił, by tamten żołnierz tuż po Nadejściu zranił go w twarz, zostawiwszy półokrągłą bliznę, symbol lęku i nieufności przekutych na przyjaźń i zaufanie.
Powietrze nagle z niej zeszło.
- Jaki kryptonim dostanę?
- Szkoliła się pani w Starym Garbowie, prawda?
Dodała dwa do dwóch. Uśmiechnęła się krzywo, zachodząc w głowę, czy elf aby właśnie nie popisał się poczuciem humoru. Potwierdził jej domysły kolejnym skinieniem.
- Proszę wykorzystać swój urlop. Potem odbędzie pani dodatkowe przeszkolenie. Potrzebuje pani doskonalszych czarów niż te, którymi obecnie włada… I uzbrojenia. Wydałem już stosowne dyspozycje. Teraz jest pani wolna.
Podniosła się bez słowa, zasalutowała i ruszyła do wyjścia.
- Pani major? – Dobiegł ją melodyjny głos elfa.
- Tak?
- Mam nadzieję, że mogę na pani polegać.


Ciekawostki:

- Ma starszą siostrę, Annę – lwicę salonów i genialną panią doktor inżynier, która zaprojektowała miecze Zawiszy. Jest ona jedyną osobą, która wie, czym tak naprawdę zajmuje się siostra.
- Odbyła szkolenie w jednostce znajdującej się nieopodal Starego Garbowa, stąd wziął się jej przydomek.
- Jej aktualny koń, sześcioletnia kara klacz z białą gwiazdką na czole, nosi imię Marysieńka.
- Ma kawalerkę na Ursynowie.
- Została odznaczona Krzyżem Walecznych oraz nadano jej Honorowy Stan Rycerski.



avatar

PisanieTemat: Re: mjr Katarzyna Majchrowska   Nie Sie 13, 2017 1:22 am

Szanowna Katarzyno Majchrowska!
Twoje podanie o przyjęcie postaci zostało rozpatrzone
pozytywnie. Otrzymujesz na start 10 karteczek z czarem lakmusowym. Życzę udanej gry!



Król Polski Bolesław VI Arr'Rith

 
mjr Katarzyna Majchrowska
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Skocz do: