Szybkie Menu

Nam chlać tyle nie kazano
avatar

PisanieTemat: Nam chlać tyle nie kazano   Nie Sie 06, 2017 10:07 pm

Czar PRL-u



Kurwa mać. — W ten właśnie sposób Cichocki powitał Warszawę po raz pierwszy tego dnia.
Zwlókł się z łóżka dopiero późnym popołudniem, odsypiał i regenerował zmęczony wojażami organizm. Trzy dni temu wrócił z Zony i ten dzień oznaczał jedno – dzień zgolenia wąsa. Celebrował go na swój własny, nieco świecki, sposób. To znaczy po usunięciu zarostu zamierzał napić się prawdziwej zaprawionej wódką i przegryźć ją kanapkami ze smalcem, kiełbasą i ogórkami kiszonymi. Cieszył się jak głupi, że ponownie udało mu się wrócić, to i miał pełne prawo do świętowania.
I tak za każdym jebanym razem.
Powrót, raport u hetmana, powrót do domu. Prysznic, golenie i zostawienie wąsów, a na sam koniec sen z przerwami na lunatyczne spacery do sklepu po artykuły pierwszej potrzeby czy do stajni, by zająć się koniem – który też przeżywał wówczas przymusową rekonwalescencję – a wszystko to było doprawione łyżeczką innych zajęć, zdecydowanie mniej ważnych, losowych i takich, do których bardziej się zmuszał. Mimo że w czasie swoich wycieczek był tylko sam ze sobą, po powrocie z nich paradoksalnie potrzebował samotności i ciszy. Musiał przestawić się choć częściowo na tryb w miarę spokojnego życia w mieście i do tego, że na każdym kroku nie czyhało na niego niebezpieczeństwo. Mówił sobie, że te trzy dni mu w tym pomagają, na nowo spajał się z aurą miasta i do niego przyzwyczajał.
Ale teraz wyszedł z mieszkania. Ogolony, świeżutki niczym poranna rosa i wypoczęty. Pieszo przemierzał Pragę i mijając stojących w bramach ubranych w dresy łysych łebków rzucał im bezmyślnie pogodne uśmieszki i spojrzenia, zupełnie jakby na siłę starał się ich sprowokować tym niewytłumaczalnym zadowoleniem. Robił to bezwiednie, nie skupiał się na idiotycznej wyszczerzonej w przestrzeń mordzie, jego myśli dryfowały już znacznie dalej. Niemniej żaden z tych dresiarskich pomiotów Pragi nie zaczepił Cichockiego. Może to dlatego, że bił od niego niezachwiany spokój wymieszany z pewnością siebie. Może dlatego, że miał jedną skarpetkę niebieską a drugą zieloną. A może dlatego, że sukinsyn miał dobre dwa metry, ważył niemal setkę, a spod bluzy wystawał kawałek kabury z zapakowanym doń gnatem.
Ciężko stwierdzić.
Maszerował tak dopóty, dopóki nie wdepnął w końskie guano leżące beztrosko na środku chodnika. I właśnie w tym momencie tak miło przywitał się z Warszawą, uśmiech chwilowo zniknął z jego twarzy i został zastąpiony grymasem wyjątkowego niezadowolenia. Janek stanął na jednej nodze, przez chwilę przyglądając się nieczystościom na swoim bucie bardzo przenikliwie i groźnie, jak gdyby sama siła jego spojrzenia mogła spowodować, że te zawstydzą się, grzecznie przeproszą i nieśmiało usną z jego obuwia. Wielka szkoda, że wzrok burych oczu nie miał mocy sprawczej.
Cichocki, bucząc pod nosem na ludzi, którzy nie sprzątali po swoich koniach, usunął się na bok i zaczął wycierać podeszwę o rosnącą miedzy jezdnią a chodnikiem trawę. Trwało to kilka długich minut, nim uznał efekt za zadowalający. Wtedy dopiero podjął swoją wędrówkę w światłym celu.
Jak ktoś wdepnie w gówno, to znaczy, że będzie miał szczęście. Czy tam pieniądze. To było naprawdę duże gówno, więc mam oczekiwać wielkiego szczęścia, wielkiego czyszczenia butów czy jaki chuj? — mruczał do siebie, wciskając dłonie do kieszeni, gdy schodził po schodach do stacji metra.
Kierunek – stare miasto. Umówił się z kumplem z wojska w Czaru PRL-u. Poczekał dwie minutki na metro, wskoczył do wagonu i niczym sarenka z niego wyskoczył, gdy doleciał na właściwą stację. Nie śpieszył się, miał duży zapas czasu. Po drodze zaopatrzył się również w paczkę papierosów – kolejna świecka tradycja świętowania swojego powrotu do domu – i zapalił, gapiąc się to na chmury, to na ludzi, to na nierówny bruk pod swoimi butami. Coś mu podpowiadało, że może wyglądać jak marnej jakości złodupiec czający się gdzieś w ciemnych uliczkach. Szara bluza z podwiniętymi rękawami – przez co widać było poznaczone tatuażami przedramiona – papieros w japie, kaptur na głowie... Po chwili zastanowienia ten ostatni zrzucił, pokazując całemu światu artystycznie chaotyczny nieład, w jaki układały się jasne, przydługie już, blond włosy. No cóż, trzeba będzie odwiedzić fryzjera, nie ma rady.
Dopalił papierosa przed wejściem, grzecznie zgasił niedopałek i wrzucił do kosza, nim wszedł do środka. Zamówił piwo, usiadł gdzieś na uboczu i popijał je smętnie, gapiąc się na ludzi i czekając na kompana. Wilka.

 
Nam chlać tyle nie kazano
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Skocz do: